BĘDZIE LŻEJ BO STARUSZKOM ZNÓW MARZĄ SIĘ TAŃCE

0
401
Playful senior couple having fun while dancing and wearing sunglasses at home.
- reklama -

„Starość nie radość, dzieci, trzeba się dużo wycierpieć na tym świecie” – mawiał mój tato. Jakże pogodnie! I z uroczym kresowym zaśpiewem, gdzie akcentowane krótkie „e” brzmiało jak „i”. Razem z babcią Anią i panem Otkiem z sąsiedztwa, przychodzącym ze swym bagażem doświadczeń na ciepłą herbatkę, towarzyszyli mi w moim dorastaniu. „Za dużo tej starości wokół mnie” – unosiłem się. Ale przecież doznawałem też jakiejś edukacji. Oswajałem się, że o starym człowieku nie można rzec – „persona non grata”, bo jest przecież osobą o szczególnym statusie. Zamiast rozmyślań o niemoralnej eutanazji, należy spojrzeć na życie realistycznie, czerpiąc z zasobów pokolenia wcześniej urodzonego. Nie! Pomysł „na wnuczka” nie jest właściwą relacją z nieznajomą, a bogatą starszą panią. Również egzystencja na garnuszku mamusinej emerytury to mało ambitny sposób przeżycia własnej dorosłości.

„Starość nie radość”, słowa z uśmiechem powtarzane na dzień dobry przez mego tatę, zdające mi się zbyt pospolitą prawdą, to przecież tekst sprzed naszej ery. To przecież Kohelet! Zdumiałem się, jakby starość dopiero narodziła się wraz ze mną. W pewnym sensie koresponduje z łacińską sentencją, że w poważnym wieku, to trzeba dbać już tylko o kondycję duszy. To znaczy – czerpać budujące przyjemności z wartości kulturalnych. Czasem przydaje się „Łacina na co dzień”, podpowiadająca mi, że „starcy powinni ograniczać trudy cielesne, natomiast wydaje się, że powinni wzmagać ćwiczenia ducha”. Tak przynajmniej sądził Cicero.
Stałem przed lustrem i zaniepokoiło mnie zjawisko w mojej kasztanowego koloru fryzurze. Miałem nie stać tak przed lustrem, bo podobno czasem ukazać się tam może postać szatańska i przypomnieć o narcystycznych cechach każdego z nas. Ten pierwszy siwy włos na mojej skroni był nominacją, niczym laur srebrny. Ale te ubytki, zakola i jakże wysokie czoło są frustrujące.
Czy to prawda, że starość zaczyna się w kolejce do lekarza? Może więc nie stawać do tej kolejki? W przychodni da się usłyszeć piękne dialogi, które portretują naszą kondycję. Można kogoś poznać, wyrwać się ze swej skorupki. Przychodnia może nie uzdrawia, ale uświadamia, że jeszcze jesteśmy wśród żywych, ożywia nas.
„A cóż to ci dolega? – Nic, naprawdę nic, to tylko metryka i pesel”.
I rozważają ludzie ten świat, że taki piękny. Taki cudowny, jak opisuje go Louis Armstrong. No, albo taki dziwny, jak śpiewa Czesław Niemen. Tylko ta starość jakaś taka cudza, nie nasza, chyba nieudana.
Akurat pani doktor wywołuje po trzykroć panią Pawlikowską. Jej nieobecność ktoś kwituje słowami, że nie ma również Jasnorzewskiej. Co miał na myśli ten wtrącający się w ceremoniał zarejestrowanych, a nieobecnych pacjentów? Czy chodziło o aluzję, że mógłby tu w korytarzu być, oprócz kolorowych ulotek, jakiś miniaturowy zestaw literatury? Chociażby tomik nieżyjącej już dawno poetki, która wypełniła już swoje życiowe zadanie.
Najczęściej chodzę do dentystki, aby uzdrowiła mój uśmiech. Czemu wykruszamy się akurat na zębach, najtwardszym elemencie ciała? – rozmyślam przeżywając swoje oczekiwanie w kolejce.
