Warszawska cieszyniaczka – rozmowa z Katarzyną Holeksą – Bardal

0
278
fot. arch. prywatne
- reklama -

Interesującym jest spotkać warszawiankę w moim mieście, z którego większość moich przyjaciół wyjechała w świat. Jaka jest przyczyna, że jesteś wśród nas, ludzi którzy nie do końca są otwarci, którzy mimo swej gościnności wydawać się mogą zadufani w swej lokalnej, ciążącej ku Austrii tradycji, wręcz hermetyczni w swej małej, śląskiej ojczyźnie? Co masz nam do zaoferowania ?

Warszawianką nigdy się nie czułam. Tak, urodziłam się w Warszawie w rodzinie w połowie warszawskiej, ale to nie ma znaczenia. Niestety nazwa warszawiak ma negatywne zabarwienie – cwaniak, gbur. Choć to nie jest prawdą, bo poznałam świetnych ludzi od pokoleń mieszkających w Warszawie. Ale nie jest ich wielu. Warszawa jak chyba już teraz większość dużych miast w Polsce jest zlepkiem kulturowym. W Cieszynie ten brak otwarcia na nowych, na przybyszy wynika ze strachu przed nieznanym, obcym. Wniosek z tego, że aby poznać to nieznane, musimy wychylić się z naszej strefy bezpieczeństwa. Z Cieszynem jestem związana przez moją mamę i dziadka. To oni we mnie zasiali ziarno miłości do tej ziemi, do folkloru, do piosenek, do gór, do gwary, mimo że w domu nie mówiło się gwarą, ale był do niej zawsze szacunek. Będąc już małym dzieckiem wypychało mnie z Warszawy. Nie lubiłam blokowisk. Przyjeżdżając do dziadków na wakacje zawsze czułam się tu u siebie. I to chyba tak powoli kiełkowało. W Cieszynie mieszkam na stałe od 2016 roku. Musiałam przejść bardzo daleką drogę, aby być pewną, że to jest moje miejsce. Za czasów Austro-Węgier to miasto nie było tylko jakąś tam kropką na mapie. To było miasto wspaniale prosperujące, rozwinięte gospodarczo. Sentyment za czymś co było, za historią, zdaje się być naturalny Tu czas biegnie inaczej, a ludzie starają się być uprzejmi.

- reklama -

Jak po dziesięcioletnim pobycie w Stanach widzisz Polskę, Polaków?

Uważam, że wyjazdy z kraju kształcą. Każda zmiana otoczenia porusza taką „stojąca zupę własnego życia”, nawet tą najbardziej udaną. Emigracja do USA to było jak szkoła przetrwania. Poznanie siebie, ale i bliskich. Z perspektywy pięknego, amerykańskiego kontynentu trochę ta Polska zdaje się być zadufana w sobie. Oczywiście, że jest wielka tęsknota za własnym krajem. To gorzko zabrzmi, ale Polakom wydaje się, że są najważniejszym trybikiem machiny świata. Ale są też tacy, którzy biorą byka za rogi i ciężko pracują, by utrzymać rodzinę. I nie marudzą.

W dobie przemian ustrojowych po 1989 roku znaleźliśmy się w pułapce przyzwyczajeń. Czy bardzo się różnimy w swej mentalności od innych społeczeństw?

Mamy już pokolenie wychowane w kraju zupełnie innym niż ten, w którym wyrastałam. Nie jestem za tak zwanym kapitalizmem, bo tu rządzi twardy pieniądz i nie ma miejsca dla słabszych, nie potrafiących się odnaleźć. Ale też nie wydaje mi się, że powinniśmy otrzymywać wszystko na tacy. Bo to powoduje rozleniwienie, zastój. Są państwa w Europie, gdzie w zamian za w sumie dość restrykcyjne podejście do zachowania obywatela, rząd daje dobre socjalne zabezpieczenie. U nas jest inaczej, ale powoli niwelowane są te różnice. I rzeczywiście nabieramy cech społeczeństwa obywatelskiego.

Spotykam wielu zaangażowanych w aktywny wypoczynek. Czy to tylko moda, czy raczej zdroworozsądkowe podejście do życia?

Cieszyn w stosunku do liczby mieszkańców, ma bardzo wysoki wskaźnik usportowienia. Wielu tu biega, spaceruje, jeździ na rolkach, czy rowerze. Kultura sportowa cieszyniaków zawsze była na wysokim poziomie, wyższym niż u warszawiaków. Podoba mi się, że jest tu kilka pływalni, lodowisko, korty tenisowe, wspaniałe tereny na rower górski, czy turystyczny. Jest to chyba jedyny przykład mody, co ma pozytywny wydźwięk. Im więcej ruszamy się za młodu, tym jesteśmy sprawniejsi w późniejszym swoim życiu. Od dziesięciu miesięcy uprawiam kolarstwo. Ktoś mógłby powiedzieć, ot moda, przejdzie mi. Nie, nie przejdzie! Jest to dla mnie wspaniała odskocznia od codziennych stresów, to wspaniała forma na poprawę kondycji, zdrowia, oceny samego siebie. Powiem tak – uprawiajmy każdy sport. Ale systematycznie. Na pewno będą efekty. I jeszcze dodam, że kto uprawia sport jest zawsze bardziej uśmiechnięty.

Czy więzi rodzinne przekładają się na życie społeczne?

Mam to szczęście mieszkać blisko mojej mamy. Pod tym samym adresem, ale w oddzielnych mieszkaniach. Mimo tej bliskości też się często mijamy, będąc zajętymi codziennymi sprawami. Aby zapobiec temu mijaniu, tak, celebruję poranną kawę, ekspresową dziesięcio-minutówkę. I zawsze mamy sobie coś do powiedzenia. Jest to dla mnie bardzo ważne i jak nie możemy się spotkać rano przed pracą, czegoś mi brakuje.

Czy, aby sobie w życiu radzić, trzeba iść pod prąd łamiąc utarte zachowania?

To zależy od drogi życia każdego człowieka. Od tego co chcemy osiągnąć. Są ludzie przechodzący przez życie spokojnie. Urodzeni w jednym mieście pozostają w nim do końca i nie mają potrzeby „wychylania nosa”, więc im to będzie pasowało. Z drugiej strony ci, którym los podsuwa różne „pomysły” i życie rzuca nań wiele sprawdzianów powinni być troszkę zadziorni, by przetrwać. Lecz w tej zadziorności nigdy nie powinni przestać szanować innych, jak i siebie. Wyjechałam do USA, gdzie przez 10 lat to była non stop szkoła charakteru. I w końcu osiadłam w Cieszynie. Tu zaczęłam trenować kolarstwo, które nie jest sportem dla osób spokojnych. Tu trzeba cały czas zdobywać każdy kilometr, każde wzniesienie, o każdą sekundę szybciej.

Serdecznie dziękuję ci za ten argument, że warto tu, na Ziemię Cieszyńską wracać z daleka. Pragnę Cię zapewnić, że mit zaściankowego cieszyniaka dawno pękł. Tak więc już teraz przesiadam się na rower, aby dopędzić peleton i ciebie.

2 XII 2018
Stanisław Przybysz Malinowski

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here