Cieszyn miasto masonów

0
737
Czarno-biała szachownica na posadzce kościoła parafialnego św. Marii Magdaleny w Cieszynie może być odczytywana jako symbol masoński. Patronem kościoła był książę Albert, wybitny wolnomularz i wielki filantrop
- reklama -

Cóż możemy wiedzieć o przeszłości, skoro nawet nie pamiętamy, co robiliśmy przed tygodniem o tej samej porze? No chyba, że oglądamy w telewizji ulubiony serial, to przynajmniej wiemy, że wtedy o tej samej porze gapiliśmy się na poprzedni odcinek. Ale co robiliśmy dokładnie przed rokiem? Co robiłem trzeciego kwietnia 2022 roku? Za Chiny nie pamiętam. Może zajrzę do kalendarza, żeby stwierdzić, co to był za dzień tygodnia? Może w komórce został mi jeszcze jakiś sms z tego dnia albo jakieś zdjęcie na whatsappie? Może w końcu coś konkretnego bym sobie przypomniał z tych urywków i śladów? Może byłem po prostu w pracy albo gdzie indziej poza domem?

Przeszłości nie ma, zostały po niej tylko jakieś zanikające echa, blaknące powidoki, przebłyski pamięci, która jest subiektywna i niedokładna. Jak zatem przeszłość rozpoznać? Gdzie jej szukać? Owszem, pozostały jakieś ruiny, stare dzielnice i zarośnięte trawą cmentarze, ułomki, okruchy, skrawki, strzępki, stare śmieci. Funkcjonują, oczywiście, rozmaite archiwa, a w nich jakieś dokumenty, zapisy, relacje, stare papiery, świadectwa minionych lat. Działają też muzea, a w nich artefakty już specjalistycznie wybrane, jakoś opracowane, opisane i wyeksponowane. Opracowywaniem materialnych resztek przeszłości, całej tej mniej lub bardziej przypadkowej i chaotycznej spuścizny, która ciągle lawinowo przyrasta, zajmują się rozmaici specjaliści od przeszłości, nie tylko historycy. Ale ustalenie nawet najprostszych faktów jest kłopotliwe. Wymaga dystansu, cierpliwości, dokładności, realizmu, wyobraźni, empatii. I sporej wiedzy także spoza historii, świadomości kulturowego kontekstu, rozlicznych uwarunkowań. W istocie powinna to być wiedza o człowieku. Jednak są tacy, którzy od razu i bez tego całego zawracania głowy wiedzą lepiej. To dyktatorzy i tyrani, którym historia potrzebna jest do uzasadnienia agresji i legitymizowania zbrodni. Propagandyści na ich usługach wbijają masom do głowy paranoiczne, nienawistne, trujące bujdy, zbrodnicze legendy. I z tym przede wszystkim kojarzy nam się historia – z zabijaniem, wojną, zniszczeniem, ludobójstwem, masową zagładą.
Przeszłość jest paradoksalna – to bardzo dynamiczny proces, który przejawia się poprzez nieruchome przedmioty i obiekty, ale także mity, symbole i inne znaki. Nieustannie nawarstwia się pod powierzchnią aktualnych zjawisk i tam w głębi staje się coraz bardziej niejasna i tajemnicza. Przeszłość często nieprzyjemnie pachnie, ponieważ zanika w procesie rozkładu. A historia śmierdzi krwią i trupim odorem. Gryzie w oczy dymem zbombardowanych, spalonych miast. Chociaż gdzieniegdzie mogą się zdarzyć nisze i szczególne warunki, jakieś bagno albo zlodowacenie, gdzie nawet martwego ciała nie tknął rozkład i zakonserwowane przez wiele wieków przetrwało do naszych czasów. Tak było z człowiekiem z Tollund na Półwyspie Jutlandzkim czy Ötzim, człowiekiem lodu z Tyrolu. Ale coś z tej ciemnej głębiny może nagle wychynąć na powierzchnię, przypadkowo się odnaleźć w magazynie muzeum, na polu podczas orki, przy okazji wymiany bruku, na dnie wysychającej rzeki albo w mieszkaniu po dziadkach. I zmienić nasze widzenie świata. Może też być tak, że coś z przeszłości, jakiś zabytkowy budynek, dzieło sztuki lub dokument, mamy niemal cały czas przed oczami i nie uświadamiamy sobie jego oryginalnego znaczenia, symbolicznego sensu, który nadawali mu jego twórcy.

