Miłość w korporacji – cz.19

0
95
Camille Claudel "WALC"
- reklama -

Love killer

Kontynuował.

- reklama -

– Znajdujecie się na pograniczu stanu zwanego zakochaniem i zwykłą koleżeńską sympatią. Jeszcze nie miłość a już nie pospolita znajomość. To trudny moment, bo dynamiczny. Nie może trwać w nieskończoność, bo ścieranie się tak przeciwstawnych sił, pragnień i rozsądków, nadziei i obaw na rozstaju dróg, grozi przypadkowym rozwiązaniem dylematu, a to w przypadku pojawienia się zakochania spowoduje trudne do oszacowania konsekwencje. –
Wstał i podszedł do wiszącej na ścianie olbrzymiej mapy świata i wskazał na Amazonkę w miejscu, gdzie wpływała do oceanu.
– Zwykłą znajomość mógłbym porównać do spokojnego rejsu rzeką. Miłość wypłynie z wami na głębie oceanu, gdzie wystające ponad powierzchnie fal lodowce ukrywają się pod wodą, w której pływają rekiny a jeden z nich, tych rekinów, czyli Pani Ojciec właśnie wyskoczył ponad powierzchnie i was ugryzł. –
– To nie ma nic wspólnego z moim ojcem, Janusz potraktował mnie w sposób despotyczny – broniła się Grażyna.
– Podobnie jak Pani, kilka sekund wcześniej jego – odpowiedział.
Odpowiedzią było milczenie. Grażyna myślała intensywnie nad słowami psychologa.
Balcerek zaczął znowu chodzić po pokoju. Ewidentnie sprzyjało to snuciu kolejnych wizji.
– Jeżeli dopuścicie do stanu zakochania się, to wejdziecie na teren, w którym to, co przyjdzie, przyjdzie zawsze inaczej, wcześniej, później, w niedoborze lub nadmiarze. Spodziewacie się się, że nadleci z błękitnego nieba, a wyłania się z pokrytych mgłą mokradeł; oczekujecie, że będzie trwało wiecznie a kończy się bezpowrotnie; rycerz spada z wylizingowanego konia a księżniczka okazuje się jędzą. Pocałunek miast przebudzić księcia, zmienia całującego w ropuchę. Miejsce przyjemności zajmuje udręka. –
– Dzieci? – zapytał niespodziewanie.
– Nie…; może – odpowiedzieli równocześnie Janusz i Grażyna –
– Pomnóżcie tą różnicę zdań razy dziesięć i podnieście ją do kwadratu. Wróci do was w takim stanie, w najmniej odpowiednim momencie, najdalszym od chwili, kiedy można takie tematy omawiać. Wróci i poróżni Was jeszcze bardziej, aż potem będziecie się musieli przepraszać ze łzami w oczach i wybaczać po raz kolejny wypowiedziane słowa. –
– Jest Pan pesymistą – powiedziała Grażyna –
– A może są powody do pesymizmu? – zapytał na wpół retorycznie.
Wziął głęboki oddech i przytrzymał go chwilę, jakby próbował zatrzymać również powiązane z nim słowa.
– Poza tym jaką mamy gwarancję, że wasze dziecko wprowadzi do tego świata jakąś wartość dodaną, jakieś potrzebne wszystkim dobro. A może wbrew intencjom wychowacie kolejnego bezmyślnego konsumenta, a może jeszcze inaczej – pewnego dnia zdobędzie broń i będzie strzelał do ludzi w hipermarkecie lub koleżanek i kolegów w szkole. –
– Ale… – zamierzał zaprotestować Janusz.
– Milczymy – Balcerek zatrzymał go jednym słowem i gestem dłoni.
Tak się stało.
– Zazdrość…, zielonooki potwór…hmm…, pojawi się i jedno z Was będzie z tym miało dużo większy problem niż drugie –
Janusz spojrzał na Grażynę a ta spuściła głowę.
– Zatruje wasz związek. Podejrzliwość, kojarzenie nieistotnych faktów, mężczyźni wokół niej lub kobiety wokół niego i to nieustające wyniszczające pragnienie, żeby wreszcie znaleźć dowód, niepodważalny i żeby cierpienie znalazło punkt ciężkości i zaczepienia. Żeby się przyznał lub przyznała. –
Coś poruszyło się w duszy Grażyny. Zaczęło wirować wokół własnej osi i unosić się do góry. Jakaś emocja umknęła uwagi mechanizmów obronnych i wydostała się na powierzchnię. Był to lęk.
– Nie zapominamy o rodzinnych obiadach, wymuszonych zachowaniach świątecznych; mówieniu „mamo” do obcej, antypatycznej kobiety; zderzenia się z niechęcią, że ktoś zabrał ją („ukochaną córeczkę tatusia”) lub jego („wyjątkowego 40 letniego synusia”); więc zabrał ich mamusi i tatusiowi; pamiętajmy o fantastycznych rytuałach urodzinowych, imieninowych, świątecznych, andrzejkowych, niedzielnych obiadach, wtrącaniu się we wszystko i wszędzie. Wasze życie towarzyskie to w większości przypadków obecnie kwestia wolnego wyboru. To się skończy. Zostaniecie skazani na coś obcego, narzuconego siłą lojalności wobec partnera.

