Ze Lwowa do Monte Carlo na pomoc ukraińskim sierotom

0
484
- reklama -

W styczniu 2022 roku, w ramach jednego z najbardziej prestiżowych rajdów samochodowych na świecie – Rajdu Monte Carlo, polsko-ukraińska załoga wyruszyła ze Lwowa, by pokonać trasę o długości ponad 2 tys. kilometrów. Jednak tym razem nie liczyło się zwycięstwo. Głównym celem, jaki postawił sobie zespół, stało się zebranie środków dla sierot z Ukrainy. W jubileuszowym 25. Rajdzie Monte Carlo Historique, załoga w składzie Michał Kumiega i Svitlana Kravs wystartowała Peugeotem 201 z 1932 roku!

Michał, czy udało się osiągnąć cel?
Michał Kumiega: Tak, wprawdzie pułap w który celowaliśmy w zbiórce – 250 tys. zł – nie został osiągnięty, ale kwota blisko 90 tys. zł, przy tak spontanicznie i w bardzo krótkim czasie zorganizowanym przedsięwzięciu bardzo mnie cieszy.

Skąd pomysł na zebranie środków w taki sposób – poprzez udział w zlocie samochodów retro?
Od początku wojny staram się organizować różnego rodzaju pomoc dla Ukrainy. Przy wsparciu znajomych i innych osób nieobojętnych na sytuację w Ukrainie zdobywam środki, który służą do zakupu niezbędnych rzeczy dla osób potrzebujących. Była to zarówno pomoc humanitarna, jak i sprzęt oraz zaopatrzenie dla żołnierzy, w tym także samochody i części zamienne dla wojska. W pierwszych tygodniach, miesiącach wojny, transport działał w obie strony, czyli jeśli transport załadowany pomocą humanitarną jechał na Ukrainę, w drodze powrotnej wywoził uchodźców. Najczęściej były to oczywiście matki z dziećmi, które poszukiwaly schronienia za granicą. W pewnym momencie nasz budżet zaczął się wyczerpywać, choć zapotrzebowanie na różnego rodzaju pomoc wciąż istniało i istnieje, tak jak trwa wojna. Pojawiło się więc pytanie, jak znaleźć fundusze, korzystając z możliwości, które są dostępne dzisiaj. I jakoś przyszło mi wówczas do głowy, że kiedyś, przed II wojną światową, Lwów był jednym z miast startowych Rajdu Monte Carlo. Mam samochód, który rocznikowo pasował do akcji, pomyślałem więc, dlaczego nie skorzystać z tego i nie tylko przywrócić zainteresowanie tą historią, lecz również w miarę możliwości zebrać fundusze, które mogłyby być dobrze wykorzystane. Zebrane pieniądze mają pomóc pięciu placówkom opiekuńczym, które sprawują pieczę nad pięciuset sierotami, uchodźcami ze zniszczonych ukraińskich miast. To dzieci w różnym wieku, niektóre z nich mają specjalne potrzeby. Teraz mieszkają w tymczasowych ośrodkach w różnych regionach Ukrainy, głównie na zachodzie.

Co było najtrudniejsze w procesie organizacji, realizacji i w samym wyjeździe?
Ograniczona ilość czasu na wymyślenie, organizację, szczegóły, ale tu ważniejsza była szybkość od precyzji. Uważam, że wszystko się świetnie udało, a doświadczenie zdobyte podczas tych czterech tygodni zaprocentuje w przyszłości i jest bezcenne. Było to pierwsze doświadczenie, więc nie żałuję. Wierzę, że wspólnie z krakowską Fundacją „Gentes” i ekipą, która wzięła udział w tej akcji, udało nam się wycisnąć maksimum – w czasie i przy możliwościach, jakie mieliśmy. W końcu pomysł na przejechanie trasy słynnego Rajdu Monte Carlo zrodził się dość spontanicznie, a czasu na przygotowania było naprawdę niewiele. Z zewnątrz wydaje się, że wszystko jest proste – wsiedli do samochodu i już. W rzeczywistości organizacja takiego wydarzenia obejmuje wiele niuansów. Trzeba było przemyśleć wszystko – od stanu technicznego auta i części zamiennych po mechanizm pozyskiwania funduszy. Zorganizować wyjazd na wszystkich etapach, uzyskać niezbędne pozwolenia. Chociażby ten moment, w którym poinformowaliśmy Autoklub Monte Carlo, że nasza załoga weźmie udział w rajdzie. Przyznam, że nieźle zaskoczyliśmy gospodarzy wyścigu, ale w ostatniej chwili udało nam się wszystko załatwić — otrzymaliśmy oficjalne zaproszenie, tablicę rajdową oraz datę i godzinę przybycia na miejsce zbiórki uczestników rajdu. I tak 21 stycznia Svitlana Kravs i ja w Peugeocie 201 wyruszyliśmy spod Pałacu Potockich we Lwowie w kierunku Monako.

