Akcja zimowa, klony polne i denar Marka Aureliusza

0
262

Pierwsze dni 2023 roku były rekordowo ciepłe. Temperatura na Śląsku w dzień Nowego Roku przekroczyła 18 stopni Celsjusza, a po zimie i klęsce śniegu z pierwszej połowy grudnia zostały tylko obrzydliwe resztki brudnego, zbrylonego śniegu gdzieś w cieniu przy krawężnikach. Nowy rok zaczął się w mało optymistycznej atmosferze. Nie było szampańskiej zabawy. Tylko kompletnie bezduszni ludzie mogli zapomnieć o wszystkim i bez względu na okoliczności oddać się sylwestrowemu szaleństwu. Owszem, petardy jak zwykle na przełomie roku wybuchały, ale odgłosy ich wybuchów bardziej przypominały o atakach rosyjskich dronów na ukraińskie miasta niż o karnawale, a fajerwerki kojarzyły się z rakietowym ostrzałem. Oprócz widma wojny w powietrzu nadymała się inflacja, w sklepach narastała drożyzna, w drzwi naszych mieszkań łomotał kryzys energetyczny, za oknem rozpędzała się katastrofa klimatyczna, a na dodatek dookoła panoszyła się grypa.

W tych warunkach mało było powodów do radości i nie dało się beztrosko świętować odejścia starego roku i nadejścia nowego. Trudno ot tak się wyłączyć i bawić przy piosenkach Abby. Zapomnieć o całej tej światowej nieboskiej komedii. Nawet się upić nie było łatwo. Jednak nie trzeba od razu popadać w czarnowidztwo. Swoje zakłopotanie i niepewność, co do tego, jak sformułować życzenia, by za bardzo nie odbiegały od dotkliwych okoliczności i zdrowego rozsądku wielu załatwiało quasi zdroworozsądkową formułką: nowy rok nie musi być lepszy, oby tylko nie był gorszy. Rozsądek i instynkt jednak nakazywały uznać, że obiektywnie będzie gorszy. Ze wschodu mogą przylecieć niszczycielskie drony i rakiety, a w dodatku wirusy. Polskie państwo nadal będzie demontowane przez pazerną partię władzy, która w roku wyborczym zębami i pazurami będzie się trzymać swoich stołków i koryt. Nadal będziemy rolowani przez populistyczny rząd, a nadprezes i prezydent nadal będą stroić pobożne, patriotyczne miny do swojej obskuranckiej polityki i nieczystych zagrywek. Życzenia na przyszłość i samą przyszłość trzeba rozpatrywać w wielu perspektywach i w wielu planach. W planie ogólnym i globalnym, politycznym i ekonomicznym, przyszłość może się jawić coraz mniej świetliście, czyli coraz bardziej ponuro, ale w planie indywidualnym, subiektywnym wręcz przeciwnie. Ni stąd ni zowąd spotka nas niebywałe szczęście, nadejdzie pasmo sukcesów, otrzymamy nieoczekiwany spadek, pokocha nas ruda, seksowna programistka z przytulnym mieszkankiem, wygramy na loterii, do ciepłych krajów uprowadzi nas piękny książę, który najpierw obsypie nas brylantami, a potem zaprosi w podróż dookoła świata na luksusowym jachcie. Poza tym nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I vice versa, zresztą też.
Każde życzenie ma charakter tzw. pobożnego życzenia i jest przejawem życzeniowego myślenia. Mamy jakieś potrzeby, oczekiwania, a nawet marzenia. Mamy jakieś roszczenia wobec tzw. losu i fortuny, która przecież kołem się toczy. A przy tym nadal myślimy w magiczny, naiwny sposób. Staram się takiego myślenia unikać i może właśnie dlatego już któryś rok z rzędu nie byłem w stanie formułować rzetelnych, poczciwych noworocznych życzeń. Czegokolwiek komukolwiek bym nie życzył, brzmiało to konwencjonalnie, naiwnie i zdawkowo albo wręcz fałszywie i obłudnie. Bąkałem więc coś na odczepnego, żeby nie wychodzić na aspołecznego gbura, który ludziom źle życzy i psuje resztki dobrego, świątecznego nastroju. Jedno, na szczęście, było pocieszające. Już przybywało dnia, a w dodatku utrzymywały się wiosenne temperatury, mniej więc zużywało się prądu i gazu. Tak się obraca planeta, taki jest jej układ i obieg wokół Słońca, że na jej północnej półkuli w naszych szerokościach geograficznych po nowym roku światła jest coraz więcej. To, że ten układ wciąż się kręci w pradawnym rytmie, nie jest przedmiotem wiary, ale przejawem rzeczywistych tajemniczych, kosmicznych praw, którym nieświadomie podlegamy i które mimo wszystko promieniują jakąś nadzieją. Kiedy w styczniu mamy jednak wiosenne, rekordowo wysokie temperatury, nie możemy poniekąd anachronicznie, lekkomyślnie i nieodpowiedzialnie krzepić się sloganem Byle do wiosny! I czy można je brać za dobrą monetę?