– Grażyna mimo ewidentnego lęku narastała złością; Janusz jak to Janusz, powoli opuszczał wewnętrzną emigrację, gromadząc siły.
– Widzę jedno wyjście z sytuacji – kontynuował psycholog – jakkolwiek ponętne wydaje się wam wzajemne zbliżenie, to ja je stanowczo odradzam –
Janusz poruszył się w fotelu. Od jakiegoś czasu zbierał w sobie różne myśli, które dopiero teraz ułożyły się w całość, na moment przed tym, jak pojawiła się odwaga, aby je wypowiedzieć.
– Panie Januszu Grażyno – zaczął pewny siebie – ja to zaczynam mieć wrażenie, że Pan nie chce, żebyśmy byli szczęśliwi –
– Szczęście – odparł – to pojęcie przereklamowane, podobnie jak miłość, wolność i sprawiedliwość.
– Ma pan żonę, może jakieś dzieci? – zapytała niespodziewanie Grażyna.
Balcerek zamyślił się pocierając palcami brodę.
– A może – podłapała Grażyna w ofensywie – to Panu się nie ułożyło w życiu i nie chce Pan, żebyśmy zaznali obcych dla Pana uczuć –
– A może to, a może tamto… – powiedział spokojnie psycholog – po co te puste słowne przebiegi?
– Przepraszam, ale nie rozumiem – powiedziała Grażyna.
– A co ma do tego moje osobiste życie? – zapytał.
– No… pewnie powinien Pan sam być przykładem – powiedziała nabierając pewności – proszę nam coś opowiedzieć o sobie… może będziemy Pana naśladowali? –
– Czy drogowskaz idzie we wskazanym przez siebie kierunku? – zapytał niespodziewanie.
– No, nie… –
– Czy ornitolog umie latać? –
– Nie –
– Czy zepsuty zegar może dwa razy dziennie wskazać dobrą godzinę? –
– Tak….
– Czy zły i okrutny król może podejmować dobre decyzje?
– Może –
– Czy gdybym miał idealne życie, jedną żonę i gromadkę dzieci i skutecznie rozwiązywał swoje problemy będąc szczęśliwym, to byłbym bardziej wiarygodny?
– Ale…
– Milczymy – ręka znowu zatrzymała wszelkiego rodzaju dyskusję.
Jeszcze kilka minut temu byli gotowi stawiać opór, dyskutować z i kontestować tezy zawarte w wypowiedziach Balcerka lecz teraz siedzieli w pozycjach oszołomionych i zmieszanych.
– A może ten, który ma drugą lub trzecią żonę, i który dopiero teraz do tej drugiej lub trzeciej żony dojrzał jest w stanie więcej zrozumieć, ponieważ jeszcze dobrze pamięta, jak mu się nie układało przy pierwszej – w przypadku tego, który ma drugą – lub pierwszej i drugiej – w przypadku tego, który ma już trzecią – w przeciwieństwie do tego psychologa, który ma tylko jedną, jedyną wyjątkową żonę „drugą połówkę”, z którą to ma świetne pożycie. Ten, który ma drugą lub trzecią, pamięta jaki był niedojrzały, mały, zagubiony i jak mało wiedział o życiu przy pierwszej – w przypadku tego, który ma drugą – lub pierwszej i drugiej – w przypadku tego, który ma już trzecią i jak dużo się o nim, znaczy się życiu, nauczył na własnych błędach. Ten drugi, który ma jedną jedyną, szczęśliwie realizuje jeden optymistycznie funkcjonalny wzorzec i być może go to nieco zubaża. Ten pierwszy dotykał osobistego dna i szczęśliwie się od niego odbijał; ma w związku z tym cała paletę życiowych doświadczeń. Pamięta swoje niedojrzałości i swoje błędy oraz pamięta siłę i czas trwania przy nich, i być może jest łatwiej zrozumieć takich jak on, tylko znacznie młodszych, czyli takich jak Wy.
– Może – powiedział Janusz a Grażyna podniosła wzrok i skierowała go w stronę towarzysza korporacyjnej niedoli. Poczuła się zdradzona, lecz szybko odgoniła tę myśl jako kukułczą.
– Przykro mi ale nie wyglądacie na takich, którym życie się samo ułoży –
Usiadł wreszcie w fotelu, mega – terapeutycznym, dużym, wiktoriańskim fotelu.
– Psycholog idealny, megafunkcjonalny szczęściarz daje Wam nieświadomie jedną, jedyną funkcjonalną receptę na szczęśliwe życie –
Powiedział zawieszając głos.
…a ja Wam daję trudną prawdę, nieznośną wolność wyboru i niezbędne środki techniczne …
Po kilometrowej tyradzie Balcerka zapadła w końcu cisza, oczekiwana jak deszcz po długotrwałej suszy. Psycholog wyłączył się ponownie i zapadł nie wiadomo gdzie.
Po chwili poruszył się Janusz.
– To trudną prawdę już znamy, nieznośną wolność wyboru będziemy testować, a jak mamy rozumieć niezbędne środki techniczne?
– Możecie się nauczyć zatrzymywać pokusy – Balcerek powrócił do przestrzeni dyskusji.
– W jaki sposób? – zapytał Janusz
– Nie sami, bo na to jesteście zbyt słabi –
– Więc? –
– Dostaniecie do pomocy specjalny program. –
– Program? –
– Tak – powiedział psycholog – nazwałem go „LOVE KILLER” –
Grażyna podniosła głowę i spojrzała z ciekawością i odrobiną politowania na psychologa.
– Każde z was założy na rękę bransoletkę z minikomputerem posiadającym ekran i głośniki. Program będzie monitorował wasze ciśnienie, tętno, reakcje skórno – galwaniczną – jak w wykrywaczu kłamstw – i wypowiadane przez was słowa. Na tej podstawie będzie analizował stopień zagrożenia miłością. Innymi słowy program ostrzeże was za każdym razem, kiedy będziecie blisko ostrego zakochania.
Popatrzyli na siebie znacząco. Balcerek nie przejmując się ich reakcjami, wyjaśnił zasady działania programu.
– Program posiada sygnalizację ostrzegawczą na kilku poziomach. Wizualnie na wyświetlaczu mogą pojawić się dwa kolory. Zieleń odzwierciedla brak zagrożenia a czerwień alarmuje o niebezpiecznym pogłębianiu relacji. Akustycznie mamy do czynienia z sygnalizatorem o różnych częstotliwościach dźwięku, hmmm… jak w czujnikach parkowania. Częstotliwości stopniują się od jednej na sekundę – w przypadku lekkiego zagrożenia – poprzez dwa i cztery uderzenia na sekundę. Kiedy pojawia się stały sygnał dźwiękowy znaczy to: jest już za późno, sprawy zaszły za daleko. Jesteście w stanie psychozy zakochania.
Z sygnalizacją wizualną i akustyczną połączyłem muzyczną. Pierwszy poziom zagrożenia objawia się balladą grupy Nazareth „Love hurts” („Miłość rani”); drugi Joy Division „Love, love will tear us apart again” ( „Miłość nas rozszarpie” ); trzeci, ostatni na bezpiecznym poziomie ostrzega słowami Andrzeja Dąbrowskiego „Do zakochania jeden krok” i finalnie po przekroczeniu granicy zakochania mamy Mr Bungle „My Ass Is On Fire” ( „Moja dupa płonie” ).
– Moja dupa plonie –
Grażyna powtórzyła słowa Balcerka, chcąc nieco wydobyć absurdalność sytuacji, lecz jej się nie powiodło. Psycholog kontynuował.
– Reasumując, jak zobaczycie kolor czerwony i usłyszycie ciągły sygnał i wycie Mikea Pattona w „My ass is on fire” to znaczy, że czas spokojnej egzystencji się zakończył. Właśnie weszliście na drogę bez powrotu; właśnie zachorowaliście na coś, na co nie ma leku; właśnie rusza emocjonalny rolercaster pożądania i miłości.