Tego rodzaju doświadczenie przeżyłem ostatnio w związku z przywróceniem iglicy na wieży cieszyńskiego ratusza. Ratusz bez iglicy wyglądał smutno, zdawał się okaleczony. Iglica z orzełkiem Księstwa Cieszyńskiego, metalową chorągiewką i złocistą banią podnosi ratusz i rynek na wyższy poziom, bliżej Słońca, Księżyca i gwiazd. Nawet w szary, pochmurny dzień jej blask wydaje się słoneczny i podnosi na duchu. Blask przywróconej we wrześniu 2022 roku ratuszowej iglicy na nowo oświetlił to, co jest na wieży tuż pod nią.  A co jest na wieży tuż pod iglicą? Ta ciemniejsza część wieży z kopułą postawioną na korynckich kolumnach przypomina małą, antyczną świątynię albo klasycystyczną altankę. Otóż tego rodzaju forma architektoniczna wywodzi się z antycznej tradycji greckiej i nazywana jest monopterem. Jest też w tej formie nawiązanie do żydowskiej mistycznej tradycji biblijnej. W klasycystycznej architekturze rozpowszechnił się bowiem monopter jako alegoria Świątyni Salomona. Tak potraktowany monopter ma historię sięgającą wypraw krzyżowych, w szczególności templariuszy. W XVIII wieku Świątynia Salomona stała się z kolei alegorią duchowej świątyni wznoszonej przez wolnomularzy, odgrywała ważną rolę w ich imaginarium i rytuałach, w całym systemie masońskiej symboliki, która jest niejednoznaczna, nieoczywista. Wszak była to wiedza sekretna, zdobywana po wejściu na coraz wyższe stopnie wtajemniczenia. Przy czym nie była to wiedza skodyfikowana czy ujednolicona, dopuszczała lokalne warianty i specyficzne odmiany, związane także z mniej lub bardziej ezoterycznymi nurtami wewnątrz tego ruchu, którego złota era w tej części Europy przypadała właśnie na ostatnie ćwierćwiecze XVIII wieku.

