Miłość w korporacji cz. 23

0
50
- reklama -

FINAŁ

Lena.

Stała przed 55 piętrowym budynkiem korporacji, który – zanurzony w smogu – królował w samym centrum miasta. Automatyczne obrotowe drzwi wprowadziły ją do środka. Różnica temperatur zamgliła jej okulary. Przestronny hol wydawał się być nieco mniej zaludniony niż zazwyczaj. Tylko przy windach zgrupowało się więcej osób. Najprawdopodobniej przyczyną tego była awaria, która unieruchomiła większość z nich. Lena stanęła pośrodku. Kilka osób przyglądało jej się z uwagą. Postanowiła więc dostać się do Ołpenspejsu piechotą.
– Będzie szybciej – pomyślała i ruszyła w stronę schodów.

©

- reklama -

– Powodzenia – powiedziała Grażyna – będzie dobrze, trzymam kciuki.
Janusz wstał i udał się w stronę korpokorytarza. Odprowadziło go kilka ciekawskich spojrzeń. Motylki fruwające w okolicach boksu Janusza i Grażyny nie uszły uwadze co czujniejszych pracowników korporacji. Po drodze postanowił wstąpić do Biura Zarządu celem uzyskania szczegółowych informacji dotyczących wystąpienia.

©

Droga po schodach zmęczyła ją nieco. Miała zdecydowanie gorszą kondycję a mięśnie z trudem wracały do swoich podstawowych zadań. Zatrzymała się na półpiętrze. Spowolniła oddechem bicie serca. Na ścianie wisiał obraz. Ponieważ nigdy nie chodziła pieszo więc widziała go po raz pierwszy w życiu.

Zatrzymała się. Obraz poruszył się. Zamknęła oczy.
– To pewnie ze zmęczenia – pomyślała.
Otworzyła oczy. Mężczyzna coś szeptał do ucha kobiety. Płótna okrywające głowy zakochanych wyglądały jak na skazańcach, którzy przed egzekucją wymieniają się ostatnimi okruchami intymności, finalnym pożegnaniem. Będąc po raz ostatni tak blisko siebie, już wkrótce mieli zostać rozdzieleni na zawsze.
Gdy postacie z obrazu odwróciły głowę w stronę patrzącej na nich kobiety, ponownie zamknęła oczy.
– Co się ze mną dzieje? –
Otworzyła je pod wpływem szelestu kroków dochodzących z dołu. Zza zakrętu korytarza wyłaniał się czarny anioł.

©

– Janusz –
– Meredith –
Wymienili się imionami jakby czas zatrzymał się w XIX wieku.
Siedziała za dębowym stołem i patrzyła w ekran. Chłodna i zdystansowana. Nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem.
– Wystąpienie masz równo o godzinie 12.00 na Sali Oralnej. Będzie obecny Zarząd i główni akcjonariusze. Masz 5 minut czasu na prezentację.
Mówiła to do ekranu. W końcu podniosła wzrok.
– 5 minut to niewiele – powiedziała – mogłabym cię nazwać Panem, o krótkim czasie trwania. – Rozejrzał się po gabinecie. Niewiele się zmieniło. Drzwi do zarządu po lewej stronie zamykały wspomnienia po Lenie.
– Nie zauważyłeś mojej złośliwości – powiedziała a w jej oczach pojawiła się ciekawość.
Wstała zza biurka i podeszła do Janusza na swoich długich nogach tak, jak tylko ona potrafiła. Zatrzymała się na granicy jego prywatnej przestrzeni. Nie byłaby sobą, gdyby jej lekko nie naruszyła.
– Nie zareagowałeś… –
Nachyliła się lekko w jego stronę.
– Jesteś jakiś inny… –
Zamknęła oczy, wciągając roznoszące się po pokoju Januszowe zapachy.
– Czysty, schludny, wykrochmalony… pachnący –
Podniosła powieki w zwolnionym tempie.
– Lżejszy, rozpromieniony. –
Obeszła go dookoła, uważnie lustrując.
– Jakbyś lewitował lekko nad ziemią. –
Przystanęła i zeskanowała go od stóp do głów. Jakby ich miał więcej niż jedną.
– Nie widać oznak zaniedbania, tak charakterystycznych dla samotnych mężczyzn. –
Już wiedziała, lecz celebrowała tą chwilę, jak rzadki okaz przemijającego dobrostanu.
– Zakochałeś się… –
Odruchowo oddaliła się od niego, jakby był trędowaty. Jakby mogła się czymś zarazić.
Tak… – uśmiechnęła się do swojej dziwnej reakcji –
a kimże jest Twoja szczęśliwa wybranka?
Janusz odpowiedział bez wahania.
– Grażyna? – wypowiedziała to słowo znacznie dłużej – ta z kanciapy?
– Skąd wiesz o kanciapie? – zapytał ze zdziwieniem.
– Tutaj wszędzie są kamery – powiedziała zataczając ręką koło w przestrzeni.
Oddaliła się od Janusza i powróciła w obszar dębowego stołu. Nie byłaby sobą, gdyby nie pozwoliła sobie na drobną złośliwość.
– Przydałaby się jej operacja plastyczna –
Janusz podniósł brwi ze znakiem zapytania.
– Zmiana imienia –
Podszedł w stronę dębowego biurka. Postanowił pozwolić sobie na drobną, lecz dobrze wycelowaną złośliwość.
– Jej piękno sięga głęboko, aż do jej wnętrza –
Meredith uśmiechnęła się kwaśno.
– Wnętrze… ach czymże ono jest …? –
Wstała. Była mistrzynią teatralnych gestów i zachowań. Wspierała się błyskotliwą inteligencją. Nie hamowały jej uczucia wyższe.
– Wnętrze mój drogi… przemija szybciej niż uroda – powiedziała – szczególnie w miłości.
Chciała coś jeszcze więcej powiedzieć, lecz zauważyła bransoletkę, którą Janusz nosił jeszcze na nadgarstku.
– Ooo… Love Killer ! –
– Znasz ten program? – zapytał zdziwiony.
– Nosiłam go kilka miesięcy, sama. –
– I co? – zapytał z ciekawością.
– Nigdy nie zapaliło mi się czerwone, nigdy nie przeszłam na kolejny poziom –
– To smutne – powiedział – jesteś niezdolna do miłości…
– Ach… być może Janusz masz rację, lecz nawet nie wiesz jakie to korzystne dla mojego zdrowia –

