Śląsk Cieszyński drugą Holandią

0
475
strażnicyczasu.pl
- reklama -

Częstą praktyką mniejszych regionów jest porównywanie się do większych, szerzej znanych
i uznawanych za bardziej atrakcyjne. Czy słusznie? Zazwyczaj nie – naszym zdaniem. Nie inaczej ma się rzecz z naszą okolicą. Choć kryje w sobie wiele atrakcji i ciekawostek, bywa porównywana do innych miejsc, by przyciągnąć uwagę turystów, ale i zyskać w oczach miejscowych. Kto nie słyszał, o tym, że Cieszyn, czy Bielsko są niczym „mały Wiedeń”, a pałace nad Piotrówką to nasze zamki nad Loarą? Idąc tym tropem, po dzisiejszym tripie możemy lansować nowe hasło brzmiące: „Śląsk Cieszyński drugą Holandią!”

I nie chodzi o pola tulipanów, których raczej w Księstwie nie znajdziemy. Nie mamy na myśli także dostępu do pewnej nielegalnej w Polsce rośliny, która jest w większym stopniu tolerowana w Królestwie Niderlandów. Chcemy odwołać się do innego symbolu, jakim są wiatraki. Oczywiście raczej nie znamy widoków z Cieszyna i okolic, zdominowanych przez budowle ze skrzydłami, z którymi Don Kichot upodobał sobie walkę. Naszych wzgórz i dolin nie zajmują także nowoczesne fermy wiatrowe. Bohaterowie tego tekstu są niepozorni i często pozostają niezauważeni. To powieternioki! 
Tak nazywano małe konstrukcje przydomowe, które siłę wiatru zamieniały na ruch żaren, mielących ziarno na potrzeby zaledwie kilku sąsiadujących ze sobą domostw. W początkach XX wieku część obywateli naszego regionu zainwestowała w konstrukcję, wyglądającą trochę jak wychodek ze śmigłem. Taki mały przydomowy młyn spłacał się jednak bardzo szybko, gdyż gospodarz nie był już skazany na dobrą wolę i dyktat cenowy młynarzy – przemysłowców, a do tego mógł obrobić także plony sąsiada, jeśli akurat nie byli pokłóceni. 
Chwilę zajęło nam, by znaleźć w okolicy nieliczne już dziś powieternioki. Na szczęście kilka dotrwało do naszych czasów. Najpierw wyruszyliśmy więc do Zebrzydowic, gdzie pierwszy interesujący nas obiekt widać już z drogi, ale warto przejść jeszcze kilkadziesiąt metrów i podejść pod samą budowlę. Prowadzi do niego ścieżka wydeptana na miedzy. Tuż obok znajduje się dom, w którym zapewne kiedyś mieszkał właściciel młyna, a zarazem pewnie młynarz – amator. Aktualnie budynek wygląda na opuszczony lub zamieszkały tylko okresowo. Sam powieterniok najlepsze lata ma raczej za sobą, chyba że trafi się zapalony młynarz, który go odremontuje i znów puści wiatrak w ruch. 
Kolejną destynacją była ulica Poziomkowa, gdzie znajdować się miały aż dwa powieternioki obok siebie. Pierwszy od razu rzucił nam się w oczy. Stoi zaraz przy ulicy. Pięknie odremontowany, niemal lśni i śmiało może służyć jako ozdoba posesji. Widać, że właściciel włożył wiele starań, by niecodzienny obiekt stał się jego wizytówką. Z drugim przydomowym młynem nie poszło już tak łatwo, gdyż znajduje się nieco dalej od drogi, a dodatkowo nie ma już swojego wyróżnika jakim jest wiatrak na dachu. Obiekt stoi, jakby na przekór losowi i czasowi, nie upadając pod naporem wiatru, który niegdyś ujarzmiał. 
Kolejne artefakty odnaleźliśmy w Marklowicach Górnych. Jeden z nich miał być zasłonięty przez dom – jak się jednak okazało budynku mieszkalnego już nie ma, ale mały młynek stoi nadal. Drugi przeżył w swoim czasie małą przeprowadzkę i służy aktualnie jako swego rodzaju nietypowa ozdoba ogrodowa. 
Dość ciekawym powieterniokiem jest ten, stojący przy ul. Wantuły w Ustroniu. Z pozoru nic go nie wyróżnia, jednak smaczku dodaje fakt, że skonstruował go patron ulicy, przy której aktualnie się znajduje – Jan Wantuła. Wiatrak prezentuje się świetnie i podobno do początków XXI wieku pełnił swoją funkcję, mieląc ziarno i kasze, wykorzystując do tego zieloną energię wiatru. 
Na koniec naszej wyprawy zostawiliśmy sobie wisienkę, czy jak kto woli truskawkę na torcie. W Górkach Małych, wśród wielu zabytkowych obiektów Chlebowej Chaty, znajduje się także bohater tego tekstu. Przeniesiony tutaj z pogranicza Puńcowa i Dzięgielowa, jest w pełni sprawny i gdyby akurat zaszła potrzeba mógłby jeszcze nie jeden wór ziarna zmielić. Ponieważ znamy przesympatycznego właściciela tej fantastycznej atrakcji turystycznej, mogliśmy zajrzeć do środka wiatraka. Może nie jest to widok zapierający dech w piersiach, niemniej jednak cały system łączników, zębatek i żaren składający się na konstrukcję powieternioka, robi wrażenie. Trafiliśmy tam w okresie raczej nie obfitującym w wiatr, ale i tak szum oraz towarzyszący mu huk obracającego się mechanizmu brzmiał jak melodia pięknej historii. 
Jak widać powieternioki są już dziś ewenementem. Budowane były w podobny sposób, ale nie ma dwóch takich samych. W początkach XX wieku były stałym elementem krajobrazu Śląska Cieszyńskiego. Podobno ziemie dzisiejszej Holandii „wyrywano” z objęć morza, dzięki między innymi użyciu wiatraków, które wynosić miały grunt ponad taflę wody. U nas być może to powieternioki wyniosły beskidzkie szczyty ponad okolicę. Nie wiemy, czy istnieje indeks tych nie na co dzień spotykanych dziś budowli, ale z całą pewnością te opisane przez nas to tylko kilka z większego zbioru. Na powieternioki można się natknąć chociażby po czeskiej stronie Śląska Cieszyńskiego, ale to już pretekst do kolejnej z wypraw i opowieści.   
 

Kilka słów o russkietripy.pl
Jesteśmy rodziną, która wyznaje zasadę, że każde wyjście z domu to już trip (czyt. wyprawa). Wystarczy tylko dobrze się rozejrzeć, by odnaleźć niesamowite miejsca wokół siebie. Relacje z takich wypraw przedstawiamy na naszej stronie, gdzie trafiają się też opowieści o naszych wyprawach w bardziej odległe miejsca. Ale to już zupełnie inna historia.

- reklama -