Pan Jan i jego pies Bobik

0
80
fot. arch. autora
- reklama -

Bobik pana Jana wraz ze swym opiekunem i panią Anią mieszkali na piętrze naszego rodzinnego domu na wzgórzu. Piesek był nieco większy od naszej szaroburej kotki i nie miał ogonka. Ale stanowił wielce ulubione zwierzątko pana Jana. My z pewnych względów nie mogliśmy mieć psa. Chociaż podobno kiedyś był wilczur, który nazywał się z hiszpańska Fidel, co znaczyło przyjaciel.

Mimo, że dom wyglądał na nowoczesny, wymagał doinwestowania. Wodę nosiło się w wiadrach z pobliskiej studni. A węgiel do pieców, z piwnicy. Lokatorka pani Ania z opuchniętymi nogami sama by nie dała rady. I dobrze, że był przy niej pan Jan, bo jego obecność chroniła ją nieustannie przed eksmisją z dużego, pięknego mieszkania z widokiem na dolinę. A ona tylko jakby pilnowała tego dalszego i bliższego pejzażu. To znaczy bardziej przyglądała się z balkonu, co wyprawiają dzieciaki. Była tu od zawsze. Powoli przyzwyczajała do swej obecności kolejnych właścicieli. A wraz z mężem uczestniczyła nawet w pogrzebie pani starszej, która na pewno nie była cieszyniaczką, bo do tego domu z płaskim dachem przyjechała z bardzo daleka. Kiedy z balkonu rzuciła nadchodzącej sąsiadce – „guten tag”, wielce sobie zaszkodziła właścicielowi, puryście językowemu. A i jego synowi nie przypadła do serca, kiedy zadenuncjowała go i oskarżyła o szaleństwo. No bo jak mogła, wszystkie serdeczne wzruszenia zepsuć tym wołaniem z balkonu na nie swoje dziecię? Ono przecież nic złego nie zrobiło. Ot, wymyśliło patent, aby kury uwiązane za nogę jedna do drugiej sznurkiem, daleko nie uciekły. Zabawnie wyglądało to moje ujarzmianie życia, czyli kur, ale zbyt krótko. Czułem się ingerencją pani Ani ukarany. Może gdyby spostrzegł ten spektakl z balkonu pan Jan, na pewno by mi przyklasnął i wypuścił jak zwykle poskładany z papieru samolot. Musiał być chyba w tym czasie na długim spacerze z Bobikiem, przy sitowiach za dębami, gdzie nad strumykiem rosły kaczeńce pod rozłożystymi wierzbami. Albo wygrzewał się na leżaku w starej części ogrodu między porzeczkami z gazetą w ręce. Pilnie śledził wydarzenia, ale raczej te w świecie, co dzieje się za Łabą, gdzie pozostał jego syn. Jako stary buchalter racjonalnie patrzył na wszelkie zmiany. I chyba udała mu się ta kalkulacja. Szczęśliwie oboje wrócili, pani Ania i pan Jan, z dalekiej podróży. Przywieźli ze sobą nie tylko ukojenie duszy z rodzinnego spotkania z synem, ale i zabawki dzieciakom, których w sumie było z dwóch rodzin właścicieli aż piątka. Pan Jan interesował się historią. W jego domowej biblioteczce tkwiły obok siebie książki o Powstaniu Listopadowym i biografia rodu Habsburgów. Książki po polsku i po niemiecku, wydane w Polsce i w Austrii. Były jeszcze niezapisane księgi rachunkowe, których strony inspirowały do wypełnienia ich jeśli nie cyframi sald, to chociażby literkami opowieści podwórkowych. W mieszkaniu pachniało czystością. Przy drzwiach balkonowych wrażenie robiła drewniana donica z błyszczącymi liśćmi nieznanej mi z nazwy roślinki bez kwiatów. To był cały zielony areał lokatorów. Mieli tyle swojego zielonego, co w tej doniczce. Stąd długie spacery pana Jana ze swym pieskiem w kierunku wieży kościelnej wbitej w horyzont. Przez namiastkę lasu, przez nieogrodzone pola. Poszliśmy kiedyś na ten spacer z panem Janem, ale nie było z nami Bobika. Bo wyjście z domu stało się tym razem poszukiwaniem ulubieńca, bezbronnego pocieszyciela, jakim staje się na starość zwierzątko. Ale Bobik wymknął się skutecznie, wybierając najprawdopodobniej swoje ostatnie miejsce. Zadawałem sobie jednak pytanie, na ile inni ludzie pomogli Bobikowi w tej drodze. Coraz bardziej w tych poszukiwaniach identyfikowałem się ze smutkiem pana Jana. Zawędrowaliśmy aż do domu mojej babci Ani pod starą lipą, w dolinie Olzy. Byłem zdumiony, że pan Jan jest tutaj znany. Zaproszono nas do wielkiego, wiejskiego stołu w izbie. Tu zapadła decyzja, że zakończymy nasze poszukiwania i wrócimy skrótami przez zagajnik pod górkę do domu. W krótkim czasie zmarł pan Jan. Jakby odszedł na tamten brzeg, na dalsze poszukiwania swojego pieska przydrożnego. Inni ludzie zajęli jego mieszkanie. Pani Ania dostała lokum w centrum Cieszyna, bez balkonu. Dom poddano modernizacji. To dotychczasowe zacisze między porzeczkami w starym sadzie, zakłóca teraz coraz bardziej szum aut i gwar miasta, które jest coraz bliżej.

- reklama -
- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here