Zdolność do szerzenia dobra

0
880
- reklama -

– Cywilizacja, w której żyjemy i którą tworzymy, daje wiele możliwości, ale też wywiera pewnego rodzaju presję. Często dotyczy ona żądzy bycia oryginalnym, unikatowym czy niezależnym. Wówczas nonkonformizm nie jest już tym co oznacza w rzeczywistości, bowiem większe znaczenie przy tej „żądzy” ma sam fakt np. oryginalności niż świadome i ugruntowane trzymanie się swoich wartości – mówi Jonasz Milewski, autor powieści „Nonkonformista”, której akcja rozgrywa się na początku XX wieku na Śląsku Cieszyńskim. Opowieść została oparta o prawdziwe wydarzenia, o których wiedzę autor zaczerpnął z gazet i czasopism, ukazujących się w Cieszynie w 1907 roku.

Marcin Mońka: Pańską powieść bez wątpienia można czytać jako rodzaj metafory, w której odnajdujemy wiele odniesień do współczesności. Bo choć jej akcja rozgrywa się na początku XX wieku, to jednak wiele problemów, z którymi boryka się jej główny bohater, jest wciąż aktualna i bliska ludziom żyjącym sto lat później. Próbuje nas Pan przekonać, że historia wciąż jest najlepszą nauczycielką życia, nie zawsze tylko potrafimy z tych lekcji wyciągać właściwe wnioski?

Jonasz Milewski: Historia, lecz ta idąca w parze z perspektywicznym myśleniem o przyszłości. To co za nami, daje nam wgląd w to, jak mogą się potoczyć sprawy, kiedy np. emocje wypierają rozsądek. Jednocześnie nie da się przekopiować wniosków z historii i stuprocentowo dopasować ich do obecnych realiów. Każde kolejne pokolenie to przecież odmienne warunki życia, środowisko, poglądy, sympatie, antypatie itd. Cechy wspólne ludzi z przeszłości i teraźniejszości są jednak ogromne. Jak napisała więcej niż sto lat temu Konopnicka – „I miasto, i wioska to jeden nasz świat! I wszędzie, dziecino, twa siostra, twój brat! I wszędzie, dziecino, wśród lasów i pól, jak ty czują radość, jak ty czują ból”. Umiejętność wyciągania wniosków z tego co było dawniej, a przede wszystkim do czego to doprowadziło, jest nieopisanie cenną wartością. Emocje się nie zmieniły, a to one są siłą napędową działań człowieka.

Pański bohater wie, że nie zmieni całego świata, lecz zdaje sobie sprawę, że ma wpływ na jednostki, tworzące przecież określone społeczności. To dla współczesnego czytelnika sygnał, że możemy mieć realny wpływ na otaczający nas świat, mimo że zewsząd słyszymy, jak niewielki wpływ w skali makro mamy na wszelkie zachodzące na świecie procesy?

- reklama -

Otaczający nas świat to nie kto inny jak ludzie. Rodzina, sąsiedzi, współpracownicy, znajomi – to jest tak naprawdę świat każdego z nas. Nie tylko „możemy mieć”, ale i mamy realny wpływ na te osoby. To, jaki ton nadajemy chociażby w domu czy stosunkach sąsiedzkich, w głównej mierze zależy właśnie od nas. Im więcej wartości szerzymy w tych małych „światach”, tym większy mają one wpływ na szerszą społeczność. To jak z domino. Płytka po płytce.

Główny bohater powieści – Paul, niczym Odyseusz, odbywa na stronach „Nonkonformisty” podróż, w której spotyka bardzo różnorodne postaci, często historyczne. Poznaje osobiście i jest gościem Cesarza Franza Josefa, w Wiedniu ma również przypadkowe spotkanie z jednym z największych zbrodniarzy XX wieku, choć poznaje go w chwili, gdy ten jest jeszcze jedynie kiepskim landszafcistą. Podczas tych spotkań zachowuje wierność własnym przekonaniom. Myśli Pan, że współcześnie jesteśmy gotowi na taką nieprzejednaną postawę, zwłaszcza teraz, gdy nieustannie jesteśmy poddawani rozmaitym manipulacjom?