Kiedy zafundowano mi aparat do oddychania, zacząłem nazywać Starość bez ogródek, tykać ją po imieniu. A przecież zawsze miałem do Starości szacunek. Jako do zjawiska i jako do ludzi nazywanych dostojnie Seniorami. Nigdy nie chciałem się ze starością spoufalać. A ona łap mnie przykurczem i cieśnią za dłoń. A ona łup mnie w kark dyskopatią. I rwą kulszową po krzyżach. A wyrwane włosy wciska mi w uszy, w nos! I jeszcze każe sobie pilnować ważności skierowania przysługującej mi porady specjalisty. Myśmy tego na Księdza Janusza w przedszkolu nie przerabiali. Nawet na Piaskowej w Ósemce na lekcji przyrody. Geriatria objawiła się dopiero w kolejce po „el – 4”, aby otrzymać zwolnienie, bo człowiek już nie nadążał. A właściwie to jego zmęczone ciało. Oczy, które już niedowidzą tego, co by jeszcze zobaczyć chciały. Albo to autentyczne zdanie bliskiej osoby. „Odsuń się, bo cię nie widzę”. Uszy, które nie do końca pozwalają usłyszeć, czego się od nas oczekuje. Zresztą łatwiej jest zawsze usłyszeć słowo – „Masz”. Skupienia wymaga usłyszenia słowa – „Daj, daj coś z siebie, od siebie, no daj!”. No i ten uśmiech naprawiany przez panią stomatolog. Może na razie nie będę się odzywał, abym nie zdemaskował swego wykruszania się. Mego stąd znikania po kawałeczku.
Starość ma twarz urodziwej kobiety. Kokietuje mnie, abym się z nią chociaż zaprzyjaźnił. Nie muszę jej schlebiać, podrywać ją. Życie przecież jak na filmie, jest tylko śmiertelną chorobą. Ale dzięki miłości tu jesteśmy.
Starość podaje mi dłoń wyrozumiale. Żąda, jako dama, abym się elegancko zachowywał. Nie rozdrażniał młodszych, nie wchodził w drogę starszym, którzy mnie jeszcze za swego, czyli starca nie uważają. A ja nadal mam alergię na niedołężność, niezaradność, zagubienie. Drażni mnie siermiężność dokazywania, zaczepne brykania, nieodpowiedzialność, niedojrzałość. Nie jestem zgredem. Nie zamykam się na odrębnej wyspie, w getcie, w enklawie czterech ścian swoistej twierdzy. Jeszcze nie jestem dziadkiem, a swoją młodość reaktywuję w sobie nieustannie. Chociaż mój młodszy brat został już pradziadkiem, co każe mi się zastanawiać nad figlem egzystencji.
Za dawnych lat zaśmiewaliśmy się przy lekturze Hemingwaya parafrazując tytuł opowiadania „The Old Man and the Sea”. „Stary człowiek i morze”. Czy on na tym morzu jeszcze może? Ciekawe, jak to będzie z nami w przyszłości? Czy jako starcy, no, weterani, będziemy jeszcze mogli zarzucić haczyk z odpowiednią przynętą? Zmagać się ze zdobyczą i doholować ją, chociaż we fragmencie, do brzegu? Czy nam w roli starców starczy jeszcze sił, aby cieszyć się uznaniem z udanego połowu?
Ta dostojna kobieta pod tytułem Starość, zabrania mi pożywiać się retrospekcjami. Mówi mi, że mnie tam, gdzie wczoraj, już nie ma. Jest szansa na jutro, gdzie też mnie nie ma, ale za to mogę być, na pewno być. A najważniejsze jest teraz. Aby zostać i być razem. Usiłuję tę zawiłość myśli na spacerach, które wydają się coraz bardziej wędrówką, zrozumieć. Oprócz spacerów z psem, mam zamiar ustanowić swój rekord odległości na rowerze. Może uda mi się przekroczyć magiczne 60 kilometrów jednego dnia? Rower uwalnia, niesie w przestrzeń jak konik. Jest dla mnie lepszy od ping ponga. Lepiej poszło mi z pływaniem. Skoczyłem na głęboką wodę. Przepłynąłem od mola do mola i zaskoczyłem samego siebie. Miałem więc swoje zadziwienie, że stary człowiek i jeszcze może! Tak, Hemingway miał rację.