O, jakże jesteśmy łasi nawet na najsłabsze sygnały, nawet nieznaczne napomknienia w sieci oraz przelotne znaki na niebie i na ziemi, mogące wzmocnić naszą nadzieję. Zazwyczaj nie potrafimy odczytać ich prawidłowo, ale za to czepiamy się ich jak pijany płotu. Jeszcze niedawno podział na pory roku był wyraźny i korespondował z kalendarzem. Teraz w styczniu wyciskają się pąki na drzewach, kwitną stokrotki w Parku Sikory i wylatują pszczoły. Temperatura jest dla nich jasnym sygnałem i bodźcem do ruchu, wzrostu i wylotu. Ale z dnia na dzień temperatura może spaść o dwadzieścia czy nawet trzydzieści stopni. Klimat jest coraz bardziej gwałtowny, zdradliwy i perfidnie nieprzewidywalny. Przynosi pogodowy – jak piszą po amerykańsku niektórzy młodzi dziennikarze – rollercoaster. Ale tendencja jest wyraźna – jest coraz cieplej. Niemniej jednak w aktualnym sezonie grzewczym śnieżna i mroźna zima pojawiła się wcześniej niż w poprzednich latach. W połowie grudnia, a więc jeszcze przed rozpoczęciem kalendarzowej zimy, po kilkudobowych, niemal ciągłych opadach śniegu, sytuacja zrobiła się kryzysowa. Miejscy drogowcy, jak co roku, byli zaskoczeni i trudno im było z tego śniegowego zaskoczenia się otrząsnąć. To dziwne, ale zima przychodzi i zaczyna się srożyć w weekendy, kiedy pracownicy odpowiednich wydziałów i służb wypoczywają w swoich domowych pieleszach. I w niedzielę rano, kiedy jest już wszędzie biało i śniegu po kostki, drogowcom włącza się myślenie życzeniowe – zaraz przestanie padać, jutro nie będzie śladu po śniegu. Śnieg jednak pada nadal, wbrew władzom miejskim, które wychodzą z założenia, że nie można realizować słynnej Akcji Zima jesienią. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Miejski Zarząd Dróg wyznaczył termin składania ofert na zimowe utrzymanie dróg na terenie Miasta Cieszyn na 20 grudnia 2022 roku, a więc dokładnie w tym dniu, kiedy na półkuli północnej skończyła się kalendarzowa jesień i zaczęła zima. Władze miejskie trzymają się tradycyjnej logiki i chronologii pór roku. Przetarg rozstrzygnięto zatem w okolicy świąt, które były po wodzie, a zwały śniegu szczęśliwie dla miejskich urzędników spływały w siną dal, w głąb kanalizacji, rowów i wykopów. Tak czy inaczej procedura przetargowa była spóźniona, a w dodatku w komunikacie o rozstrzygnięciu przetargu zamieszczonym w Biuletynie Informacji Publicznej stoi jak byk, że przetarg dotyczył sezonu zimowego 2021/22! Czyżby Miejski Zarząd Dróg funkcjonował w jakiejś alternatywnej rzeczywistości lub używał innego kalendarza? Ach, gdzie są śniegi sprzed roku? A może pracownik MZD odpowiedzialny za przetargi używa techniki kopiuj-wklej? Jednak zjednoczone siły natury, żywioły ziemskie i kosmiczne nie stosują techniki kopiuj-wklej i to nie dzięki jej zastosowaniu zmienia się w naszej okolicy klimat. Choć może poniekąd tak. Może właśnie dzięki mechanicznemu, bezmyślnemu nadużywaniu przez urzędników na masową skalę techniki kopiuj-wklej narasta katastrofa klimatyczna i w styczniu jest ciepło jak w kwietniu. A człowiek już kombinuje jakby to wykorzystać do swoich celów i interesów. Czy jednak akcję zimową można przeprowadzić w wiosennych warunkach?
