Sprawy zbyt poważne

0
25
fot. Wkroczenie. Arch. prywatne
- reklama -

Wojna to jest zbyt poważna sprawa, żeby ją pozostawiać w rękach żołnierzy – stwierdził podobno Clemenceau, francuski premier z ostatnich lat pierwszej wojny światowej i współtwórca Traktatu Wersalskiego. Ale wojna to wojna. Bez względu na to, czy zostawi się ją w rękach polityków, żołnierzy czy sfanatyzowanej przez nacjonalistyczną propagandę ludności, wojna zawsze jest wymierzona w zwykłego człowieka, w bogu ducha winnego cywila, w rodzinę, w dziecko. Kiedy zaś wojna dostaje się w czyjeś ręce, wtedy jest już za późno. 

Wojna to eksplozja nienawiści, absurdalnego chaosu, nędzy i straszliwego cierpienia, którymi z zimną krwią i zmechanizowaną, ślepą bezwzględnością zarządzają politycy, stratedzy i dowódcy. A ich rozkazy wykonują funkcjonariusze, regularne wojsko i urzędnicy po jednej stronie i na przykład  bojownicy ruchu oporu i partyzanci z drugiej strony. Jedni i drudzy są głęboko przekonani, że działają w swojej słusznej, świętej sprawie, w której chodzi najczęściej o to, aby odebrać to, co  zostało zabrane (takim lub innym ) naszym, a co do (takich lub innych ) nas jakoby od wiek wieków należało. Często chodzi też o to, aby chronić tamtejszych naszych, którzy na jakimś innym terytorium jakoby z dziada pradziada mieszkają. Chodzi więc o naszość, o naszą jakoby własność, którą utraciliśmy albo mamy jej za mało. I chodzi też o to, że nasze jest lepsze, nasze musi być na wierzchu, bo my jesteśmy lepsi niż inni i nam się należy. Przy czym wszystko dzieje się jakoby w imię jakichś żywotnie zagrożonych wartości, pod jakimiś sztandarami, z jakimiś narodowymi symbolami, z błogosławieństwem jakichś kapłanów i przede wszystkim pod wodzą jakichś nieomylnych i wszechwiedzących wodzów, którzy nas zbawią. Bóg Honor Ojczyzna. Albo Ein Reich, ein Volk, ein Führer. Chodzi o jakąś jedną wydumaną, legendarną, mesjaniczną, choć tylko wyobrażoną, wspólnotę, której inna wydumana, wyobrażona wspólnota coś rzekomo odbiera. Uraz po mniej lub bardziej wydumanej stracie nie daje spokoju. Rozkręca się w ideologię, która ma populistyczny i nacjonalistyczny charakter. Prędzej czy później populiści i nacjonaliści żerujący na poczuciu jakiejś mniej lub bardziej wyimaginowanej straty, zdobywają władzę. Władza uruchamia zmasowaną propagandę naszyzmu skierowaną przeciwko nie-naszym, aby wyrównać rachunki krzywd, ochronić naszych i zagrożone interesy naszości. Za dłoń wyciągniętą po naszość kula w łeb! Rząd naszystowski koncentruje wojsko przy granicy. Nasze dziewczyny wykupują kwiaty w naszych kwiaciarniach, aby radośnie przywitać naszych dzielnych żołnierzy ze specjalnie sformowanej grupy operacyjnej. Kwiaty czekają na bagnety. Nasi dywersanci już zaczęli działać po drugiej stronie granicy. Chcemy wyzwolić naszych rodaków zza rzeki – gorączkują się nasi manifestanci na wiecach. Szablą odbierzemy… Nasi politycy i dyplomaci ustalają  linię podziału interesów i przebieg nowych granic. Sąsiednie państwo, które jakoby nam zabrało od wiek wieków nasze ziemie – nasze, bo zastosowano do nich na przykład  kryterium większości etnicznej – otrzymuje ultimatum. Dla usprawiedliwienia najazdu wykorzystuje się argumenty naukowe – etnograficzne, historyczne, statystyczne. Nasza nauka ochoczo służy naszemu przemysłowi zbrojeniowemu i naszym naczelnikom. Drukuje się odezwy. Wylepia plakaty. Nasi szykują się do wkroczenia. W razie potrzeby, w imię naszyzmu, wszyscy będziemy musieli zostać żołnierzami. Nawet kobiety, nawet dzieci, cały ten tłum, który przychodzi na brzeg rzeki do mostów, aby zobaczyć, co się będzie dalej działo. 