 

Po spotkaniu z psychologiem wracali w ciszy jadąc samochodem obwodnicą drogi marginalnej. Grażyna prowadziła swojego leksusa odziedziczonego po dziadkach. Przez kilka minut nie zamienili ani jednego słowa.
Nagle na ekranach bransoletek czerwień zastąpiła neutralną zieleń a z małych głośniczków popłynęły słowa piosenki.
„Love hurts”
Grażyna popatrzyła na Janusza.
– Co się dzieje Janusz? –
– Nie wiem, przecież nic nie mówimy –
Pesymistyczna, antymiłosna ballada o tym, że miłość spala, rani i czyni ludzi smutnymi wypełniła wnętrze samochodu.
– Milczymy – powiedziała w końcu Grażyna.
– Co? –
– Mówią, że miłość jest dzieckiem milczenia –
– Pierwszy raz słyszę –
– Zaczęliśmy od przypadkowego „cześć” i tak wędrując po całonocnych rozmowach i spotkaniach skończyliśmy na milczeniu –
– Do czego zmierzasz?
– To cytat – powiedziała w zamyśleniu – milczenie dwojga ludzi jest czynnością w najwyższym stopniu intymną, zbliżającą, że tak powiem, ty milczysz i ja milczę i nikt z nas nie wie, gdzie to nasze milczenie nas zaprowadzi. To dlatego program reaguje.
– To zacznij coś mówić, perorować, trajkotać, ględzić, jesteś w tym dobra –
– Ta złośliwość nie była potrzebna –
– Ale skuteczna – powiedział Janusz, po tym jak czerwień ustąpiła zieleni a wnętrze auta wypełnił ponownie pomruk nowoczesnego turbodiesla.
Pierwsza reakcja programu rozpoczęła etap wzajemnej psychologicznej edukacji. Zyskiwali wiedzę o przyczynach i skutkach psychologicznych stanów.

 

cdn…

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here