Szkoła marzeń. Czy istnieje?

0
45
fot. PublicDomainPictures-pixabay
- reklama -

Jak zauważa jeden z bohaterów spektaklu „Szkoła marzeń” Teatru Młynówka, który został ponownie wystawiony na deskach Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie 14 czerwca 2022 roku – „szkoła generalnie jest fajna, choć czasami to piekło.”

Tak, pełna zgoda, szkoła jest fajna – ale przymiotnik „fajna” sam w sobie niesie nikły ładunek emocjonalny.

Zazwyczaj jest fajnie, bo są koleżanki i koledzy, z którymi tworzymy jedne z pierwszych znajomości, przyjaźni w naszym życiu. Niektóre z nich przetrwają lata, dekady.
„Szkoła jest fajna, bo jest w-f i moja dziewczyna!” – powiedziałby pewien dobrze mi znany dziewięciolatek. Po czym, na tym samym oddechu, wymieniłby jeszcze inne jej zalety: sklepik szkolny (paragony znajdywane w jego szkolnym plecaku mówią mi, że jedynym towarem tam dostępnym są cukierki, cukierki i… cukierki!), boisko, świetlica, w której może spędzać jeszcze więcej czasu, bo „mama wypisała mnie z religii!” No i jest nowy przyjaciel, z Ukrainy, ale „dzisiaj wraca do domu i będzie mi bez niego smutno.”
W tym opisie dziewięcioletniego chłopca nie ma zbyt wiele piekła, czyż nie?
Gdy pytam jedenastolatkę, która również obejrzała spektakl „Szkoła marzeń”, czy odnajduje w nim coś, co przypomina jej własną szkołę, tylko porozumiewawczo kiwa głową.
„No szkoła jest ok, poza,… no wiesz…” – i wymienia wszystkie elementy pruskiego wychowu, które nadal dobrze mają się w murach szkoły doby 21 wieku. Wszyscy, niestety, dobrze je znamy, jeśli nie z doświadczeń naszych dzieci, to z własnych, co jeszcze mocniej pokazuje nieugiętość szkolnego systemu.

Ale wróćmy na moment do spektaklu Bogusława Słupczyńskiego – co nam pokazuje, dokąd nas zabiera?

Widzimy chłopca, może to już nastolatek? Przeprowadza się z rodzicami do nowego miasta, co daje początek gorączkowym poszukiwaniom „najlepszej” nowej szkoły dla naszego bohatera.

Udajemy się więc razem z nim w swego rodzaju podróż po różnych placówkach edukacyjnych w mieście. I tak odwiedzamy kolejno: elitarną szkołę, w której mówi się w co najmniej dwóch językach obcych, ale ciężko o głębsze przyjaźnie i relacje z nauczycielami, gdyż dobrem nadrzędnym są olimpiady i konkursy przedmiotowe. Później trafiamy do zwykłej publicznej szkoły, gdzie roluje się nauczycieli, trzeba sobie jakoś radzić i generalnie ciężko jest nie zdać do następnej klasy, no chyba „że jest się debilem.” Następnie widz przeniesiony zostaje do szkoły „wolnościowej” – na scenie aktorzy-uczniowie poruszają się w rytm tantrycznej muzyki i zachwalają sposób, w jaki mogą (lecz absolutnie NIE MUSZĄ!) się uczyć – tylko wtedy, kiedy akurat mają na to ochotę. W kolejnych scenach odwiedzamy jeszcze szkołę wojskową, która opiewa męstwo, odwagę i inne wartości patriotyczne oraz przygotowuje młodych żołnierzy i młode żołnierki na wypadek wojny z jakimś „wrogiem”. Trafiamy również do szkoły katolickiej („Niektórzy myślą, że uczą nas pedofile! Debile!”), której pozbawieni religijnej iluzji uczniowie i uczennice odzierają swoją placówkę z wszelkich świętości pod przykrywką nieco udawanej duchowości. Na koniec odwiedzamy ucznia w edukacji domowej. Niesiony na metaforycznych, wszechogarniających rękach swych domowych edukatorów jest kołysany do rytmu dziecięcej kołysanki – tak, jakby ktoś chciał na siłę zatrzymać go w objęciach dzieciństwa, nie dając wiele przestrzeni na dorastanie „po swojemu.”

Spektakl jest bezlitosnym lustrem, które nieco żartem, nieco zupełnie na poważnie, pokazuje nam gorzką rzeczywistość edukacji w Polsce. Oglądając go zaśmiewaliśmy się do łez i jednocześnie odczuwaliśmy cierpki smak niezgody na to, co widzimy – na scenie, ale jednak i w życiu. Wędrujemy w „Szkole marzeń” przez różne „systemy edukacyjne” lub ich alternatywy i zostajemy skonfrontowani z różnego rodzaju formami opresji, które stosują wobec młodego człowieka. Nasz główny bohater szuka dla siebie swojego miejsca, takiego gdzie środowisko zaakceptuje go właśnie takim, jakim jest. Gdzie będzie mógł rozwijać swoją pasję – traktory. Jakie to wymowne – zwykłe, niewymagające hobby. Czy jest dla niego przestrzeń w jakiejś szkole? W jakimś „systemie”? Nasz bohater stwierdza, że nie ma takiego miejsca, które przyjmie go bezwarunkowo i pozwoli mu zachować siebie, nie ma szkoły marzeń. Musiałaby być ona zlepkiem pojedynczych elementów miejsc, które widzimy w spektaklu.

