Styczniowa lekcja ciemności

0
44
fot. pixabay.com
- reklama -

Jesienią zeszłego roku gdzieniegdzie pojawiły się zapowiedzi, że nadchodząca zima może być w środkowej Europie wyjątkowo śnieżna i zimna. Pisało się nawet o zbliżającej się „zimie stulecia”. Taką wyjątkową zimę prognozowali dla Europy meteorolodzy amerykańscy. Przed taką straszną zimą ostrzegał też Polaków na YouTubie słynny polski jasnowidz. Nad Wisłą starsi ludzie pamiętają „zimę stulecia” sprzed czterdziestu lat. Ogłoszono wtedy w Polsce stan klęski żywiołowej. W dodatku doszło do wybuchu rotundy PKO w Warszawie. Działo się to w 1979 roku, który w gruncie rzeczy później okazał się przełomowy, ponieważ w czerwcu owego roku z pierwszą pielgrzymką do Polski przyjechał polski papież, aby na Placu Zwycięstwa w Warszawie wezwać Ducha Świętego do odnowy tej ziemi. Ale zimą 1979 roku ani biskupom, ani przywódcom partyjnym, ani filozofom nie śniło się o tym, co się stanie w następnych dwóch, trzech latach.

 

- reklama -

Kalendarzowy rok zaczyna się od niekoniecznie przyjemnego zmęczenia po sylwestrze, choć nie musi ono wynikać z szaleństwa sylwestrowej nocy. W pierwszy dzień nowego roku człowiek odczuwa przymulającą kumulację przedświątecznego i świątecznego zmęczenia, a jeśli dojdzie do tego posylwestrowy kac, trudno w pierwszym dniu stycznia pozbierać się przed godziną dwunastą. Im bliżej do wieczora, tym bardziej doskwiera świadomość, że już niedługo trzeba będzie wrócić do kołowrotu normalnych zajęć, codziennej rutyny i niezbyt miłych obowiązków. A pierwszego stycznia zmierzch zapada wcześnie. Niedługo po koncercie noworocznym z Wiednia, którego nie ma się cierpliwości dosłuchać do końca, choć w Cieszynie – przynajmniej w niektórych domach – słuchanie koncertu noworocznego z Wiednia miało kiedyś charakter noworocznego rytuału. Jak to będzie w tym roku? – pytamy sami siebie – Co to z nami będzie? – myślimy sobie w mroku naszego mózgu i to niezbyt błyskotliwe pytanie zostawiamy bez odpowiedzi w zimowej ciemności. Zaczyna się nowy rok. Trzeba będzie się przyzwyczaić do dziewiątki na końcu daty. Najtrudniej przebrnąć przez styczeń. To chyba najdłuższy miesiąc w całym kalendarzu, choć ma swoje przepisowe, gregoriańskie 31 dni. W styczniu dni są jeszcze krótkie, a poranki, kiedy trzeba wstać, ubrać się, wyjść z domu i dojechać do roboty, nadal ciemne. W tym roku w dodatku zaraz po Nowym Roku nie tylko drogowcy zostali zaskoczeni obfitością opadów śniegu. Ostatnich kilka lat przyzwyczaiło nas do niezbyt śnieżnych i zimnych zim, a tu tymczasem śnieg, coraz więcej śniegu. Nawiało aż pod drzwi. Trzeba odśnieżyć chodnik aż po próg. A potem odgrzebać auto, które stoi na poboczu. Czyżby prognozy amerykańskich meteorologów i przepowiednie polskich jasnowidzów o zimie stulecia w 2019 roku miały się sprawdzić?

W styczniu nocna ciemność pracuje jeszcze przez dwie szychty, dwie trzecie całej doby. W poprzednich latach w miastach noworoczną ciemność próbowano rozpraszać pokazami sztucznych ogni. W tym roku także w Polsce już wyraźnie zaznaczył się światowy trend odstępowania od noworocznej pirotechniki. W wielu europejskich metropoliach zrezygnowano z petard i fajerwerków, zastępując kanonadę sztucznych ogni pokazami świateł laserowych. Cieszyn jak zwykle nie nadąża za kulturowymi trendami i zmianami, choć podobno noworoczny pokaz fajerwerków odbył się tutaj po raz ostatni. W tym roku noworoczna feeria sztucznych ogni nad Olzą była jednak krótsza, jakby nostalgiczna, a nawet smutnawa. W mieście petardy też wybuchały rzadziej. Ludzie zaczynali w Polsce nowy rok bez wielkiego entuzjazmu, jakby przygaszeni i niepewni, z niejasnymi przeczuciami. I nawet wielkie widowiska, masowe targowiska groteskowej zabawy transmitowane przez główne kanały telewizyjne, nie zdołały poprawić im nastroju. Nawet uliczne pochody w święto Trzech Króli, które w tym roku wypadło w niedzielę, nie rozproszyły ich wewnętrznego niepokoju. Ludzie, chociaż uczestniczyli w tych imprezach, często wyczuwali pozór i marność ich atrakcji. A nawet pewną ich niestosowność. Raz po raz docierały bowiem złe, a nawet straszne wiadomości. Przed świętami katastrofa w kopalni w Stonawie, po świętach pięć piętnastoletnich dziewcząt zginęło w pożarze escape roomu w Koszalinie. Co to jest escape room? Gra i zabawa. Trzeba na przykład w ciągu godziny wydostać się z mrocznego i dusznego pomieszczenia bez okien i klamek u drzwi. Z nieprzyjemnego pomieszczenia, z mrocznego pokoju, w którym straszy, można się wydostać rozwiązując serię zagadek. Na przykład studentki cieszyńskiego Wydziału Etnologii i Nauk o Edukacji Uniwersytetu Śląskiego zamykane są dobrowolnie w takim pomieszczeniu w ramach zajęć. Młodzi ludzie potrzebują stymulacji adrenaliny, lubią niezwykłe emocje, poszukują fantastycznych przygód, pragną dramatycznych wyzwań. Mnie zabawa w escape roomie nie wydaje się zabawna. Każde zamknięcie może się okazać matnią, pułapką bez wyjścia. Czasem śni mi się, że jestem zamknięty w jakimś pomieszczeniu, błądzę w jakimś ciemnym, okropnym labiryncie, skąd nie mogę znaleźć drogi na zewnątrz. I wcale nie jest to zabawny, kolorowy sen, lecz czarno – biały, przeniknięty popielatą, smogową szarością koszmar.