Po tej wymianie drobnych złośliwości dotychczasowa konwencja rozmowy przestała ją napędzać. Zapanowało milczenie. Stali tak naprzeciwko siebie bez wyraźnego celu. To był dobry moment na pożegnanie i powrót do poprzednich światów, lecz Meredith wciąż patrzyła na Janusza. Gdzieś we wnętrzu jej duszy, wypływały emocje nie pytając się o zgodę na ujawnienie. Teraźniejszość wyrywała uśpioną przeszłość z permanentnego snu. Przez chwilę Meredith toczyła wewnętrzną walkę próbując powstrzymać ogarniające ją fale wspomnień.

W końcu wytrącił ją z równowagi jakiś pojedynczy impuls, przełamując barierę.
Podeszła do niego bliżej.
– Brakuje mi jej… –

Janusz znowu odruchowo spojrzał w stronę drzwi po lewej.
– Nie mogę znieść myśli, że ona tam gdzieś jest i jeszcze oddycha –

W oczach Meredith pojawiły się łzy, takie suche, domyślne, które nigdy nie opadają w dół, których nikt nie może zobaczyć.
– To mi daje nadzieję na jakieś światełko w tunelu, na jakieś pierdolone zmartwychwstanie umarłych – Odwróciła się od Janusza. Nie chciała żeby ją zobaczył w takim stanie. Z pewnością wulgarność nie była w stanie zasłonić pojawiającej się słabości.

– Ta nadzieja mnie zabija; niszczy mój świat, odbiera kontrolę. –
Podeszła do szafek i zaczęła odruchowo sprzątać kurze na grzbietach segregatorów.
– Ktoś to kiedyś podpisał – powiedziała otwierając pierwszy z brzegu – ktoś dał temu kawałkowi papieru nieśmiertelność, uczynił z niego ważny dokument, powołał do istnienia, a kto ratuje ważny dokument, to tak jakby ratował cały świat. –

– To jej słowa, tak mi zawsze mówiła – Meredith zamknęła segregator i ruszyła w stronę okna.

Nie chciała mieć w takiej chwili żadnego świadka. Stała odwrócona tyłem do Janusza. W końcu zdołała się opanować.
– Jesteś dziwny Janusz –
Wróciła i spojrzała mu prosto w oczy.
– Jesteś jakiś inny –
W jej oczach pojawiły się refleksy będące efektem narastającego rozedrgania.
– Mężczyźni to zazwyczaj zwierzęta –
Spojrzała na niego, a jej oczy stały się wilgotne.
– A Ty jesteś jakiś inny gatunek –
Po jej policzkach znowu popłynęły łzy, tym razem prawdziwe.
– Lojalny, wierny, troskliwy, kochający –
Chciała ukryć słabość swojej duszy zamykając oczy, lecz powieki opadały nie mogąc opaść, drgając, to w górę, to w dół, jakby kierowały nimi wrogie, walczące ze sobą siły. Jakby jej mózg podlegał silnym wyładowaniom tocząc wewnętrzny spór.

