Wiatr skręca w lewo

0
49
fot. arch. autora
- reklama -

13 października 2019 roku przeprowadzone zostały w Polsce wybory do Sejmu i Senatu. W województwie śląskim najwięcej głosów otrzymała trzymająca ostatnio władzę partia Prawo i Sprawiedliwość. Pochodzący z Wrocławia premier Mateusz Morawiecki, któremu partia Jarosława Kaczyńskiego zleciła misję politycznego desantu na Górny Śląsk, podjął się tego zadania w ramach obchodów stulecia wybuchu pierwszego powstania śląskiego. W końcu ze stolicy Dolnego Śląska do Katowic nie jest daleko, a w dodatku to i to Śląsk, więc o co chodzi? Owszem, w multimedialnej grze politycznej nie ma to znowu aż tak wielkiego znaczenia. Zresztą, już od 1989 roku różni tacy startowali z Górnego Śląska z sukcesem do Sejmu, na przykład Adam Michnik, który w sławnych czerwcowych wyborach kontraktowych uzyskał w Bytomiu 70% poparcia, a w kampanii wyborczej wziął nawet udział – jako zwolennik dialogu lewicy z kościołem katolickim – w męskiej pielgrzymce do Piekar. Czyli co? Nie ma znaczenia, że hanysy znowu zagłosowały na gorola? Przecież to nie jest Sejm Śląski, a podział na hanysów i goroli już dawno jest nieaktualny.

W trakcie tegorocznej kampanii wyborczej, w Święto Wojska Polskiego, pod hasłem „Wierni Polsce” przetoczyła się przez centrum Katowic państwowa defilada wojskowa. Tego rodzaju wojskowo-polityczna zmasowana demonstracja patriotyczna odbyła się w Katowicach po raz pierwszy w historii Polski. Siłą rzeczy nawiązywała do owej pierwszej defilady z 22 czerwca 1922 roku, gdy polskie oddziały pod dowództwem gen. Szeptyckiego wkroczyły do Katowic, a na krótkim odcinku ich przemarszu od starej granicy Ślązacy postawili 30 powitalnych bram. Żyliśmy przez długi czas w szale patriotycznym – wspominał później Wojciech Korfanty w „Odezwie do ludu śląskiego” – jedna uroczystość goniła drugą i jedna parada następowała po drugiej. Szerokim masom zdawało się, że teraz już nastał raj u nas. Niektórym rzeczywiście mogło się tak wydawać, ponieważ międzywojenne województwo śląskie, najbogatsze, choć najmniejsze województwo w II RP, miało autonomiczny status, własny Sejm Śląski, własny budżet i mogło prowadzić własną politykę wewnętrzną. Na straży granic stała, oczywiście, polska armia, która czuwała też nad integracją Śląska z Polską. Był to proces żmudny, niełatwy i wymagający z polskiej strony sporych inwestycji. Tegoroczna kampania wyborcza PiS w województwie śląskim też wymagała sporych inwestycji. Ale teraz inaczej się nie da – ludziska lubią widowiska, igrzyska
i kiełbasę wyborczą. W widowiskowych okolicznościach łatwiej oczarować obietnicami wyborczymi.
