Nie ignorujmy Przybosia

0
276

50 lat temu, w tym samym smutnym i ciemnym 1970 roku, kiedy powódź rozbiła Most Wolności w Cieszynie, a w próbie jego uratowania zginęło pięciu strażaków, 6 października umarł nagle Julian Przyboś. Stało się to w Warszawie podczas II Międzynarodowego Zjazdu Tłumaczy Literatury Polskiej, którego był przewodniczącym. Przyboś umarł na serce, które nie dopisywało mu już od czasów młodości, kiedy pracował w Cieszynie jako nauczyciel. Na wyprawach turystycznych i szkolnych wycieczkach w Beskidy poeta szybko się męczył – wspominał później Jerzy Biernacki, jego kolega, nauczyciel z ówczesnego gimnazjum im. Osuchowskiego.

Obaj młodzi nauczyciele byli absolwentami Uniwersytetu Jagiellońskiego, Przyboś ukończył polonistykę, a Biernacki fizykę i chemię. Przybosia ściągnął do Cieszyna Franciszek Popiołek, zasłużony historyk Śląska Cieszyńskiego i działacz narodowy, który w latach 20. poprzedniego stulecia pełnił funkcję dyrektora gimnazjum im. Antoniego Osuchowskiego. Kiedy we wrześniu 1927 roku Przyboś zaczynał pracę w Cieszynie, był już znanym w literackim świecie poetą krakowskiej Awangardy, którą współtworzył razem z Tadeuszem Peiperem, Janem Brzękowskim i Jalu Kurkiem. Jako awangardysta współpracował także z Władysławem Strzemińskim i Katarzyną Kobro, parą łódzkich artystów wizualnych. Strzemiński projektował graficznie tomiki wierszy Przybosia, które autor wydawał na własny koszt. Tak było też z najsłynniejszą, najważniejszą publikacją awangardową Przybosia, zbiorem wierszy „Sponad” wydanym przez poetę własnym sumptem i wydrukowanym przez drukarnię Karola Prochaski w Czeskim Cieszynie w 1930 roku. Publikacja ta jest uważana przez historyków sztuki nowoczesnej za najważniejszą książkę sztuki awangardowej w Polsce. Ukazała się jako pierwszy tom Biblioteki a.r.– grupy artystycznej założonej przez Strzemińskiego. Autor „Teorii widzenia” projektował także inne druki grupy a.r. wydawane pod kuratelą Przybosia w Cieszynie, a które potem kolportowane były w całej Polsce,
a także wysyłane za granicę, przede wszystkim do Paryża, który uchodził wówczas za najważniejszy ośrodek nowej sztuki. Strzemiński zaprojektował również modernistyczną willę dla Przybosia w Cieszynie. Jej projekt – niestety nie zrealizowany – znajduje się w zbiorach Muzeum Sztuki w Łodzi.

Nowatorska działalność artystyczna Przybosia była w Cieszynie mało znana. Absorbowała go bardzo, ale na co dzień, w życiu miasta, poeta dał się poznać przede wszystkim jako niekonwencjonalny nauczyciel gimnazjalny. Przyboś był nauczycielem bardzo nietypowym i nieschematycznym. – wspominał później jeden z jego najwybitniejszych uczniów, pochodzący z Ustronia socjolog Jan Szczepański. – Jego wiedza w zakresie dydaktyki była na pewno nieznaczna, przypuszczam także, że nie lubił gramatyki i języka uczył nas nie jako systemu gramatycznie uporządkowanego, ale jako tworu żywego, służącego przede wszystkim do wyrażania uczuć, postaw, słowem jako systemu wyróżniającego człowieka i będącego narzędziem jego ekspresji. Szczepański podkreślał, że Przyboś miał poglądy lewicowe, bardzo akcentował sprawy społeczne i zwracał uwagę na nierówności ekonomiczne i kapitalistyczny wyzysk. W naszej klasie większość uczniów stanowili synowie chłopscy z okolicznych wsi, z których sporo dojeżdżało codziennie pociągami. Przyboś, sam syn chłopski, rozumiał ich dobrze i sympatyzował z nimi. W latach wielkiego kryzysu gospodarczego i szalejącego bezrobocia wprowadzał nas w problemy społeczne.(…) Kiedyś zaproponował kolegom nauczycielom zrzeczenie się części pensji na rzecz bezrobotnych, czego oczywiście słabo płatni nauczyciele nie mogli zaakceptować.