- reklama -

Jak powstała załoga? Od razu wiedziałeś, kto będzie Twoim pilotem?
Tak, od razu wiedziałem, że to musi być Sean Penn. Nie, nie żartuję. Chodziło o to, aby nadać wydarzeniu jak największy rozgłos. Więc pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, było to, że moim towarzyszem powinna być osoba publiczna i popularna. Okazało się jednak, że plany Seana nie do końca pokrywają się z moimi, więc musiałem poszukać kogoś innego. Ale los połączył mnie ze Svitlaną Kravs. Pani Svitlana jest członkinią lwowskiego autoklubu, ma doświadczenie w podróżowaniu samochodami retro, dlatego chętnie zgodziła się wziąć udział w podróży.

Jak powstała trasa? Sami ją wymyśliliście czy czerpaliście z historycznych doświadczeń?
Pierwszy Rajd Monte Carlo odbył się w 1911 roku. Częścią legendarnego wydarzenia jest tzw. „zlot gwiaździsty” – pierwszy etap, w którym uczestnicy samodzielnie dojeżdżają na start w Monte Carlo z różnych europejskich miast, pokonując kilka tysięcy kilometrów. Wśród tych miast był Lwów, skąd uczestnicy rajdu ostatni raz wyruszyli w 1930 roku. 93 lata później postanowiliśmy odtworzyć po części historyczną trasę w samochodzie z epoki. Trasa prowadziła przez Ukrainę, Polskę, Czechy, Słowację, Austrię, Szwajcarię, Włochy oraz Francję z końcowym celem w Monte Carlo – Monako. Przejechaliśmy dokładnie 2309 kilometrów, nieco inaczej niż pierwotnie zakładane 2200 kilometrów. W niektórych miejscach zmieniliśmy trasę w zależności od okoliczności. Na przykład, aby przejechać przez mój rodzinny Śląsk Cieszyński. W końcu Svitlana swoją trasę zaczęła od rodzinnego miasta, ja też chciałem pokazać miejsca, w których się wychowałem. Przy opracowywaniu trasy nie braliśmy pod uwagę dodatkowych kilometrów związanych z wjazdami do centrum dużych miast na trasie – Krakowa, Bratysławy, Wiednia czy Mediolanu. W sumie całą trasę pokonaliśmy w siedem dni. Każdy etap był inny i niezapomniany na swój sposób. Szczerze mówiąc, jazda zabytkowym samochodem sama w sobie jest niezwykłym doświadczeniem, a teraz wyobraźcie sobie nocną drogę w górach bez ogrzewania przy temperaturze minus 20 stopni na zewnątrz! Było to niesamowite przeżycie. Ale było warto to zrobić.

Jak na Wasz przejazd reagowali ludzie, których mijaliście na trasie i spotykaliście w odwiedzanych miastach i miasteczkach?
Reakcja była zawsze pozytywna, gdziekolwiek się udaliśmy. Oczywiście dużą rolę odegrał w tym wygląd samochodu. Kiedy ludzie widzą takie auto, nikt nie ma innych reakcji jak na początku zdziwienie, a potem uśmiech i zachwyt. W końcu wybór samochodu został obliczony na przyciągnięcie uwagi publiczności. I myślę, że nam się to udało. Nie odważyłbym się jednak nazwać tej podróży łatwą. Zmiana klimatu, warunków pogodowych czy krajobrazu – to wszystko wymagało od nas koncentracji i koordynacji podczas jazdy. Jednak nie ukrywam – jak na swój wiek i różnice w poziomie technicznym w porównaniu ze współczesnymi samochodami ten Peugeot całkiem nieźle nadaje się do jazdy.

Po zakończeniu Rajdu, jak przyznałeś, nie udało się zgromadzić całej zakładanej wcześniej kwoty, rozpoczęliście jednak kolejne działania, jak choćby licytacje. Co można było wylicytować?
Na początku zakładaliśmy, że zbierzemy 250 tys. złotych. Z wielu powodów i okoliczności tej kwoty nie udało się osiągnąć w czasie wyjazdu. Dlatego wymyśliliśmy kontynuację akcji pod nazwą Road to Help. Oferty były bardzo różnorodne – rzeczy materialne, czyli gadżety i pamiątki związane z rajdem, np. plakat z autografami uczestników. Mieliśmy również propozycje bardziej do przeżywania i wzbudzania emocji, jak przejażdżka naszym historycznym, rajdowym Peugeotem po Cieszynie, Ustroniu i Wiśle.

Planujecie podobne wydarzenia w przyszłości?
Zawsze są jakieś pomysły i nowe plany. Dopóki wojna trwa, każda pomoc ma sens i jest potrzebna. Nie pytamy, która pomoc jest ważniejsza – dzieciom pozostawionym bez dachu nad głową, czy żołnierzom na froncie, którzy oddają życie za swój kraj. Obecnie skupiamy się na tym, aby dokończyć to, co zaczęliśmy. Pieniądze zostały zebrane i trzeba je zamienić na konkretne rzeczy dla pięciu ośrodków i domów dziecka. Mamy już listę, co każdy z nich potrzebuje.