- reklama -

Od 21 września 1938 roku Józef Mackiewicz, korespondent wileńskiej gazety „Słowo” przesyła codziennie z Cieszyna relacje do swojej redakcji. Słychać pogłoski, że polskie wojsko wkroczy do miasta o północy. Cieszyn nie śpi, nie śpią jego mieszkańcy, sklepikarze, mieszczanie, robotnicy. Na wieży ratuszowej zegar wystukuje kwadranse. Wszyscy czekają. Mackiewicz obserwuje miasto z okna hotelu „Pod Brunatnym Jeleniem”. Zakwaterowało się w nim wielu dziennikarzy, którzy tak jak on, czekają na wkroczenie polskiego wojska do miasta i dalszy rozwój wypadków. Tymczasem na parterze przez całą dobę funkcjonuje biuro komitetu dla uchodźców zza Olzy. Z Czechosłowacji ludzie uciekają przed wojną, która wisiała w środkowoeuropejskim powietrzu odkąd Hitler, po anschlusie Austrii, postanowił chronić Niemców Sudeckich w Czechosłowacji. Uciekinierów było coraz więcej. Trzeba było zorganizować dla nich tymczasowy obóz w Hermanicach. Zbiegowie są tam odsyłani i nawet karmieni. 24 września przy moście pod cieszyńskim zamkiem sprzedawca oferuje „Ekspres Ilustrowany”, a w nim na całą szerokość kolumny tytuł: Cieszyn czeski w rękach polskich. Ludzie stoją, porównują tytuł z faktem, widzą czeskich żołnierzy i żandarmów po tamtej stronie mostu. Mackiewicz dziwi się, że Polska Agencja Telegraficzna, która w Cieszynie miała teraz kilku rozlatanych korespondentów, nadała depeszę, że powstańcy zaatakowali i objęli posterunki policji w Czeskim Cieszynie, co nie było zgodne z faktami. Ale w Cieszynie nastrój jest taki, że nie podrywa to zaufania do gazet. Na razie nic takiego nie było, ale niedługo będzie. Bo rzekomi polscy powstańcy mieli zaatakować po czeskiej stronie. Mackiewicz chyba nie wiedział, że polski wywiad już dawno wysłał na Zaolzie swoich agentów, którzy mieli zorganizować tam tajne oddziały bojowe, a kiedy konspiratorzy wznieciliby powstanie, miało zbrojnie interweniować Wojsko Polskie. W magazynach przy granicy zgromadzono 3 tys. karabinów, 24 ckmy i 1,5 miliona sztuk amunicji. Pod dowództwem gen. Władysława Bortnowskiego sformowano Samodzielną Grupę Operacyją „Śląsk”, która liczyła 40 tys. żołnierzy i ponad 100 czołgów. Wspierana miała być także przez eskadrę wojskowego lotnictwa stacjonującą w Bielsku. Gdyby Czesi nie oddali Zaolzia po dobroci, zgrupowanie miało wkroczyć do akcji, aby bronić „powstańców”. W nocy do  strzelaniny dochodzi przy Moście Jubileuszowym, który forsują duże grupy uchodźców. Następnego dnia Mackiewicz odnotowuje powódź fałszywych informacji w polskiej prasie o tym, co się dzieje w Cieszynie, po obu stronach Olzy. Przez dzień przez Most  Jubileuszowy przeszła do Polski następna fala uchodźców. Wieczorem w Czeskim Cieszynie zarządzono pogotowie przeciwlotnicze. Całe miasto po zachodniej stronie Olzy zostało zaciemnione. Tymczasem po polskiej stronie w teatrze wystąpił słynny Balet Parnella. Kiedy publiczność z władzami miejskimi bawiła się w teatrze przez Most Jubileuszowy przechodzili uchodźcy z Czechosłowacji. Całe rodziny, zziębnięte i z płaczącymi dziećmi, przeważnie obywateli angielskich i amerykańskich z Pragi, którzy już wtedy nie mogli przekraczać podpalonej granicy czesko-niemieckiej na zachodzie. Uciekali przed widmem wojny. Pozostała im – pisze Mackiewicz –  na razie jeszcze względnie spokojna droga na Polskę. Czesi odwieźli ich do Cieszyna i puścili piechotą przez most.