Aby uchronić się przed zarzutem, że jestem techno fobem, skorzystałem z oferty spotkań przy komputerze dla „50+”. Całkiem niedawno, to znaczy dwadzieścia lat temu, kupiłem synowi komputer. Chciałem współpracy. Ale jednak potrzebuję samodzielnie podstawowe czynności wykonać i nie zasłaniać się egzotycznym wykrętem, że komputer to nie dla mnie. Pani na kursie była dla nas bardzo miła, motywująco zachęcając do przyciśnięcia kolejnego klawisza. No bo na tym polega ten kurs. „Proszę kontynuować, proszę się nie bać, tam w komputerze nie da się niczego zepsuć” – zachęcała. Mimo to, nie dałem rady. Coś się zepsuło. Chociaż świat się nie zawalił, poczułem się pokonany. Nacisnąłem tylko w ramach samokształcenia nie ten klawisz. Tak jak zresztą i teraz, po latach, przed chwilą. Wessało mnie, całe moje pisanie, myśli, wyznaczone ćwiczenie. Jakby komputer, martwy przedmiot, chciał podjąć dialog ze mną udowadniając mi ile jestem wart. Instruktorka dała się przekonać i podeszła. Była wielce zdumiona. Też tego prawdopodobnie nie przerabiali na studiach, czego można spodziewać się po ludziach, którzy kolejny już raz przeżywają swoje osiemnaście lat, a zachowują się trochę niestandardowo. Bo zapytała mnie z niedowierzaniem. „No i co pan dobrego zrobił!?” Nie wiem, czy chciała znać kolejność zapomnianych już przeze mnie czynności. Czy moja odpowiedź przyniosłaby światu jakieś rewolucyjne zmiany w kształceniu starszej generacji? No, nic nigdy dobrego nie robię, kiedy bezmyślnie wykonuję polecenia. Kiedy bardziej, zamiast sobie, ufam wszystkim naokoło. Na starość jednak nie powinno się podejmować ryzyka. Bardziej podniecającym jest racjonalność postępowania niż impulsywność działania.
To muśnięcie Starości czuję coraz wyraźniej. Co prawda swych odkryć nie konsultuję z moim lekarzem rodzinnym, który pogodnie inspiruje mnie, abym był twardzielem, nie jadł słodyczy, nosił dobre, wygodne obuwie. Chyba mi się to udaje, bo dawno nie byłem tu, w przychodni po skierowanie na kontrolne badanie.
Oprócz tego, że powtarzam samoistnie „śmiesznoty” mego taty w stylu „już to widziałem”, mam też tak zwany przeze mnie „syndrom Hopkinsa” oraz „syndrom żurawiny”.
Relacjonując co obejrzałem na kinie domowym, nie mieszam fabuł różnych filmów w jedną opowieść. Chociaż jest taka przypadłość, bardzo efektowną kompilacją, w literaturze przez kogoś już wykorzystaną. Natomiast doznaję olśnienia i wołam „już to widziałem!” kojarząc obrazy, muzykę czy historię właśnie oglądanego filmu. Tak więc, po co mi było w młodości być niewyrozumiałym i odczuwać oburzenie w stosunku do komentarzy ojca? Tak naprawdę, mój tato sporo obejrzał nowości w swej młodości. A teraz odnajdywał ten repertuar w starym kinie. A i wątki dawnych filmów powielały się w kolejnym westernie, czy innej fabularnej opowieści.
Naładowani wiedzą, przemęczyliśmy już swój dysk pamięci. No i głowa robi nam figle. Zaczyna być dziwnie, robi się folklor nowego typu. Spotykamy się i już to jest. „Cześć, przecież cię znam! Ale jak ty się nazywasz?” Syndrom zapominania kluczowych słów, które są sensem rozmowy. A jak ich potrzeba, to wymknęły się na wagary. Jak nazywa się ten leśny owoc, no po angielsku to jest….. A po polsku, kurcze, jak się to nazywa? To jest taka czerwona borówka, ale nie jest borówką. Dodaje się ją jako wykwintną konfiturę do dań z mięs. To jest właśnie ż u r a w i n a i jej syndrom. No bo położyliśmy ten słoiczek żurawin na właściwe miejsce. Tylko gdzie to miejsce? A żurawina leży i nie odzywa się ze swego właściwego dla siebie miejsca. Bo ona jest syndromem.
„Syndrom Hopkinsa” uzmysłowił mi główny aktor wstrząsającego filmu „Father”, „Ojciec”. Oto mylą się mi pokolenia. A młodość dostrzeżona w pielęgniarce, która staje się motywacją dla steranego życiem pacjenta, jest jak afrodyzjak. Jest pochodną uwarunkowań genetycznych. Staję się bardziej wymownym, elokwentnym i staję w konkury, których sobie nie uświadamiam. Tylko gdyby nie ta obrączka na serdecznym, byłbym może bardziej sympatyczny, empatyczny i zatańczyłbym na lotnym trapezie. Potem zrobiłbym szpagat i dwa piruety. Nie da się ukryć, że powab rozprasza, dezorientuje poczucie rzeczywistości. Po obejrzeniu filmu z Hopkinsem, niechlubną przypadłość rozglądania się ukradkiem za interesującymi kobietami dostrzegłem i u siebie. To mnie, poukładanego i zasadniczego człowieka, bardzo zaszokowało, że taki właśnie na starość jestem. Ale pamiętam też czas mojej szczerej powściągliwości, gdy młoda osoba zapytała mnie wprost. „Dziadek, dziadek, a one, te studentki, które mijasz, nie wzruszają cię?” Jasne że fascynują, bardziej od ich kolegów. Tylko one mnie zachwycają. Ale czy muszę to pokazywać? Czy jako starzec podglądając urodę życia, mam być wśród tych, którzy tą Zuzannę z obrazu nieprzyzwoicie wzrokiem wpół zamglonym konsumują?