Pięknym byłoby dążyć do takiej postawy. Można by to nazwać nawet pewną formą rozwoju. Cywilizacja, w której żyjemy i którą tworzymy, daje wiele możliwości, ale też wywiera pewnego rodzaju presję. Często dotyczy ona żądzy bycia oryginalnym, unikatowym czy niezależnym. Wówczas nonkonformizm nie jest już tym co oznacza w rzeczywistości, bowiem większe znaczenie przy tej „żądzy” ma sam fakt np. oryginalności niż świadome i ugruntowane trzymanie się swoich wartości. Dlatego gotowość na nieprzejednaną postawę, o którą Pan pyta, pozostawiłbym wciąż jako coś indywidualnego, nie społecznego.

Wróćmy do ludzkich emocji, którymi tak łatwo można manipulować. Wraz ze swoimi bohaterami stara się Pan przekonać czytelników, by nie ulegali fałszywym wyobrażeniom – to ta warstwa powieści okazuje się głęboko humanistyczna i uniwersalistyczna. Myśli Pan, że literatura może jeszcze zmieniać świat?

Odpowiem słowami mojego bohatera – „świata nie zmienisz, ale możesz mieć wpływ na jednostki”. „Świat” to najczęściej ludzie, którymi się otaczamy – możliwym jest zmienianie otoczenia dzięki literaturze, jednak bardziej w kategorii zmiany pigmentu koloru na jaśniejszy. Literatura to zaledwie jedna z cegiełek w całej budowli – w żadnym wypadku nie warta bagatelizowania. Czytając, żyjemy podwójnie, bo jak to pięknie ktoś kiedyś napisał „ilekroć odłożywszy książkę, snuć zaczniesz nić własnych myśli, tylekroć książka cel zamierzony osiąga”.

Wmawia się nam nieustannie, że los ludzkiego życia wyznaczają różnice narodowościowe, religijne, rasowe. „Nonkonformista” wpisuje się w inny rodzaj narracji, mówiąc nam, że wszyscy jesteśmy równi, a linia podziału przebiega najczęściej między biednymi a bogatymi i lepiej sytuowanymi społecznie. I w tym sensie powieść można czytać również w perspektywie społecznej. Czy rzeczywiście „Nonkonformistą” postanowił Pan postawić pewną określoną społeczną diagnozę?

Powiedziałbym, że na nasz los największy wpływ mamy my sami. W większości przypadków, ponieważ wykluczyłbym czynniki niezależne. Podkreślanie różnic wpisało się na dobre w codzienność, bowiem szuka się ich na każdym kroku i na każdym poziomie. I są one najczęściej w głowie, bo np. jak wytłumaczyć, że mieszkańca oddalonego o 630 kilometrów nazywamy „rodakiem”, a mieszkańca Suwałk oddalonej o 30 kilometrów Ostrawy, nazywamy „obcokrajowcem”. Fakty w życiu społecznym mają niewielkie znaczenie. Jeden z uznanych ekspertów rozwoju osobistego wywiedział niedawno podczas jednej z konferencji ważne zdanie, które brzmiało:„Remember, facts are not reality. Perception is reality” („Pamiętaj, fakty nie są rzeczywistością. Percepcja (postrzeganie) to rzeczywistość”). I to przesłanie chciałem zawrzeć w swojej książce. Mój bohater odkrywa po kolei skazy człowieczeństwa, za każdym razem przekonując się, że prawda schodzi na drugi plan, kiedy zderza się z wyobrażeniami ludzi. Na to choruje każde społeczeństwo i bardzo często, na różnych etapach życia, każdy człowiek.

Ważną warstwą powieści jest wielogłos – jej bohaterowie posługują się wieloma językami, ważną rolę odgrywają w niej również różne warianty dialektów. Skąd u Pana znajomość różnych odmian gwary, związanej ze Śląskiem Cieszyńskim, ale nie tylko, bo przecież niektóre z postaci mówią również w gwarze wywodzącej się z Żywiecczyzny? Studiował Pan różne odmiany etnolektów, również w ich historycznym ujęciu?