– Pokazałeś klasę opiekując się Leną –
Podeszła do niego blisko i niespodziewanie dotknęła jego ramienia. Wycofała się z tego ruchu przestraszona, patrząc na swoją rękę jakby była jej obca. I wtedy ostatecznie puściła tama.

Schowała się w nim skulona i zaczęła płakać. Nie wiedział co zrobić i jak zareagować, i ta niewiedza okazała się być błogosławiona. Odruchowo przytulił ją obejmując męskimi ramionami. Głaskał jej kasztanowe włosy, delikatnie tonując emocjonalne rozedrganie jej ciała. Płakała długo, obficie i znacząco. Płakało całe jej ciało, płakało do wyczerpania łez skraplających się z zapomnianych emocji, aż do stanu nowej wewnętrznej równowagi, do osiągnięcia katharsis i oczyszczenia z siebie samej. Łzy wykradały z jej wnętrza okruchy wieloletniego napięcia. Spazmy próbowały wstrząsnąć jej psychiką i poukładać na nowo części jej wewnętrznej układanki.

Gdy emocje powysychały Meredith powróciła do stanu fizycznej separacji i ponownie oddaliła się w przestrzeń dębowego stołu. Tam było najbezpieczniej.
– Nie spieprz tego Janusz – powiedziała niskim, uwolnionym od napięć głosem – nie spieprz tego kim jesteś –

Był wzruszony tym, co zobaczył. Mała bezradna dziewczynka schowana za maską odważyła się wyjrzeć na świat. Pokonała zasieki, ukazując swoje prawdziwe oblicze.
– Acha i pamiętaj, że działa tylko jedna winda a jedziesz na 55 piętro, na samą górę –
Powróciły konkrety. Szybko zrozumiał, że nie będzie żadnych kolejnych łez i zbędnych komentarzy. Wrota zatrzasnęły się z hukiem i pewnie na długo.
– Dziękuję za informacje – powiedział i spojrzał odruchowo na butelkę coca coli na biurku.
Podążyła za jego wzrokiem.
– Coca cola i gluten – powiedziała uśmiechając się lekko – podstawa pożywnego śniadania –
– Nic się nie zmieniło… jak widzę –
– Pewne rzeczy powinny trwać i trwać, aż do samego końca –
Upływający czas zmusił ich do zakończenia konwersacji.
– Powodzenia Janusz – powiedziała podając mu na pożegnanie rękę.
– Dziękuję –
– Nie w miłości oczywiście, tylko podczas wystąpienia. –

Zamknął drzwi i podążył korpokorytarzem w stronę jedynej działającej windy. Odprowadziła go wzrokiem. Gdy wyszedł, zatopiła się ponownie w przestrzeni dębowego stołu i potężnego monitora, który odgradzał ją od zewnętrznego świata.

©

Gdy Lena przekroczyła granicę Ołpenspejsu, pomruk zdziwienia, jak nawałnica przetoczył się aż po sam północny mur. Od wejścia, aż do boksu, gdzie pracował Janusz, dzieliło Lenę 28 kroków. Przebyła je w absolutnej ciszy, odprowadzana wzrokiem kolejnych pracowników. Szła centralną aleją jak modelka, lecz zamiast błysków fleszy, zamiast pomruków podziwu, towarzyszyły jej harlekinowe znaki zapytania i pomruki pozbawionych osobistego szczęścia istot, które oderwane od własnej pustki, żywiły się nieustannie cudzymi problemami. Ekscytacja maluczkich towarzyszyła wyłaniającemu się – ku zaskoczeniu wszystkich – trójkątowi.
Lena przystanęła przy boksie Janusza. Część pracowników uniosło się ponad poziom z zaciekawieniem śledząc rozwój sytuacji.
Jego miejsce pracy było puste. Zlustrowała je i stwierdziła niedawne oznaki życia i aktywności zawodowej. Kubek po latte XXL. Szumiący komputer. Charakterystyczny nieład, nieprzekraczający granic bałaganu.
Przerzuciła wzrok na Grażynę. Zobaczyła jej przerażone spojrzenie. Zdziwiła się, lecz wzięła to na karb zaskoczenia sytuacją.
– Szukam Janusza – powiedziała w absolutnej ciszy.
Grażyna milczała. Poczuła, że jej szczęście nagle znalazło się nad przepaścią. Patrzyła na Lenę i myślała, że w tym starciu nie ma żadnych szans. Stała się ponownie szara i nijaka.
– Jest na spotkaniu z Zarządem – powiedziała cicho – przedstawia wynik swoich analiz.
– Gdzie odbywa się to spotkanie? – zapytała Lena.
– Gdzieś na samej górze biurowca – powiedziała Gra-
żyna, aczkolwiek chciałaby tą informacje zachować w tajemnicy, żeby Lena zrezygnowała i sobie poszła.
Lena przyjęła informację i rozejrzała się dookoła. Razem z jej wzrokiem spojrzenia chowały się jak meksykańska fala, po czym wracały do pierwotnej pozycji. W 28 kroków później Lena osiągnęła poziom drzwi wejściowych, po czym zniknęła zagarnięta korpokorytarzem.