Nie wiem, czy przybywając na wielką widowiskową defiladę wojskową w Katowicach mieszkańcy Śląska i okolicy chcieli głównie zamanifestować swoją wierność Polsce (proszę zauważyć, że piszę mieszkańcy Śląska, a nie Ślązacy albo hanysy). Możliwe, bo podczas defilady powiewały w upale biało-czerwone flagi, a śląskie flagi już nie. Chociaż znajdowaliśmy się w stolicy Górnego Śląska, to zabrakło śląskich akcentów – zauważył dziennikarz „Dziennika Zachodniego” – Jedynym byli górnicy maszerujący w defiladzie. Flag Śląska podczas defilady nie udało nam się znaleźć. To bardzo znamienne, że w defiladzie wojskowej wzięli także udział górnicy. Nie wiem, czemu kojarzy mi się to z ostatnią wolą pisarza Jarosława Iwaszkiewicza, który przed śmiercią w 1980 roku zażyczył sobie, aby go pochować w górniczym mundurze. No i ten pochodzący z Ukrainy, wielki – również dosłownie ze względu na wysoki wzrost – skamandrycki poeta, wysublimowany prozaik, wieloletni redaktor naczelny „Twórczości” oraz wybitny przedstawiciel kultury gejowskiej, spoczął w trumnie w górniczym uniformie. Pamiętam też, że w tamtej epoce, w latach schyłkowego PRLu mój szwagier, aby – jak to się wtedy mówiło – wyreklamować się od wojska, zatrudnił się w górnictwie węglowym, a konkretnie w pobliskiej KWK „Morcinek”. Pracy w górnictwie blisko było za komuny do służby wojskowej, państwa totalitarne traktowały górników jako formację paramilitarną. Peerelowski sojusz górniczo-żołnierski rozpękł się tragicznie, kiedy tuż po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku czołgi i piechota z opolskich pułków LWP przyjechały pacyfikować kopalnię „Wujek”. Górnicy w wojskowej defiladzie pisowskiego państwa to trochę relikt gierkowskiej dekady, czasów uprzywilejowania Śląska, opartej na przemyśle wydobywczym, stalowym i samochodowym modernizacji przy jednocześnie narastającym konsumpcjonizmie i reglamentowanym otwarciu się na Zachód. Premier Morawiecki ukradkiem nawiązuje do tamtej dekady, w odniesieniu do Śląska chętnie kokietuje pseudomodernizacyjnymi banałami, mówiąc np. o Śląsku jako o polskiej Dolinie Krzemowej i perle w koronie polskiej produkcji. Tymczasem górnicy, którym nadskakuje jako swojemu elektoratowi, to już relikt epoki węglowej, ery wydobycia paliw kopalnych, o której wiadomo, że im szybciej się skończy, tym lepiej dla ludzkości i przyrody całej planety. W pisowskiej Polsce tego końca jeszcze nie widać, a według pisowskiej geologii i futurologii tutejsze złoża węgla wystarczą jeszcze na 200 lat. Śląscy górnicy chcieliby jeszcze przez 200 lat fedrować, a ich związkowcy chcieliby jeszcze przez 200 lat wygrzewać się przy węglowych kotłach na ciepłych posadkach. Zamierzają więc bronić węgla kłami i pazurami, choć jego wydobycie jest nieopłacalne, a śląskie kopalnie przynoszą straty. Przede wszystkim zaś CO2 niszczy klimat i planetę. Organizatorzy katowickiej defilady dali jednak braci górniczej do zrozumienia, że może liczyć na zbrojne ramię polskiego wojska. I to nie tylko na ochotników z wojsk obrony terytorialnej. Ale może na katowicką defiladę przybyli z rodzinami nie tylko patriotycznie nastawieni zwolennicy górnictwa i miłośnicy militariów. Teraz bardziej niż narody istnieją sieci społeczności, fanów, wyznawców świeckich kultów. Konsumentów popkultury. Katowicka defilada była zapewne gratką dla miłośników wojennych rekonstrukcji historycznych, a także gier wojennych typu „World of Tanks”. Wielkie widowiska przyciągają tłumy. Militaria to przecież dochodowy element rozrywkowego biznesu. Trzy tygodnie wcześniej podobno 60 tysięcy fanów bawiło się na Stadionie Śląskim na koncercie z lekka militarystycznego niemieckiego zespołu rockowego Rammstein, którego muzycy niby to nie występują w mundurach, ale ich futurystyczne kostiumy czasem przypominają bojowe uniformy jakichś intergalaktycznych popczołgistów. Któryż to już raz Rammstein odpalał swoje czarne dymy na Śląsku? Tak na dobrą sprawę defilada w Święto Wojska Polskiego odbyła się w marszowym rytmie ich przeboju „Was ich liebe”. Premier Morawiecki pewnie nie jest fanem industrialnego metalu Rammsteina, który reprezentuje jawnie i zdecydowanie opcję niemiecką. W wyborczym desancie pisowskiego premiera na Górny Śląsk oprócz zbicia politycznego kapitału zapewne chodziło także o dobicie tzw. ukrytej opcji niemieckiej i definitywne rozproszenie śląskich autonomistów skacowanych po ubiegłorocznej klęsce w wyborach samorządowych. Może też o polityczne uspokojenie śląskiej opcji węglowej, która nie dość, że molestowana była przez klimatystów podczas niedawnej katowickiej konferencji klimatycznej, to w dodatku mogła trochę się zaniepokoić masowym ostatnio importem do Polski rosyjskiego węgla.