Istnieje wiele tropów – a więc nie są to bezdyskusyjne dowody – które wskazują na to, że Cieszyn w drugiej połowie XVIII wieku, zwłaszcza po wielkim pożarze miasta w 1789 roku, był obszarem intensywnego działania wolnomularzy. Historycy przyjmują, że historia masonerii na Górnym Śląsku zaczyna się w 1812 roku. Tak może było na Śląsku pruskim, lecz w Księstwie Cieszyńskim wolnomularstwo pojawiło się znacznie wcześniej. I napomykają o tym historycy czescy, a nie polscy. Luboš Antonin w książce Złoty wiek wolnomularstwa w Czechach pisze o pułku koburskich dragonów, który od 1778 roku stacjonował w Cieszynie. Jego oficerowie należeli do słynnej loży masońskiej Sincerite, działającej najpierw w Litomierzycach, a później w mieście Klatovy. Kadra oficerska była międzynarodowa, niektórzy dowódcy pochodzili z Austriackich Niderlandów, czyli z dzisiejszej Belgii. W 1778 roku w Cieszynie jakoby powstała loża Józef pod Trzema Tryumfami, co rodzi oczywiste skojarzenia z wojskiem i Józefem II, który wtedy, jeszcze za życia cesarzowej Marii Teresy, zajmował się sprawami wojskowymi monarchii. Musiało to być jakoś uzgodnione z księciem Albertem Sasko – Cieszyńskim, który jesienią 1778 roku, w czasie dziwnej  wojny o sukcesję bawarską, dowodził wojskami austriackim na Morawach. Książę Albert, od 1766 r. władca Księstwa Cieszyńskiego, mąż arcyksiężnej Marii Krystyny, ulubionej córki Marii Teresy, w 1764 roku został przyjęty do loży Pod Trzema Mieczami w Dreźnie i odtąd był jednym z najbardziej aktywnych i  kreatywnych wolnomularzy w Europie. Jego działalność bardzo mocno odcisnęła się wszędzie, gdzie działał, a więc w Dreźnie, w Wiedniu, gdy był gubernatorem Węgier (1770 -1780) i rezydował w Preszburgu, w Pradze, gdzie powstały dwie loże noszące nazwy od jego drugiego imienia Casimir, a także w Niderlandach Austriackich, gdzie wraz z małżonką był gubernatorem w latach 1780 – 1792. Stamtąd jednak musiał uciekać po powstaniu brabanckim i klęsce w bitwie z Francuzami pod Jemmapes. Para książęca rządziła więc Księstwem Cieszyńskim zdalnie, sam książę pojawił się w mieście kilka razy zaledwie, ale działał poprzez swoich urzędników, zwłaszcza Johanna Kastnera, regenta Komory Cieszyńskiej. Praca księcia Alberta na rzecz Cieszyna, w dużym stopniu filantropijna, co było zgodne z etyką wolnomularską, bardzo się zintensyfikowała po pożarze miasta w 1789 roku i służyła jego odbudowie. Wiele wskazuje na to, że Cieszyn miał być podniesiony z popiołów właśnie w duchu wolnomularskim. Projektem jego odbudowy zajął się od razu baron Karl Jacobi von Eckholm, architekt a zarazem dyrektor gubernialnego urzędu budowlanego w Brnie, który prawdopodobnie też był wolnomularzem. Książę Albert wsparł odbudowę miasta, zwłaszcza dokończenie odbudowy ratusza i budowę kościoła farnego pw. św. Marii Magdaleny, którego był patronem. Dla niego ufundował ołtarz i obie ambony. To trzeba wyraźnie zaakcentować: książę Albert, jeden z najbardziej aktywnych i kreatywnych masonów w ówczesnej Europie, był patronem kościoła parafialnego w Cieszynie. I dlatego do dziś w tym kościele znajdują się elementy, które można odczytywać jako symbole masońskie: ołtarz z kolumnami i osadzonym wśród promieni lustrzanym trójkątem Opatrzności, trzy wielkie żyrandole jako trzy Wielkie Światła, a także czarno-biała szachownica posadzki.

- reklama -

Wiadomo również, że w 1785 roku, kiedy Józef II wydał dekret o ograniczeniu działalności wolnomularzy w Monarchii, rozważano w Cieszynie powstanie loży masońskiej. Prawdopodobnie nie działała tu już wtedy loża oficerska. Lożę mogło założyć co najmniej pięciu zdeklarowanych masonów w wieku powyżej 25 lat. Musiało więc być wtedy w mieście i okolicy co najmniej pięciu takich panów nieodzownie należących do lokalnej elity. Kto to mógł być? Inicjatywa mogła należeć – jeszcze raz podkreślam, że są to tylko moje hipotezy – do Josefa Johanna de Matha Erdmanna Larischa (1738 – 1792), starosty ziemskiego, pana Karwiny, który podobno interesował się geologią i rozpoczął na swoich włościach wydobywanie węgla. Wiadomo o nim również, że posiadał bogatą bibliotekę z licznymi publikacjami związanymi z alchemią, prawem i naukami ścisłymi, którą odziedziczył jego syn Johann Josef Anton Larisch von Moennich (1766-1820), również starosta ziemski, szambelan i radca dworu w Wiedniu oraz wolnomularz, prawdopodobnie od 1792 roku. W pobliżu ratusza w Cieszynie rozbudował pałac (obecną siedzibę Muzeum Śląska Cieszyńskiego), gdzie znajduje się tzw. sala egipska z ewidentną symboliką masońską. Ale wolnomularzami mogli też być przedstawiciele duchowieństwa i mieszczaństwa. Zazwyczaj były to osoby najlepiej wykształcone. A kto był wówczas w mieście osobą najbardziej wykształconą i uczoną? Rzecz jasna Leopold Johann Scherschnick czyli Szersznik. A któżby inny?

