Powierzchownie przez Europę Środkową

0
360
- reklama -
Droga, podróż, a raczej człowiek kroczący obraną ścieżką, jest tematem poruszanym przez ludzkość w zasadzie od początku. Ważne było, dokąd wyruszył, co widział, co przeżył, co myślał, w końcu jak to wszystko na niego wpłynęło. Każda wędrówka ma cel, nawet najprostszy: dotarcie od punktu A do punktu B. Właściwie można to sprowadzić do ruchu jako pojęcia z zakresu fizyki. Jednak droga oferuje więcej, stając się nieodłącznym elementem naszej kultury, bez względu na to, co akurat najbardziej trapi jednostkę.
 
Mnie ostatnio zafrapowało pojęcie Europy Środkowej, przedstawione przez Radosława Zenderowskiego oraz Marcina Dębickiego. Obaj panowie postanowili pokrótce wyłożyć teoretyczne ramy tego tworu, rozwiewając moje mgliste pojęcie na ten temat. Przy okazji w sposób niepozostawiający czytelnika obojętnym, do swej narracji wykorzystali Cieszyn. Jeśli ktoś nie lubi akademickiego języka i momentami kąśliwych, aczkolwiek zmuszających do refleksji uwag na temat swojego miasta, niech chociaż skusi się na przeczytanie dodatku o miejscowym „Barze Kurczak”.

Jadąc na południe od naszej granicy, miałem swoje wyobrażenie środkowoeuropejskości. Oczyma śledziłem linię Karpat, która pojawiała się, to znikała za ekranami strzegącymi drogę szybkiego ruchu. Bo niby człowiek jechał busem, nie zamartwiając się o nic, a miał wrażenie, jakby płynął po falach. Wyobrażenie to z resztą spotęgowało słuchanie „Chołodu” Szczepana Twardocha, które akurat brzmiało w słuchawkach. 
Karpaty jednak niewiele miały wspólnego z polarnym klimatem. Też było zimno, ale pogoda wydawała się wyrywać szponom zimy. Im dalej na południe, tym więcej nadziei rodziło się w człowieku. Bo czyż człowiek się nie uśmiechnie, gdy zobaczy robotników w winnicy, którzy doglądają nagich szczepów? Wyciągają narzędzia z otwartej paki ciężarówki. Mijają kapliczkę, która wyrasta niczym figowiec w łukaszowej Ewangelii.
W czasie jazdy już w kierunku austriackiej granicy dostrzegłem pewną prawidłowość w miasteczkach rozsianych na Morawach. Te wszystkie osiedla ludzkie pośród zielonych wzgórz są jakąś niewidzialną mocą podporządkowane kościołom. Zbudowane świątynie w centrum, górują nad resztą zabudowań, jak gdyby były w oku cyklonu albo jakby unosiły domostwa ku górze, ku niebiosom, oferując zbawienie, o ile nie przeszkodzi szklanica piwa, kielich wina, cokolwiek. A może pomoże?

Zatrzymuję się w tych „ateistycznych Czechach”, nieopodal Mikulova, by rozprostować kości. I postanowiłem sobie, że w Bavorach pofatyguję się do tego zaobserwowanego przeze mnie centrum miejscowości. Barokowy kościół pod wezwaniem świętej Katarzyny Aleksandryjskiej nie jest wcale zamknięty. Ku mojemu zaskoczeniu na jednym z pięciu ołtarzy wystawiony został Najświętszy Sakrament. Świątynia niemal pusta. Modli się jeden mężczyzna; reszta wioski pewnie w pracy. W tej „katolickiej Polsce” adoracja tylko w wyznaczonych świątyniach lub o konkretnej porze, z obawy przed profanacją.
Wyruszyłem dalej. Im bliżej Alp, tym mniej Europy Środkowej. Nepomuki przestały strzec cieków wodnych i sekretów spowiedzi. Toalety coraz częściej płatne. Czekały mnie nowe dziwy i zwyczaje, tajemnice do odkrycia. Ale to dopiero wtedy, gdy dotrę do krainy, gdzie nie istnieją zebry.
- reklama -