Po tej rozmowie poczułem się, jak bym rozmawiał z wnuczką. Wydawało mi się, że jest jakieś między nami porozumienie, że możemy w partnerstwie międzypokoleniowym razem w życiu współistnieć.
Najlepszą partnerką do rozmów niechaj pozostanie rówieśnica. Ona najlepiej zna humorki emerytów. W szczególności to łupanie w krzyżu i chlupotanie w kolanie. Ceni też majestat siwizny, której nie muszę chować pod kupionym na wojażach kapeluszem. Nie lubi tylko zbyt długo siedzieć w milczeniu, więc się odezwała, jak przystało na światową osobę.
„Czas ucieka – t e m p u s f u g i t”.
Trzeba jakoś utemperować to uciekanie czasu, więc zgrywam się na znawcę, chociaż w szkole nie mieliśmy zajęć z łaciny.
„Czy to nie z Wergiliusza? Bo Heraklit chowa się po grecku w p a n t a r h e i, wszystko mu płynie”.
„Tak, starość nie radość, młodość nie wieczność. Pomiata nami przemądrzała głowa. Już trochę jesteśmy chyba przeterminowani”.
„Kardiolog ostrzegał, aby wszystkiego sobie do serca nie brać”.
Rozmawiamy jakbyśmy czytali aforyzmy z towarzyskiego retro flirtu. I zaczyna to powoli ewoluować w pogodnym kierunku. Odkryliśmy nawet wspólnych znajomych.
„Mimo wszystko w sercu czuję bal, na pohybel troskom”.
„Tak, życie może być piękne, jest urocze”. „Czas ucieka, wieczność czeka”. „Nawet młodość, gdy samotna, to nie radość”. „Jeśli marzą ci się tańce, to zostań… będzie lżej”.
Będzie lepiej, mówię Wam. Marzenia staruszków są najłatwiejsze do zrealizowania. Moja ciocia była pełna empatii dla starszego pana pachnącego lawendą. Stwierdził on, ku zgorszeniu innych lokatorów kamienicy, że się zakochał. To znaczy znalazł sposób, aby nie być już dziwacznym samotnikiem. „Też mu się należy coś z życia” – usprawiedliwiała go, puszczając oko w moim kierunku. Ciocię przypomniałem sobie, zostawiając całą tę przychodnię starości i tańcząc z moją wybranką. Rówieśnicą pełną inwencji i innych punktów stycznych. Najlepiej wychodził jej rock’and’roll. Ale razem robiliśmy popis do ulubionej melodii „Z tobą chcę oglądać świat”. Co zresztą we wspólnych podróżach realizujemy. Na rowerze, pociągiem, samolotem, kajakiem. Na parkiecie najwięcej jest kuracjuszy z sanatorium. Nie powinno więc nikogo dziwić, że ja pod koniec tańczę już tylko dwa na jeden. Ktoś starszy ode mnie popisuje się wyczynem, że w ogóle tu dotarł i tańczy pół kroku na pół. Może to było całe jego marzenie? O całe pokolenie młodszy pan za barem puszcza nam muzykę. Dotychczas za barem był ktoś o pokolenie starszy. „Kto zarządził tę zmianę?” Rozmyślam gorączkowo wtopiony równiutko w senioralne towarzystwo.
„Cześć dziecino, hello baby”. Poszła dedykacja z mej inicjatywy, aby już całkiem uwierzyć, że mogę trochę czasem manipulować.
W każdym razie trzeba uwierzyć, że będzie lżej. A na razie cieszę się, że dotrwałem do tej chwili, zielonego karnawału, kiedy spełniają mi się świąteczne i urodzinowe życzenia. Wiem, jaki będzie mój tutaj finał. Ale na razie powtarzam sobie z wdzięcznością niemniej istotną regułę – memento vitae. Ważniejsze od śmierci jest ż y c i e. Tak jest lżej.

- reklama -