Przyboś potrafił zdobywać sobie uznanie uczniów swoją spokojną postawą, nieprzejmowaniem się głupstwami swoich wychowanków i cierpliwym kierowaniem ich uwagi na rzeczy ważne. Pewnie nie był uwielbiany i szanowany przez wszystkich, ale budził żywe zainteresowanie najzdolniejszych z nich, najbardziej zainteresowanych kulturą. I właśnie takim uczniom mógł wiele ofiarować, rozbudzić ich zainteresowania, inspirować, kształtować zdolności, ukierunkować. Opowiadano mi w kręgu wiarygodnych świadków, – wspominał później krakowski pisarz Jalu Kurek – iż pewnego razu podczas dużej pauzy w gimnazjum cieszyńskim sprawował Przyboś obowiązkowy dyżur na korytarzu. Chłopcy grali w szmacianą piłkę i kiedy pedagog celem interwencji wmieszał się w gromadę rozwrzeszczanych gimnazjalistów, padł ofiarą ogólnej szamotaniny, ponieważ w tłoku wzięto go za kolegę klasowego. Oberwał przy tym niejednego szturchańca. Oto jak wygląd może mylić, czyli – jak trudno sądzić po pozorach. Tym komicznym epizodem nie nadszarpnął jednak bynajmniej autorytetu wychowawcy, ponieważ cieszył się nim w znacznym stopniu na obszarze całej szkoły. Jako polonista wywierał na niektórych uczniów wpływ wielki i inspiratorski. Dbał o ich intelektualny rozwój i kulturę także po lekcjach. W Cieszynie był teatr, w teatrze na parterze i na galerii miejsca stojące. – wspominał profesor Szczepański. – Przyboś uzyskał od dyrekcji dla swojej klasy kartę wstępu, bezpłatną, dla trzech uczniów na te właśnie miejsca stojące. Ponieważ na parterze i na galerii były po dwa wejścia, więc bardzo prosty rachunek pokaże, że na przedstawienia chadzało regularnie dwunastu kolegów. Przyboś nie omijał żadnego przedstawienia, spotykał się z nami w przerwach, przymykał oczy na cudowne rozmnożenie i dyskutował, objaśniał, wprowadzał, porównywał, interpretował, wykładał historię teatru, uczył patrzenia i słuchania.

- reklama -

Przyboś uczył nas sztuki życia, – podkreślał profesor Szczepański – rozumnego, spokojnego i analitycznego patrzenia na sprawy ludzi i społeczeństwa. Rozbudzał w swoich uczniach ambicje twórcze. Traktował swoich uczniów z pełnym szacunku partnerstwem, lecz bez poufałości. Uczył literatury, kultury i humanistycznej wrażliwości zgodnie ze swoim racjonalnym, nowatorskim światopoglądem estetycznym i społecznym, niezupełnie zgodnie z ówczesnym programem. Miał wyrazistą osobowość, która nie tylko budziła respekt. Potrafiła też fascynować. Stanowił żywy przykład nowoczesnej, wykształconej już w nowej Polsce twórczej wrażliwości i świadomości. Był nauczycielem otwartym i twórczym, racjonalnym, krytycznym i zaangażowanym społecznie. I tego samego w przyjazny i serdeczny sposób wymagał też od swoich uczniów. Z jego klasy, której był wychowawcą, wyszło kilku profesorów szkół wyższych, dyrektorów zakładów przemysłowych, jego wychowankami byli Kornel Filipowicz, znakomity pisarz i scenarzysta filmowy, Zdzisław Nardelli, twórca teatru polskiego radia, reżyser popularnych słuchowisk radiowych, Ludwig Klimek, pochodzący ze Skoczowa malarz, który tuż przed wybuchem II wojny światowej wyjechał na stypendium do Francji i osiadł tam na stałe. Do legendy polskiej literatury przeszła dramatyczna, platoniczna miłość młodego Przybosia do Marzeny Skotnicówny, uczennicy i zapalonej taterniczki, która zginęła w Tatrach 6 października 1929 roku podczas wspinaczki na Zamarłą Turnię. Osiemnastoletnia Marzena, mimo młodego wieku, miała już spore osiągnięcia wspinaczkowe. W wypadku straciła życie także jej młodsza siostra, szesnastoletnia Lida, która odpadła od ściany po awarii karabinka i pociągnęła za sobą w przepaść starszą siostrę. Przyboś przeczuł to tragiczne wydarzenie, natychmiast pojechał do Zakopanego i organizował tam pogrzeb obu sióstr. Marzenie poświęcił potem wiersz „Z Tatr. Pamięci taterniczki, która zginęła na Zamarłej Turni”. To jeden z najbardziej znanych wierszy poety, również dlatego, że od lat funkcjonuje jako lektura szkolna.