Tam, gdzie jest najwięcej potencjalnych wyborców, musi też być najwięcej rozmaitej maści fanów i graczy, a ostatnio, na szczęście, rzadko można zobaczyć prawdziwe czołgi na ulicach miast. Jednak w Cieszynie też pojawiło się widmo czołgu. Przed skrzyżowaniem ulic Bobreckiej i Korfantego w okresie przedwyborczym postawiono szereg plakatów wzywających do głosowania 13 października. I – co jednak było trochę dziwne i niepokojące – straszyły one archiwalną fotografią czołgów spod kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku. Tak jakby konsekwencją tegorocznego nie uczestnictwa w wyborach do Sejmu i Senatu miało być znowu wprowadzenie stanu wojennego. Apel do obywateli o wzięcie udziału w wyborach sygnowała tajemnicza inicjatywa przeciwko ignorancji obywatelskiej, o której nie umiałem nic znaleźć w internecie. Nie wiem, czy ta kampania przyczyniła się do zwiększenia frekwencji wyborczej. Może, ale wydaje mi się, że przywoływanie śląskiej martyrologii, terroryzowanie ludzi najbardziej krwawym epizodem stanu wojennego i wytaczanie ponurego obrazu czołgu mogło przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Był to bowiem przedwyborczy przejaw demagogicznej polityki historycznej, na szczęście raczej mało czytelny. Tymczasem czołg to czołg, piekielna maszyna służąca do podboju, wojny, zabijania i zniszczenia. Ale Polacy mają we krwi sympatię dla czołgistów przekazywaną z pokolenia na pokolenie dzięki kultowości serialu „Czterej pancerni i pies”. Jednak od czasu kiedy w 1968 roku sowieckie tanki szły przez Śląsk pacyfikować Czechosłowację, a potem, na początku stanu wojennego w 1981 roku posłużyły do tłumienia robotniczego oporu, jakiekolwiek czołgi powinny mieć zakaz wjazdu na Śląsk. Nawet na defilady.
Podobno defiladę z okazji Święta Wojska Polskiego podziwiało w Katowicach 200 tysięcy ludzi. W tych dniach sierpniowych odbyły się także obchody setnej rocznicy wybuchu pierwszego powstania śląskiego. Na tle Spodka prezydent i premier złożyli kwiaty pod pomnikiem powstańców śląskich. Oba te obiekty (tzn. Spodek i pomnik, a nie prezydent i premier) są monumentalnymi ikonami peerelowskiej modernizacji na Śląsku, ale dzięki modernizacyjnej polityce Jerzego Ziętka, nie przypominają one pałacu kultury i nauki, czyli warszawskiej ikony PRLu. I chyba nie było i nie ma w województwie śląskim pomysłów, żeby te dwie ikony śląskiego PRLu zburzyć. W ramach pisowskiej dekomunizacji próbowano przemianować Rondo Jerzego Ziętka w centrum Katowic na Rondo Lecha Kaczyńskiego. Nie udało się, a duch generała Ziętka, który podobno jako młody synek brał udział w jednym z powstań śląskich, unosił się nad katowicką defiladą. W wyborach do Sejmu, premier Morawiecki jako „jedynka” na liście PiSu w okręgu katowickim jednak, mimo rozmaitych trudności, dopiął swego i mógł zameldować swojemu prezesowi wypełnienie śląskiej misji, atoli – jak wyszło z późniejszych analiz – było to w gruncie rzeczy zwycięstwo pyrrusowe. Owszem, pierwsze ogólne statystyki powyborcze pokazywały, że w tegorocznych wyborach do Sejmu mieszkańcy województwa śląskiego najchętniej głosowali na PiS i premiera Morawieckiego, który nie jest hanysem
i nie godo po naszymu ( potem na Górnym Śląsku odezwały się głosy, że to nie hanysy głosowały na pisowskiego premiera jyny gorole). Jednak przewaga nad Borysem Budką, „jedynką” listy Koalicji Obywatelskiej, wcale nie była miażdżąca, bardziej miażdżąca była przewaga Morawieckiego nad dalszymi kandydatami PiSu. Poza tym jednym okręgiem w Katowicach zwyciężyła Koalicja.