Czy to jednak oznacza, że jest niemożliwa?

Właśnie na to pytanie starali się odpowiedzieć młodzi ludzie zaproszeni na debatę „Jaka szkoła cieszy?”, która została zorganizowana przez grupę Szkoła Cieszy-n we współpracy ze Świetlicą Krytyki Politycznej w Cieszynie oraz stowarzyszeniem DopaminaLab z Dąbrowy Górniczej.

Spotkanie, które odbyło się po spektaklu „Szkoła marzeń”, było podsumowaniem i jednocześnie swego rodzaju kampanią społeczną kończącą projekt „Generation Change”, w którym Szkoła Cieszy-n brała udział. Projekt organizowany był przez trzy siedziby Krytyki Politycznej: Warszawę, Gdańsk oraz Cieszyn. Jego celem było oddanie głosu aktywistom, grupom nieformalnym z całej Polski, które zajmują się ważnymi tematami społecznymi, i których celem jest zaprowadzanie dobrych zmian w wybranych przez siebie obszarach. W ramach tego projektu Szkoła Cieszy-n brała udział w dwóch zjazdach warsztatowych w Warszawie oraz w kilku szkoleniach online i offline. Tematem zainteresowania była oczywiście edukacja, przede wszystkim ta lokalna oraz dokument Strategii Rozwoju Oświaty dla miasta Cieszyna na lata 2021-2026, który ma wyznaczać kierunki edukacji w Cieszynie na najbliższe pięć lat.
Debata zgromadziła w sumie czterdzieści osób, które przez dwie godziny dyskutowały właśnie o szkole marzeń.

Jaka miałaby być?

Bardzo inna od tej, z którą młodzi ludzie mają kontakt na co dzień. Niestety.

Padło wiele cierpkich słów pod adresem polskiej szkoły – przeciążenie sprawdzianami, chroniczny stres, lęk przed byciem wyśmianym przez nauczyciela, niesprawiedliwe traktowanie (ocenianie), bagatelizowanie głosu uczniów („dzieci i ryby…”), brak zainteresowania realnymi problemami młodzieży.

Krytyka młodych nie była jednak wyłącznie skupiona na samych nauczycielach. Poruszyli również problem „systemu” samego w sobie, który zniewala i zmusza do katorżniczej pracy nie tylko uczniów, ale i samych nauczycieli. Była mowa o ich wypaleniu zawodowym, poczuciu niemożności wprowadzania zmian w obawie przed nadzorującymi ich organami (dyrektorzy, kuratoria).

Opowiedzianych zostało wiele osobistych, trudnych historii o uczniowskim sprzeciwie wobec zastanej szkolnej rzeczywistości i jego konsekwencjami (ostracyzm, groźby bycia nieklasyfikowanym, obniżanie oceny z zachowania „za wyrażanie własnej opinii”). Dyskusję rozpalały szczególnie takie tematy, jak brak rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach, cyfrowy system oceniania, który według uczestników debaty nie pozwala na budowanie głębszych więzi z nauczycielami, nie odzwierciedla postępów w nauce, jest jednym słowem ograniczający w rozwoju młodego człowieka, a co więcej, niezgodny z obowiązującym prawem oświatowym.

Równie emocjonująco wypowiadali się młodzi ludzie o „kulcie” zadań domowych, których powtarzalna i monotonna forma jest tak często znienawidzona przez uczniów.
Słuchając tych wielu wypowiedzi, miałam po raz kolejny, gdy dyskutowany jest temat edukacji, nieodparte poczucie cofnięcia się w czasie do moich szkolnych lat. I gdy zdałam sobie z tego sprawę – przeraziłam się. Do szkoły podstawowej chodziłam ponad dwie dekady temu – uczestnicy debaty właśnie ją skończyli, wszyscy mamy te same wspomnienia z tamtych lat, podobne przemyślenia – że nic lub tak niewiele się zmieniło w przeciągu 200 lat, odkąd narodziła się pruska szkoła. Schemat jej działania pozostaje ten sam.

I choć każdy z nas miał też pozytywne historie do opowiedzenia – o nauczycielach pasjonatach, którzy zmieniają edukację na miarę czasów, w których przyszło nam żyć, nie dlatego, że ktoś im kazał, ale dlatego, że ten zawód jest ich życiem, wielką przygodą, na którą udają się z swoimi uczniami – to jednak ciągle za mało. Zbyt wiele w polskiej szkole boli, uwiera, podcina skrzydła.

Znajoma, z którą rozmawiałam o debacie „Jaka szkoła cieszy?” stwierdziła, że jest ona przykładem sytuacji, kiedy „ci najbardziej niezadowoleni najgłośniej krzyczą.”
Ja dzisiaj dziękuję Wam – niezadowolonym, za to że krzyczycie. Że mówicie na głos, wprost, z niezgodą. Że nie milczycie.

A tym, którzy być może życzyliby sobie Waszego milczenia, mówię: otwórzcie uszy i posłuchajcie młodych.

Zaś spektakl Teatru Młynówka „Szkoła marzeń” jest dla mnie hitem sezonu, absolutnym „must-see”. Szczególnie dla tych zadowolonych – by nie popadli w nadmierny samozachwyt.

 

- reklama -