Julian Przyboś, choć był świetnym nauczycielem, jednak nie przepadał – oględnie mówiąc – za swoją pracą belferską. W szkole moc roboty, zadania, nuda i potworność: wieczne mielenie tego samego głupstwa. Muszę się zebrać w sobie, zapomnieć o tym wszystkim i pracować. – pisał z Cieszyna do swojej rodziny w liście z 9 stycznia 1928 roku. Poczucie daremności podejmowanych wysiłków, wyobcowania i wrażenie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, zapewne nie było mu obce. Tak jak to opisał w zadziwiająco tradycyjnym, rymowanym wierszu „Pokój”, opublikowanym w awangardowym – graficznym i konstruktywistycznym – zbiorze „Sponad”. Poeta musiał sprawiać wrażenie trochę dziwnego, może nawet zagadkowego lokatora. Na przykład nie mówił gwarą, bo nie był stela, lecz pochodził z Polski, jak wielu nauczycieli w początkach II RP przysłanych na Śląsk, aby tam, w miastach, gdzie, jeszcze niedawno mówiło się głównie po niemiecku, budować polskość. Jednak miejscowy, transkulturowy melanż językowy fascynował go, a nawet wpłynął na jego poezję, o czym świadczy słynny swego czasu esej „Linie i gwar”. Jako nauczyciel był osobą publiczną, co wymagało również określonej postawy i zachowań towarzyskich. Wieczorami co tydzień odbywały się inne spotkania towarzyskie, mieszane, a można by je nazwać zawodami sportowymi. – wspominał Jerzy Biernacki – Były to wieczory gry w kręgle w budynku restauracji „Pod Jeleniem“. Odbywały się one pod egidą miłego i niezmordowanego dyrektora Franciszka Popiołka, a gromadziły kilkunastu „sportowców“ z nauczycielstwa, palestry lub administracji starostwa. Tutaj również bywał Julian Przyboś i w przypływie dobrego humoru wyróżniał się jak dobry „strzelec“ kręgielni. W restauracji spotykaliśmy się często z Julianem na obiedzie, a jeśli czas wolny pozwalał zasiadaliśmy na godzinkę do szachów. Jul lubił tę grę, choć nie animował się nią i grał szybko, mimo swego flegmatycznego usposobienia. Niekiedy znowu po obiedzie wędrowaliśmy spacerem do Czeskiego Cieszyna do kawiarenki na pomarańcze lub winogrona. Czasami spacer kończył się nad Olzą na plaży i kąpieli.

Nie ma już takiego Cieszyna, choć miejsca pozostają niby te same. Olza, stare kamienice, ulice i parki, nobliwe budynki szkół średnich, rynek, teatr i hotel „Pod Jeleniem” z restauracją i kawiarnią. Na takim tle rozwijał Przyboś swoją awangardową twórczość poetycką, która rozsławiła go w świecie. Pracując w Cieszynie jako nauczyciel gimnazjalny, jako pisarz utrzymywał kontakt z najważniejszymi ośrodkami awangardy artystycznej w Polsce i w Europie. Przybosia artystę doceniały władze wojewódzkie autonomicznego Województwa Śląskiego z wojewodą Michałem Grażyńskim na czele, który prowadził politykę modernizacyjną i dobrze rozumiał rolę kultury dla rozwoju regionu. Przyboś jako nauczyciel, który był zarazem twórcą kultury, mógł w latach 30. liczyć na obniżone pensum godzin w szkole. Korzystał też ze stypendiów dla artystów. W II Rzeczypospolitej mozół belfra nie był dobrze opłacany, a poeci musieli wydawać swoje tomiki wierszy na własny koszt. Dzięki finansowemu wsparciu Wojewody Śląskiego, uzyskawszy płatny urlop w szkole, poeta mógł wyjechać na dwa pobyty stypendialne do Paryża. Z drugiej podróży stypendialnej wrócił w lecie 1939 roku, tuż przed napaścią hitlerowskich Niemiec na Polskę, jednak już nie do Cieszyna, lecz do Bohumina, gdzie mieszkał wraz z żoną Bronisławą Kożdoń u teściów swojej żony. Wybuch wojny zastał go – jak to później sformułował – na samej granicy, dwieście kroków od niemieckiej tyraliery.

Przyboś do Cieszyna już nie wrócił. Dalsze jego losy to już inna historia. Jego obecność i działalność w międzywojennym polskim Cieszynie jest bardzo ekskluzywnym, szczególnym znakiem tożsamości, z którego cieszyniocy powinni być dumni. Echa tej obecności, cieszyńskie okruchy pracy literackiej i pedagogicznej Przybosia, niestety, nie doczekały się tu jeszcze, należytego przypomnienia, zrozumienia, opracowania i spopularyzowania jako ważne dziedzictwo kultury w tym mieście. Cieszyn inspirował wielkiego modernistycznego poetę XX wieku. A w dodatku ten poeta miał tu bardzo pozytywny, twórczy wpływ na młodzież. Uczestniczył w tutejszym życiu publicznym, był częścią cieszyńskiego pejzażu. Ileż polskich miast może się taką wartością poszczycić? Można je zliczyć na palcach jednej ręki. Dlatego nie ignorujmy Przybosia.

Pokój

Z kąta – w kąt, krokami kąty rozszerzam,
tam – na powrót, o pokój sobą kołatam,
chodzę i chodzę, aż się z pokojem rozejdę
i pójdę między ścianami a światem.

Dzień zszedł na niczym, ku wieczorowi zmierzam,
może tak dojdę swego za nieboskłonem,
już – tylko patrzeć, może już tylko jeden
krok – i rękami trącę tamtą stronę.

Tam – księżyc z zewnątrz przez okno się zwiesił
i cicho o tynk stuknąwszy, odpadł cieniem.
Gwiazdy spłynęły po szybie. Tam – po za –
przejdę, po śladach podłogi, spojrzeniem.

Pokój, pełny światła, w sobie mnie nie zmieści,
jak on we mnie, w ciele czuję się dwukrotnie.

Odejdę od siebie i zatrzyma mnie groza
w niebie zaoszczędzonym w jednym oknie.

( Z ponad, 1930 )

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here