W nowym Sejmie z województwa śląskiego rekrutuje się 27 posłów PiS, 20 posłów KO i 7 posłów Lewicy. Później okazało się, że PiS ma teraz ze Śląska o 5 posłów mniej niż w poprzedniej kadencji. Do Sejmu i Senatu powróciła Lewica. Wybory do Senatu PiS w województwie śląskim przegrał – teraz ma 5 senatorów, a poprzednio miał 10. Czarnym koniem tych wyborów okazała się Lewica.
To trochę zaskakujące, ale Lewica podniosła się
z marazmu i zdołała wreszcie strategicznie się zjednoczyć. Gdyby nie to, że polityczna lewica raczej nie przyjmuje pozycji klęczącej, można by powiedzieć, że podniosła się z kolan. Mimo agresywnej nagonki prawicy, kościoła katolickiego i publicznych mediów na tzw. lewactwo.
W niektórych miastach województwa śląskiego – w Częstochowie i Sosnowcu (które jednak geograficznie, historycznie i kulturowo do Górnego Śląska nie przynależą) – odniosła spektakularny sukces wyborczy. W Cieszynie zjednoczona Lewica uzyskała ponad 18 % poparcia, co
w sytuacji, kiedy PiS miał tutaj zaledwie jednoprocentową przewagę nad KO na poziomie 33 % poparcia oznacza istotną zmianę obywatelskiego nastawienia i społecznych poglądów. Zeszłoroczna zmiana w cieszyńskim Ratuszu, protesty obywatelskie, działalność świetlicy „Krytyki Politycznej” zrobiły swoje. Problem tylko w tym, że tak jak nieaktualny jest już podział na hanysów i goroli, również anachroniczny i nie mający wiele wspólnego ze społeczną rzeczywistością jest dotychczasowy podział na prawicę i lewicę. Nie ma już prawdziwej prawicy, utyskują niektórzy prawicowcy, którym nie odpowiada populistyczna, prokościelna i socjalna polityka PiSu. Dlatego takimi pojęciami jak prawica i lewica trzeba posługiwać się ze świadomością ich nieadekwatności, politycznej, przejściowej utylitarności, koniunkturalności. Trzeba też zedrzeć z nich propagandowe, hejterskie otorbienie
i wystudzić rozpalone wokół nich emocje. Nie można akceptować partyjnego, propagandowego wmówienia, że społeczna rzeczywistość jest czarno-biała. Rzeczywistość nie jest taka nawet w zimie podczas duszącego smogu. Żyjemy w świecie, który nieustannie się zmienia, jest przebogaty w treści i formy, nie można go zamykać w dwóch formułach partyjnych i jednej kościelnej. Świat jest z natury otwarty i wymaga otwartego, czujnego, racjonalnego myślenia i działania. Dla nowej rzeczywistości trzeba na nowo zdefiniować określające ją pojęcia. W życiu są ważniejsze, ciekawsze, a nawet zabawniejsze sprawy niż partie i kościoły. Warto się spotkać i to przegadać. Można się posprzeczać, ale czemu od razu sięgać po kamień czy petardę w imię takiej partii czy owakiego kościoła. Precz z fanatyzmem! I niech państwo rozdzielone od kościoła traktuje swoich obywateli równo
i poważnie. Niech jego instytucje respektują Konstytucję. Niech nam państwo nie wciska kitu, niech nas nie okrada, nie ogłupia i nie zatruwa swoimi spalinami. Niech się zajmie reformami przyjaznymi dla obywateli. Jak mamy dogonić zachodnią, bardziej rozwiniętą cywilizacyjnie Europę, jeśli będziemy się od niej odwracać plecami? Jak widać, polityka to sprawa zbyt ważna, żeby zostawiać ją w rękach polityków.

- reklama -
- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here