Mniej więcej w połowie stycznia, czasem o parę dni wcześniej, a czasem później, następuje świetlne przesilenie. Tak jakby światło musiało okrzepnąć, rozpędzić się i odbić jak skoczek na progu skoczni narciarskiej, aby przezwyciężyć ciemność, przeniknąć jej najciemniejszą warstwę, jej najczarniejszą czerń. Kiedy dokładnie i jak to się dzieje, trudno powiedzieć. Prawdopodobnie zależy to od cyklu księżycowego, który w tym roku sprawia, że karnawał jest wyjątkowo długi, a święta wielkanocne wypadają dopiero w drugiej połowie kwietnia. Z przesilaniem zimowej ciemności w Polsce od dwudziestu siedmiu lat wiele ma wspólnego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zorganizowana przez Jurka Owsiaka, jako pospolite ruszenie ludzi dobrej woli w dobrej sprawie, dla ratowania zdrowia i życia najsłabszych i najbardziej zagrożonych, którzy bez pomocy medycznej specjalistów i specjalistycznego sprzętu medycznego nie są w stanie przeżyć. Zasług Jurka Owsiaka nie trzeba przypominać, ale dobrze jest je sobie czasem na nowo uświadomić. Nie mierzy się ich tylko kwotowymi rekordami zbiórek kolejnych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jedną z jego zasług, która nie jest jednak zbyt często podnoszona, jest odsunięcie idei i praktyki pomagania od partyjnych i kościelnych doktryn. To wielu działaczom partyjnym i kościelnym nie było w smak, to wielu doktrynerów ideologicznych i kościelnych drażniło. Drażnił ich też sam Owsiak, jego styl bycia, jego wygląd, jego sposób mówienia, jego inność. A także to, że Owsiak bez polityki i bez religii pokazywał młodym sens nie tylko pomagania, ale i różnienia się, tolerancji i działania w oparciu o bezinteresowność i solidarność ze słabszymi. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy działała w oparciu o dobrowolność i wolontariat. Każdy mógł zostać wolontariuszem WOŚP u- prezydent państwa i bezrobotny, przewodniczący partii i bezdomny, prezes firmy i rencista, emeryt i uczeń, muzyk i głuchoniemy. Wszyscy mogli pomóc. Jednak nie wszyscy chcieli. Owsiak mówił: bawmy się, grajmy, ale z głową i sercem, swoją grą pomagajmy ludziom, przynieśmy im nową nadzieję, zapalmy dla nich światełko, pomóżmy ich wyleczyć, uratujmy ich. Zaproponował nową formułę działalności charytatywnej w nowej Polsce, gdzie po 1989 roku formowało się wolne i demokratyczne społeczeństwo obywatelskie, a transformujące się, rozpolitykowane państwo nie radziło sobie ze swoimi podstawowymi powinnościami, zwłaszcza zadaniami w służbie zdrowia. Uruchamiając wielki ruch i rozkrącając wielką grę, Jurek Owsiak pokazał, głównie młodym ludziom, jak można współpracować w działaniu dla dobra innych. Od dwudziestu siedmiu lat niedziela, kiedy grała WOŚP, była ostatnim świętem w serii zimowych świąt, ich świeckim finałem, bez celebry i zadęcia, choć nieraz podczas takich finałów grały orkiestry dęte, bo każdy mógł zagrać po swojemu. A ostatnim akcentem tego finału, kulminacyjnym i symbolicznym jego rytuałem było wysyłanie „światełka do nieba”. Jakiego światełka? W gruncie rzeczy takiego, które każdy z nas może wykrzesać w sobie, a sztuczne światła komórek, zimne ognie i fajerwerki były tylko jego zewnętrznym, nieporadnym przejawem.