Próba odtworzenia różnych odmian języka śląskiego, gwar galicyjskich czy innych wstawek nie należała do najłatwiejszych. Szczególnie, że po roku 1945 część autochtonów wysiedlono. Z pomocą przyszły setki numerów gazet wydawanych w Cieszynie początkiem XX wieku, m.in. „Gwiazdka Cieszyńska”, „Dziennik Cieszyński”, „Noviny Těšínské” czy „Silesia”. Niejednokrotnie można było w nich odnaleźć powiedzenia czy określenia używane przed laty. Ponadto dotarłem do całego mnóstwa listów, zapisków, pamiętników osób żyjących w różnych wioskach i miasteczkach dawnego Śląska Austriackiego. Posiłkowałem się także „Słownikiem Gwarowym Śląska Cieszyńskiego” Jana Kropa, Józefa Twardzika, Józefa Pilcha i Jadwigi Wronicz. Niesłychaną przyjemnością było także odwiedzenie seniorów z przeróżnych miejscowości Śląska Cieszyńskiego po polskiej i czeskiej stronie. Rozmowa „przez płot” wiele wniosła. Co człowiek to lekko inny akcent, rozumienie swojej mowy, poglądy, wspomnienia. To było przeżycie! Zależało mi, by przy pomocy dialogów pisanych dialektem, pokazać, że istniały różne ich warianty, przeplatające się nawzajem pomiędzy domami, kamienicami czy zakładami przemysłowymi.

Choć pański bohater, podobnie jak cała powieść, jest zdecydowany i stanowczy, a jego życie, podobnie jak akcja książki, ma określoną dynamikę, to jednak w czasie lektury można wytropić pewne wątki sentymentalne. Pan jako autor zatęsknił za światem, którego dziś już nie ma? Te tęsknoty są przecież wciąż obecne wśród współczesnych mieszkańców Śląska Cieszyńskiego, stąd Pana książkę można również interpretować jako rodzaj odpowiedzi na te tęsknoty, bo świat sprzed ponad stu lat rekonstruuje Pan bardzo pieczołowicie…

Zdecydowanie jest to wyraz sentymentu. Pokolenie ludzi urodzonych po obu wojnach światowych nie doświadczyło świata, jaki był dawniej. Nawet jeśli nie żyliśmy w czasach wojennych, to wychowywali nas ci, którzy tego doświadczyli. To nie jest bez znaczenia. Oczywiście możemy sobie jedynie gdybać jak ta codzienność wyglądała, ale i tak te domysły potrafią działać kojąco. Wydaje się, że ówcześni żyli biedniej, ale pełniej. Chociaż infrastruktura nie była tak rozwinięta jak obecnie, to na wszystko starczało czasu. Miasta były mniejsze, a każdy kolejny budynek wyglądał jak dzieło sztuki. I choć problemów im nie brakowało, a w wielu aspektach byli bardzo zacofani, to jednak wolniejszy pęd życia, zapewniał im mniejszą presję, niż obecnie żyjącym.

„Nonkonformista” to Pański debiut powieściowy, zdecydował się Pan na powieść osadzoną w realiach pierwszych lat XX wieku na Śląsku Austriackim. Dlaczego właśnie tutaj? W końcu w notach biograficznych o autorze można przeczytać, że mieszka w Warszawie…

Warszawa to moje miejsce zamieszkania od prawie 10 lat. Pierwsze 22 lata życia spędziłem na ziemiach spadkobiercy Śląska Austriackiego – w polskiej części Śląska Cieszyńskiego. To stąd wywodzi się cała linia moich przodków od strony mamy, Krystyny. Mojeścik, Kukuczka, Latzel, Bojko, Ferfecki, Gawlas, Gazur, Řamsšák, Holeksa, Mazurek, Rucki, Legierski, Kawulok, Lisska – to tylko niektóre z nazwisk moich bezpośrednich przodków. Jaworzynka, Koniaków, Istebna, Wisła, Cieszyn, Lipowiec, Brenna, Górki Wielkie, Pogórze, Skoczów, Jabłonków, Ostrawa, Skalite, Opava, Vapenna to z kolei niektóre z miejscowości, gdzie mieszkali. Moje długoletnie badania genealogiczne pozwoliły mi dokopać się aż do roku 1740. Postawiłem sobie za cel, by chociaż niektórych z nich „ożywić”, dlatego pojawili się w „Nonkonformiście”. Między innymi Gotthard Latzel, przyjaciel głównego bohatera, to mój praprapradziadek, mieszkaniec Cieszyna i portier w Fabryce Mebli Kohna. Moje projekty literackie stawiają sobie za cel wyciąganie z odmętów niepamięci szlachetnych ludzi, którzy byli przed nami. Każde kolejne pokolenie żyje w zupełnie innym świecie. Mamy jednak ze sobą coś wspólnego – zdolność do szerzenia dobra. Choć otoczenie się zmienia, wciąż pod skórą żeśmy tacy sami.