Czy Szersznik był masonem? Nie ujawniono bezpośrednich na to dowodów, ale jest wiele bardzo wyraźnych śladów, które na to wskazują. To, że należał do jezuitów i przeżył kasację tego zakonu w 1773 roku, a także fakt, że przyjął święcenia kapłańskie, wcale tego nie wyklucza. A przemawia za tym całe jego wielodyscyplinarne, trudne do ogarnięcia dzieło, rozproszone, częściowo zniszczone, a może częściowo ukryte i zatajone, niewykluczone, że też przez niego samego. Wzory wolnomularskie przejął zanim jeszcze wrócił do Cieszyna w 1775 roku. A przedtem mieszkał, studiował i pracował m.in. w Ołomuńcu, Brnie, Pradze i Chebie, obracając się głównie w środowisku jezuickim, ale – po kasacji zakonu – wielu jezuitów w monarchii Habsburgów zostało właśnie wolnomularzami, wielu z nich zakładało loże wolnomularskie, które zarazem były stowarzyszeniami naukowymi. I tak właśnie zdarzyło się w Pradze, gdzie w latach 1762-1776 działał Ignatz von Born, wychowanek jezuitów, przyrodoznawca, pedagog, geolog, historyk, posiadacz ogromnej kolekcji minerałów, a także jezuita Ignatz Cornova, profesor historii. Wielu wolnomularzy związanych było z praską biblioteką Klementinum, gdzie Szersznik przez pewien czas pracował. W jego bibliotece, w katalogu Książnicy Cieszyńskiej, znaleźć można też sporo książek wydawanych lub napisanych przez wolnomularzy. Oprócz publikacji Borna, Karla Michaelera, Christiana Garve, Karla Friedricha Bahrdta są też trzy książki Adama Weishaupta (wydania z lat 1787-1790), założyciela sławnych Iluminatów, co jednoznacznie wskazuje na związane z tajnymi stowarzyszeniami zainteresowania Szersznika. Są też wspomnienia Augustina Barruela, zapiekłego krytyka Weishaupta, znane pod tytułem Historia jakobinizmu. Zadziwiające jest także to, że Szersznik chętnie posługiwał się ewidentnie masońskim symbolem piramidy, który umieścił na przykład na okładce okolicznościowej publikacji Epigramma in turrim curiae teschinensis wydanej we wrześniu 1800 roku na cześć odbudowanej wieży cieszyńskiego ratusza. Mogiłą w formie piramidy niedaleko kościoła św. Trójcy uczcił też Szersznik bernardynów pochowanych na terenie ich byłych ogrodów nad Bobrówką, które zamienił w Arkadię.

Ogromne, wielowymiarowe cieszyńskie dzieło Szersznika, oparte na oświeceniowych ideach i wzorach, miało cechy wolnomularskiej Pracy. Niestety, pod koniec XVIII wieku zaczęło się sekowanie i prześladowanie wolnomularzy w monarchii Habsburgów, ograniczano ich wpływy, zakazano funkcjonowania lóż, szkalowano, wymazywano pomięć o ich zasługach. W Cieszynie szacunek dla freimaurów wiązał się z filantropią księcia Alberta i z pozycją hrabiego Larischa-Moennicha. Dziś właściwie nie wiadomo w jakim stopniu masoni zasłużyli się dla Księstwa Cieszyńskiego i jego stolicy. W monografii Dzieje Cieszyna nie ma o wolnomularzach ani słowa, ale to nie znaczy, że ich kiedyś w tym mieście nie było i nie należy o nich pamiętać.