©

Długo czekał na windę, która miała go zabrać na sam szczyt Korpowieżowca, dokładnie tam gdzie dzieją się rzeczy najważniejsze, tam gdzie zapadają decyzje, tam gdzie spotykają się osoby przez duże O. Normalnie świadomość wagi wystąpienia sparaliżowałaby go, lecz obecnie był zakochany i będąc świadom tego, że miłość jest jego pasterzem wiedział. że chociażby chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknie, więc po prezentacji zjedzie na dół a tam na miejscu będzie na niego czekała jego ukochana.
– Tak to ja mogę przenosić góry – pomyślał.

©

Meredith wyszła z bocznego pomieszczenia i spojrzała
w stronę drzwi. Segregatory wypadły jej z rąk. Zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła rzeczywistość nadal przynosiła pogrzebany obraz istoty, która nie miała prawa się już wydarzyć, której nikt nie raczył zapowiedzieć.
– Lena ? –
Wypowiedziała te słowa tak, jakby chciała się nimi uszczypnąć. Podeszła kilka kroków i zaczęła płakać. Łzy, kolejne tego dnia prawdziwe łzy, wyciekały z kącików oczu zabierając ze sobą makijaż i roznosząc go po całej twarzy. Docierały do ust, gdzie słona czerń nasączała się rubinową nutą.
– Jesteś… –
Podeszła do niej powoli, jakby wciąż nie dowierzała swoim oczom. Rzuciły się sobie w objęcia.
– Moja mała siostrzyczka –
Tylko do niej jednej mogła tak powiedzieć. Jedyna istota na planecie, która wzbudzała w niej tyle czułości i opiekuńczości. Mogła być zimna i wyrachowana dla wszystkich, dla swojej rodziny, znajomych, współpracowników i nawet niektórych przełożonych, ale Lenę obdarzała czymś innym, wyjątkowym i czystym.
– Gdzie jest Janusz?
Lena nie traciła czasu. To nagłe pytanie zaskoczyło Meredith, która jeszcze nie przepracowała w sobie nagłości pojawienia się bliskiej istoty.
– Janusz? – zapytała jeszcze wciąż oszołomiona jej nagłym pojawieniem się.
– Muszę się z nim zobaczyć –
– Lena proszę…
– Powiedz mi gdzie jest –
Meredith pomyślała o Januszu. Pomyślała o Grażynie. Pomyślała o zbliżającej się kolejnej odsłonie dramatu.
– Janusz to… przeszłość… –
– Co ty opowiadasz?
Lena odsunęła się nieco od Meredith. Spojrzała na nią uważnie.
– Janusz to Pan Nikt, zwykły trybik w korporacji –
Lena milczała. Komputer zaszumiał a Butelka z coca-colą w kształcie mężczyzny syknęła ze złością kierując twarz w stronę Meredith.
– Widziałaś to? – zapytała przestraszona Lena wskazując na dębowy stół.
– Co? –
– Butelka … coca coli – powiedziała Lena wskazując palcem, lecz widząc wzrok zdziwionej Meredith zrezygnowała z drążenia tematu. Pomyślała przelotnie, że to pewnie kolejny efekt przebywania w śpiączce.
– Musze się z nim zobaczyć –
Kolejne zdanie zawierało ostateczność, której nie wolno się było sprzeciwiać.
Meredith podeszła do swojego dębowego biurka i ożywiła ruchem ręki ekran komputera.
– Ma prezentacje przed zarządem i akcjonariuszami
o godzinie 12.00; Sala Oralna; 55 piętro –
Lena bez namysłu odwróciła się zostawiając czerwoną piękność w stanie głębokiego zafrasowania.
– Pamiętaj o tym, że działa tylko jedna winda, mamy awarię – zawołała łapiąc tymi słowami Lenę w drzwiach.

©

Po dłuższym oczekiwaniu drzwi windy otworzyły się. Wsunęła się do środka i odwróciła w stronę korytarza. Anioł zatrzymał się, jakby miał zakaz zbliżania i nie mógł przekroczyć określonej odległości. Nie miała żadnej pewności kim jest i czy naprawdę istnieje. Zamykające się drzwi oddzieliły ją od jego towarzystwa.

cdn…

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here