Po kilku dniach napiętego i ciekawskiego wyczekiwania doszło do haniebnego przełomu. Polski rząd wespół w zespół z Hitlerem przystąpił do rozbioru Czechosłowacji. Jeszcze przed północą 30 września 1938 roku, a więc w tym samym dniu, kiedy skończyła się konferencja w Monachium, gdzie Anglia i Francja uległy dyktatowi Hitlera i zaakceptowały zagarnięcie przez Trzecią Rzeszę zamieszkałej przez Niemców części Czechosłowacji zwanej Sudetenland, sanacyjny rząd II Rzeczypospolitej skierował do rządu czechosłowackiego ultimatum z żądaniem przekazania Polsce Zaolzia. Polacy dali Czechom 12 -godzinny termin, a brak odpowiedzi czeskiej  lub odmowa groziły polską interwencją zbrojną. Kilka dni wcześniej Polska wypowiedziała też polsko-czeską umowę o mniejszościach narodowych. Czesi, o których dalszym losie zdecydowano w Monachium bez ich udziału, ugięli się i polskie ultimatum przyjęli. Polskie oddziały wojskowe tryumfalnie weszły na Zaolzie. Europejscy komentatorzy nazwali wtedy Polskę szakalem i sępem na smyczy Hitlera. W niedzielę 2 października 1938 roku granica na Olzie przestała istnieć. Wokół mostu pod cieszyńskim zamkiem, nazywanym obecnie Mostem Przyjaźni, oblegał ją tłum ludzi. Ciasnym korytarzem pośród tego tłumu przeszło polskie wojsko z kwiatami w lufach karabinów przy gromkiej wrzawie naszystowskiego entuzjazmu. Czesi ustąpili bez walki. Polacy chlubili się potem, że przejęli Zaolzie pokojowo i bezkrwawo. Jedyną ofiarą po stronie polskiej był Witold Reger, syn zasłużonego socjalisty Tadeusza Regera, harcmistrz cieszyńskiego hufca, młody, zażarty nacjonalista, który 26 września brał udział – mówiąc językiem wojskowych  – w rozpoznaniu przez polskich zwiadowców rozlokowania czechosłowackich umocnień i wojsk na granicy. 10 października  w Boguminie doszło do spotkania oficerów polskich i niemieckich, którzy – jak się wyraził pewien historyk – w atmosferze wzajemnych uprzejmości, dziesięć dni po układzie monachijskim, finalizowali niemiecko-polski rozbiór Czechosłowacji.

Na przyłączonym do II Rzeczypospolitej Zaolziu polska administracja wprowadziła natychmiast w życie politykę czyszczenia etnicznego. Oficjalnie miało to dotyczyć tylko czeskich szowinistów, z których, zresztą, większość uciekła stąd już przed aneksją oraz tych Czechów, którzy osiedlili się tu po 1920 roku. Polonizacja zaolziańskiego przemysłu polegała na masowych zwolnieniach czeskich robotników z pracy. Do połowy listopada 1938 roku zwolniono około 8 tysięcy czeskich pracowników. Większość z nich, pozbawiona środków do życia, decydowała się na emigrację. Do emigracji zmuszono też czeską inteligencję – nauczycieli, lekarzy, prawników, inżynierów, techników. Nowe polskie władze zamknęły czeskie szkoły i biblioteki, rozwiązano czeskie organizacje społeczne, kulturalne i sportowe, a ich majątek przejęło polskie państwo. Przymusowo spolszczano czeskie nazwiska, za pozdrowienie w języku czeskim karano mandatem w wysokości 4 złotych. Zakazano odprawiania mszy po czesku, niekiedy zmuszano do przejścia na katolicyzm. Bez zadeklarowania polskiej narodowości nie można było przyjąć się do pracy, zyskać lub przedłużyć koncesję na działalność gospodarczą. Dochodziło do napadów na czeskie domy i mieszkania. „Nieznani” sprawcy nie byli ścigani przez polską policję, która zamiast chronić i pomagać obywatelom innej narodowości chętnie trakowała  ich pałami. Teraz tu jest Polska, jeśli się coś nie podoba, to droga wolna – proponowano Czechom i wręczano im tzw. przepustki graniczne ewakuacyjne bez prawa powrotu do Rzeczypospolitej Polskiej. Jedną z licznych masowych akcji wysiedleńczych przeprowadzono w Wigilię 1938 roku. Na wyprowadzkę dawano Czechom od 6 do 12 godzin. Dla uchodźców z Zaolzia nie starczało miejsca w Morawskiej Ostrawie – wielu z nich wegetowało w wagonach kolejowych. Do końca sierpnia 1939 roku  w ten sposób wydalono z Zaolzia około 30 tysięcy osób narodowości czeskiej (a także około 5 tysięcy Niemców). Ciemną stroną polskich rządów na Zaolziu były bezwzględne represje wobec ludności czeskiej – podsumował historyk Grzegorz Gąsior  w wydanej w 2008 roku przez Ośrodek Karta publikacji Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński – stanowiące akt krótkowzrocznego odwetu, któremu towarzyszyło poczucie bezkarności i lekceważące przekonanie, że upokorzony i pogardzany przeciwnik nigdy nie podniesie się z upadku. Dobrze wiadomo, jak to się potem skończyło. Wiadomo, co się stało 1 września 1939 roku.

Wojna to jest zbyt poważna sprawa, aby zostawiać ją w rękach żołnierzy. Ojczyzna – napisał  w swoim emigracyjnym, powojennym dzienniku Sándor Márai, jeden z najwybitniejszych pisarzy węgierskich – to jest zbyt poważna sprawa, aby zostawiać ją w rękach nacjonalistów.  

Florianus

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here