Curriculum vitae, czyli starość na bazie dziecięctwa

0
228
A stock of old books and a tea cup with saucer on the swing in the garden

„Opowieść ta jest fikcyjna, ale zawsze istnieje możliwość, że fikcja w pewnym stopniu rzuci światło na to, co zostało zapisane jako fakt” – Ernest Hemingway, „Ruchome święto”

Starość usiłuję przyhamować wspomnieniami najdawniejszymi. Przestrzegał mnie przed dziecinnieniem mój syn, kiedy w towarzystwie opowiadałem zabawne zdarzenia z naszego życia rodzinnego. Na przykład niezapomniany dialog Mamusi, purystki językowej, z Synkiem odkrywającym w drodze do przedszkola świat. „Mamusiu, tu jest ćma. – Nie mówi się ć m a, mówi się c i e m n o. – Mamusiu, ale ona ma skrzydełka!”

Swoją edukację rozpocząłem w Przedszkolu nr 5 przy ulicy Księdza Janusza. Kim był patron ulicy dowiedziałem się dopiero później. Mój syn, który chciał mnie bardzo uchronić od zdziecinnienia, chodził do innego przedszkola, na innym końcu miasta. Zawsze czułem się dorosłym, więc od razu poszedłem do starszaków. Pierwsze śniadanie zjedliśmy razem, maluchy ze starszakami. Aromat kawy z mlekiem wisi tam w pokoiku na pięterku do dziś. Marylka, młodsza moja siostrzyczka zrobiła na Andrzejku tak duże wrażenie, że ten na jej widok rozlał kawę. Gdyby usłyszała tę relację pani Kierownik Przedszkola, stwierdziłaby podejrzliwie, że znów konfabuluję. Bardzo lubiła to słowo. Poza tym swoją postawą marksistowsko-leninowską chciała mi chyba udowodnić, że nie jestem ochrzczony, bo nie mam imienia. Zwracała się mnie tylko po nazwisku. Ale lubiłem ją, bo grała nam na fortepianie w czasie zajęć z rytmiki. Występowałem też w reprezentacyjnej grupie z najładniejszymi dziewczynkami, Miriam i Hanią, tańcząc trojaka. Angażowałem się, pomagając składać leżaki po każdej poobiedniej programowej drzemce. Bardzo lubiłem porę sjesty i pilnie się jej poddawałem. Moje skupienie rozpraszała pani Zosia w czarnej spódnicy, spod której wystawał rąbek białej koronkowej halki. Spotkałem ją po dwudziestu latach i trochę się zdziwiłem, że nie robi na mnie tego pierwotnego wrażenia. Nie okazywałem zainteresowania mojej wielbicielce Krysi. Była zresztą inna Krysia, o rok starsza, ładniejsza. Ale u niej nie miałem szans, bo w czasie gromadnych spacerów wyszło na jaw, że nie przerobiłem jeszcze umiejętności wiązania plączących się sznurowadeł. Zresztą ze sznurowadłami miał też problem Jasiu, który razem z Hanią żyli nieco w innym świecie. Mieli bardzo urodziwe dusze, nie pasujące do biało-czerwonych klocków lego, do piaskownicy w ogrodzie, do modelu nigdy przez nas nieużywanej kolejki elektrycznej, tańców, kukiełek, rybek w akwarium z promieniem słońca. Ale nadszedł ten czas, że uzbrojeni w metalowe garnuszki zawieszone wstążeczką na szyi, wyruszyliśmy w świat.

Celem była łąka pod skalnym urobiskiem w Boguszowicach na obrzeżu miasta. Sąsiadujący z przedszkolem Zakład Wyrobów Nożowniczych „Bubela” użyczył nam transportu. Był nim ciężarowy samochód z budą, przystosowany do przewozu osób. W zakładzie tym pracował mój tato i raz nawet pomachał mi ręką. To był ważny gest. Byłem z łagodności i wiedzy taty zawsze dumny. Na wycieczce było mi nieswojo. Bo wolałbym pójść nad potok, gdzie było gospodarstwo dziadka, był koń, w sadzie słodkie gruszki, a od południowej strony domu dojrzewały winogrona. Dziadek był najważniejszym we wsi, a ja nie mogłem się nim pochwalić i powiedzieć, że ten pejzaż jest wyjątkowo mój. A ci ludzie wokół to albo sami krewni, albo nasi znajomi. Przez wczesną władzę nazwany był kułakiem.

Na wspólnej fotografii przy piaskownicy patrzymy uśmiechnięci w pogodne niebo. Chciałem tu jeszcze zostać. Składać leżaki po poobiedniej drzemce, jeść na podwieczorek grysik z cynamonem i jeszcze raz napić się kawy zbożowej. Ale wszyscy otrzymaliśmy promocję do kolejnych placówek edukacyjnych. Marylka dołączyła do naszego młodszego brata i przeniosła się do przedszkola z karuzelą.