W tym roku podczas finału 27 Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy stało się coś strasznego. W trakcie odliczania przed wysłaniem „światełka do nieba” na Targu Węglowym w Gdańsku, młody człowiek zamordował na scenie Pawła Adamowicza, wieloletniego Prezydenta Gdańska i wolontariusza WOŚPu. Paweł Adamowicz był człowiekiem dobrym, mądrym, spolegliwym i twórczym. W Gdańsku jako prezydent miasta cieszył się ogromnym zaufaniem społecznym i szacunkiem. 13 stycznia 2019 roku wieczorem, podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, został zadźgany nożem. Stało się to na oczach wszystkich uczestników tego wydarzenia, ale w pierwszej chwili nikt nie zorientował się, do czego doszło. Morderca, młody przestępca niedawno wypuszczony z więzienia, wszedł na estradę od zaplecza. Przedtem nie został przez nikogo skontrolowany, nikt go zawczasu nie zatrzymał, nikt nie dostrzegł w nim zagrożenia. Prezydent Adamowicz nie miał ochrony jak prezesi niektórych partii. Ale żaden z prezydentów miast czy burmistrzów nie chodzi z ochroną. Zadbać o ich bezpieczeństwo jest zadaniem instytucji państwowych i powinno to się odbywać rutynowo w ramach zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim obywatelom. Służby, organy bezpieczeństwa, które mają siły i środki aby chronić i pomagać, nie zadziałały jak należało. 13 stycznia 2019 roku podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy odliczanie przed „światełkiem do nieba” dla Pawła Adamowicza, Prezydenta Gdańska, okazało się ostatnim odliczaniem, odliczaniem przed śmiercią. W Gdańsku dosłownie wypełniła się ponura, nienawistna przepowiednia aktu zgonu wystawionego przez Młodzież Wszechpolską prezydentom jedenastu polskich miast. Atmosfera stymulowania politycznego mordu, przemoc symboliczna, prędzej czy później prowadzi do mordu realnego. Najpierw zabija słowo, a potem nóż.

27 finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy odbył się również w Cieszynie. W tym roku w akcję znowu włączyły się miejskie instytucje, zwłaszcza Zamek Sztuki i Cieszyński Ośrodek Kultury. Osobiście zaangażowała się Pani Burmistrz. W poprzednich latach nie zawsze tak bywało, że burmistrzowie Cieszyna angażowali się w WOŚP. A właściwie chyba częściej tak nie bywało. W tym roku było granie, mecze, kąpiele morsów i inne atrakcje. Na rynku działały stanice PCK i OSP. Przede wszystkim zaś rynek i śródmieście przemierzali młodzi wolontariusze, którzy – jak się później okazało – uzbierali 126 tysięcy złotych. Tuż po południu przechodziłem tamtędy i widziałem wielu ludzi, całe rodziny, z czerwonymi serduszkami Orkiestry. Twarze mieli spokojniejsze i jakby bardziej rozjaśnione niż zwykle. Miałem wrażenie, że jest ich więcej niż podczas finału WOŚP w poprzednim roku. Poczułem się raźniej. Pomyślałem, że jednak może być normalnie. A w nocy cios i szok. Potworna zbrodnia w Gdańsku na zakończenie tamtejszego finału WOŚP. I potem, w poniedziałek po południu, wiadomość, że prezydent Adamowicz nie przeżył ataku nożownika. I niemal paraliżująca, ciemna fala bezsilności, bo retoryka oszczerstw i nienawiści, propagandowe szczucie, wszechobecny hate, polityka zemsty opartej na paranoicznych koncepcjach oraz przyzwolenie dla agresji i przemocy w przestrzeni publicznej przyniosły kolejne śmiertelne żniwo.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz został zamordowany. Zginął człowiek zacny, dobry, mądry, solidarny, uczciwy, życzliwy, spolegliwy, ofiarny i wolny. Ale to był także zamach na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i wszystkich ludzi dobrej woli w Polsce. Czy ten szok czegoś Polaków nauczy? Czy ten wstrząs coś zmieni w ich myśleniu i postępowaniu? Czy nadal będzie możliwe, że na przykład na rynku w Cieszynie podczas uroczystości patriotycznych będą spokojnie paradować młodzi ludzie z napisem „śmierć wrogom ojczyzny” na koszulkach, tak jak to było w lecie ubiegłego roku podczas miejskich obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego? Cisza nie może oznaczać milczenia, bo milczenie jest bliskie obojętności – powiedziała Magdalena Adamowicz, wdowa po zamordowanym prezydencie Gdańska , podczas uroczystości pogrzebowych – Dzisiaj wszyscy musimy zrobić rachunek sumienia, co robiliśmy, gdy obok nas działo się zło, niesprawiedliwość, niegodziwość, gdy padały złe słowa. Oto przesłanie dla Polski na 2019 rok. W tym roku ten apel będzie szczególnie palący i aktualny. W tym roku trzeba zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby cała Polska nie stała się ciemnym escape roomem, z którego nie ma wyjścia.

Florianus

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here