Pierwszaki, pomimo że były już kiedyś starszakami, muszą robić w szkole podstawowej za maluchów. Chroni ich nigdy bliżej nie poznane Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Korzystają ze stołówki, na którą dociera zaopatrzenie z UNRY. Jest bułka z mlekiem. Pan woźny jeździ wózkiem po przydział mięsa. A jesienią pomaga kisić kapustę, którą degustujemy w drodze na obiad. Gmach szkoły na wzgórzu w sąsiedztwie starego folwarku zdawał się ascetyczną twierdzą.

W niezasypanych rowach po budowie, w oczkach wodnych wrzało życie. Kijanki dorastały prędzej od nas. Na wiosnę przed szkołą falował łan zboża. Na niezasiedlonych jeszcze polach rosła plantacja kapusty. Na ósmą, do ośmioklasowej Ósemki chodziłem między ogrodami, aż na Piaskową. W klasach na parapecie dominowały pelargonie. Wypolerowane parkiety pachniały pastą. Zachwycałem się świeżością nowych książek, które chciałem pochłonąć od razu. Ale Matka, w obawie o mój wzrok, zabierała mi lekturę i kładła wysoko na kredensie. Może w ten sposób zwracała mi uwagę na moją konsumpcyjną postawę? Nie wystarczy czytać po cichutku o Jasiu, który nie mógł się podzielić z siostrzyczką jabłuszkiem, bo to jabłuszko było tak małe, że nawet nie miało drugiej połowy. Trzeba umieć jeszcze coś grzecznie i mądrze odpowiedzieć, napisać, coś dać z siebie innym. Uważałem, że szkoła ma na nas tak mocny wpływ, że już nie trzeba się uczyć. Dlatego pani od elementarza powiedziałem, że nie spróbuję napisać mojego nazwiska, bo nie znam jeszcze wszystkich literek. Nie wiem, jak mnie przekonała do pisania. Nadal nie znam wszystkich alfabetów, kodów językowych. Jakoś komunikuję się, wypowiadam, a nawet ośmielam się tworzyć, zamieniając podsuniętą myśl i wspomnienia w słowa.

Z założenia była to siedmioklasowa szkoła z lekcją religii włącznie. Podobno w tych gomułkowskich czasach podczas przerw pastor zgodnie witał się z katolickim katechetą. Nie trwało to długo. Kiedy usłyszałem, że mam iść na lekcję religii, bo już wszyscy poszli, nieuświadomiony wyznaniowo chciałem wmówić pani Kazi, że „…ja przecież jestem e-e-wan- ewan-gelikiem”. Ostatecznie dotarłem do sióstr Elżbietanek nadal nieświadom swego wyznania, wiary, powołania, swego losu, światopoglądu. Szkoła nie dbała o lekcję religii. Była natomiast próba wskrzeszenia wśród zatrudnionych w szkole pracowników Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej. Najbardziej gościnnym miejscem w szkole pozostanie dla mnie świetlica. Tam starsi uczniowie na adapterze odsłuchiwali modnych „Dzieci z Pireusu” i „Szybkiego Gonzalesa”. Oglądaliśmy skoki Józefa Przybyły i transmisję z pogrzebu Johna Kennedy’ego. Grało się w bilarda. Pingpong był na korytarzu w drodze na stołówkę w sąsiedztwie kotłowni. W wyczekiwaniu na obiad, odrabialiśmy lekcje. „No i coś to napisał!? Co to jest?! Przyjaciółka przez „szy” i „u” otwarte?!” Dziwiła się moim zdolnościom dyżurująca pani od polskiego. Za to ortograficzne opamiętanie odwdzięczyłem się w jej klasie najlepszymi dyktandami i wypracowaniami klasowymi. Do dziś jeszcze nie odpowiedziałem na to piękne pytanie – „Kto mi dał skrzydła”. To jest wers z psalmu, a my mieliśmy odkryć w sobie zapał poetycki i napisać fraszkę. Szkolne zmory znikały na częstych wycieczkach. Należeliśmy do powszechnego harcerstwa. Bardzo lubiłem swój zielony mundurek, bo zakrywał mój niemodny sweterek. Zrobiło się wesoło, kiedy nieopatrznie nazwałem Równicę równikiem. Ale mnie nie było do śmiechu. Jako liderzy krzepko maszerując w kierunku Orłowej, odłączyliśmy się od klasy. No i nie tyle zabłądziliśmy, co zostaliśmy sami przy wyborze, którą drogą teraz wracać. Czy na Brenną, co byłoby błędem, czy kierować się do Polany, gdzie oczekiwała nas zmartwiona nasza pani. W plecaku miałem chleb z twarogiem, który tego dnia smakował wybornie.

W domu ustalono, że nie pójdę do liceum sztuk plastycznych. Zdobycie zawodu i usamodzielnienie się będzie największą pomocą dla taty na rencie i dorabiającej dodatkowymi pracami mamy. Zawodówka jako zespół szkół nosiła interesującą nazwę – dokształcająca. Kiedyś na jej terenie mieścił się zakład poprawczy dla młodzieży. Dziś zawodówkę nazywam „oxfordem”. Jako szefa klasy uczyniono mnie za swych kolegów odpowiedzialnym. Nie mieliśmy lekcji obcego języka, historii, geografii, biologii. Była za to technologia, materiałoznawstwo, rysunek techniczny oraz zagadnienia z bezpieczeństwa i higieny pracy. Były też lekcje z przysposobienia obronnego. Miałem trzy dni zajęć w tygodniu w szkole. Praktykę odbywałem na wydziale narzędziowni w fabryce, w której kiedyś pracował Tato. Spotkałem tu w dziale technologicznym człowieka, który pamiętał ojca. W ciągu niecałych 10 lat awansowałem z ucznia, poprzez ślusarza, na referenta. Kiedyś kiosk zaopatrzenia dla pracowników stał przed bramą fabryki. A teraz na jej terenie. Obowiązywał więc regulamin fabryczny. Rozmowa ze sklepikarką była charakterystyczna w dobie niedomagań zaopatrzeniowych. – „Jest oranżada? – Nie ma. – A sok? – Nie ma. – A woda mineralna? – Nie ma. – To może piwo jest? – Czy pan oszalał???!!!” Byłem metalowcem, technikiem. Ale nie obeszło się bez trudu z przyswajaniem sobie z wiedzy. Moją dalszą naukę popierał pracodawca. W technikum bazowano na naszej wyniesionej z „oksfordu”. Chociaż byliśmy najlepszymi w zawodówce, w wieczorówce zmagaliśmy się z powszechnością egzaminów poprawkowych. Dyplom technika upoważniał mnie do dalszych awansów w Komórce Wynalazczości i Racjonalizacji. Ale również do uczestniczenia w wyjazdowych kursach dokształcających. Bardzo chciałem być przydatnym tym wszystkim potencjalnym racjonalizatorom i wynalazcom.

Jedną ze społecznych funkcji była obsługa rozgłośni zakładowej. Sprowadzało się to do sporadycznych komunikatów. Ale głównie wypełniało się czas regulaminowej przerwy muzyką z płyt albo z taśmy magnetofonowej. Wpadłem na pomysł, aby zaprezentować załodze relaksacyjną muzykę na bardzo modnych wówczas organach Hammonda. Komentarz oceniający moje autorskie przedsięwzięcie był druzgocący. W rozmowie telefonicznej usłyszałem krótkie pytanie. – „Czy to Watykan? A może Powązki?”.

Ludzie gotowi byli na okrągło słuchać przebojów Połomskiego, Kunickiej, Tutinas, Przybylskiej, Santor.
Praca w biurze była elegancka, ale nie przekładała się na awans finansowy. Zmieniłem pracę, gdzie przyszło mi uczyć się kolejnego zawodu.

Założyłem rodzinę i zamieszkałem poza miastem. Codziennie dojeżdżałem do pracy Pekaesem. Na stałe wróciłem do Cieszyna po sześciu latach podejmując kolejną pracę, która gwarantowała mi mieszkanie. Po latach nabrałem jednak zwątpienia, czy dobrze uczyniłem, czy w pełni wykorzystałem swoją wiedzę, zdolności i zainteresowania. Kiedy kolejny raz zamierzałem zmienić moje źródło dochodów, napisałem podanie do Castoramy.

Moje CV było z a o b s z e r n e. Nie dogadaliśmy się. Ja chciałem dobrze płatnej i prostej pracy. A oni odpisali mi uprzejmie, że nie mają dla mnie s t a n o w i s k a z tak obszernym CV.

W pracy polubiłem swoje obowiązki. Miałem nawet pomysł na „magistra honoris causa”, który został nawet pozytywnie przyjęty. Niestety, zabrakło promotorów. Z inicjatywy studentów otrzymałem natomiast prestiżową nagrodę „Oskar UŚa”. Byłem dla nich klucznikiem, powiernikiem, ratowałem z ciemności i od potopów, jakie zdarzają się pod wspólnym dachem.

Czy moje CV jest faktycznie stanowczo za długie? Czy za dużo ziemi i ludziom nie ciążę? Słoneczko razi mnie w oczy, a świat i cała okolica uśmiecha się do mnie. Aby nikogo nie u – razić, też odwzajemniam ten uśmiech. A tym uśmiechem rzucam światło na to, co zostało zapisane jako fakt w tym CV.