Właśnie w takich noworocznie wiosennych okolicznościach atmosferycznych na rynku w Cieszynie posadzono drzewa. Wydaje mi się to trochę dziwne, że w styczniu sadzi się drzewa liściaste. Nie jestem botanikiem ani ogrodnikiem, ale z wiejskiego dzieciństwa pamiętam, że drzewa sadzi się wiosną lub jesienią. W gazecie wyczytałem, że na rewitalizowanym rynku – za łaskawą zgodą konserwatora zabytków – posadzono klony polne Elsrijk. To gatunek pochodzący z obszaru wokół amerykańskich Wielkich Jezior. Sprowadzony do Europy upowszechnił się najpierw w Holandii, gdzie sprawdził się jako drzewo uliczne. Podobno nie jest to drzewo wymagające i delikatne, znosi trudne warunki, w tym zanieczyszczone pyłem i spalinami powietrze, a także wytrzymuje nawet tęgi mróz. Ale stawianie i sadzenie czegokolwiek na cieszyńskim rynku jest ryzykowne. W mieście bezkarnie grasują wandale, wiemy, co spotkało postawiony na rynku fortepian. Wiemy też, że w mieście nie brakuje miłośników wycinki zdrowych drzew. Trzeba mieć nadzieję, że zrewitalizowany rynek będzie dokładniej monitorowany, a nowonasadzone klony polne nie będą nocą napadane przez podpitych przechodniów z ułańską fantazją. Przypominam, że o potrzebie zasadzenia drzew na rynku i zamienienia go w zieloną oazę, Florianus pisał już w 2015 roku i teraz, po siedmiu latach jego wizja powoli zaczyna się urzeczywistniać. Ale to dopiero pierwszy krok we właściwym kierunku. Po drugiej stronie, równolegle do laub, wkopano znowu głogi, które tam posadzono parę lat temu i w zeszłym roku wykopano na czas wykopalisk archeologicznych. Czy takie wykopywanie i wkopywanie młodych głogów na nowo w styczniu dobrze im zrobi?
Sadzenie drzew na cieszyńskim rynku to także znak, że archeolodzy już kończą swoje wykopaliska. Sporo się dzięki ich pracy odsłoniło i niemało wykopało. Najciekawsze znaleziska wyszły na jaw w środkowej części rynku, w okolicy fontanny św. Floriana. Odkryto tam podziemne pozostałości po średniowiecznym ratuszu. Jednak rewelacji nie ma. O tym, że pod rynkiem są jakieś piwnice czy też podziemia krążyły legendy miejskie od dawna. Ale dlaczego rynek miałby być podpiwniczony? Wiadomo, że pod okolicznymi kamienicami są obszerne, głębokie piwnice. Komu by się jednak chciało kopać podziemne tunele z jednej strony rynku na drugą? Rynek to od wieków domena magistratu. Skąd magistrat wziąłby pieniądze na budowę podziemnych przejść i hal? Pamiętam, że na początku burzliwych lat dziewięćdziesiątych XX wieku któryś z radnych fantazjował o tym, że domniemane podziemia pod rynkiem można by przebudować na podziemne parkingi. Zastanawiano się też, gdzie można by zaplanować do nich wjazd. Wyglądało na to, że jedynie od strony budynku poczty, ulicy Matejki i kościoła św. Trójcy. Nie trzeba było dokładniejszych analiz, by od pomysłu odstąpić, zwłaszcza że nikt właściwie nie wiedział, co pod rynkiem się znajduje. Teraz już to wiadomo. Najwięcej wykopano starych drobnych monet. Najwyższy nominał miał grosz praski czeskiego króla Wacława IV, a więc z czasów kiedy cieszyńskim księciem był Przemysław I Noszak. Podobno za taki grosz kupowało się wówczas żywą kurę.
Najcenniejszym tego typu znaleziskiem wykopanym spod płyty rynku okazał się srebrny denar rzymski z czasów Marka Aureliusza, cesarza-filozofa, którego legioniści walczyli niedaleko stąd nad Wagiem z Markomanami. Zaskakujące i zagadkowe jest to, że monetę pochodzącą z drugiej połowy II wieku n.e. w Cieszynie znaleziono ponad średniowieczną warstwą bruku. Może zgubiła ją tam księżna Elżbieta Lukrecja, która na jakiś czas musiała opuścić Zamek i zamieszkała przy rynku, a z Zamku zapewne zabrała ze sobą kosztowności i cenne pamiątki? Bo może cieszyńscy książęta mieli na Zamku jakiś skarbiec albo gabinet osobliwości? No chyba że denar Marka Aureliusza przez tysiąc lat przeleżał sobie pod średniowieczną warstwą bruku, lecz jakoś przebił się przez brukowce, bo kamieniarze, którzy tu w średniowieczu kładli bruk, też musieli trochę w ziemi pogrzebać. Może w starym ratuszu znajdowała się numizmatyczna gablota albo szafa rzeczy znalezionych na rynku. Może zatem początki cieszyńskiego muzealnictwa należy przesunąć o paręset lat wcześniej. Przypuszczenie, że w tym miejscu handlowało się już za czasów Marka Aureliusza należy uznać za nazbyt fantastyczne, ale może denar zgubiła jakaś konna forpoczta rzymskich legionów, której dowódca był ciekawy, co też jest za przełęczą, przez nas nazywaną Jabłonkowską. A może do starej studni wrzucił go tu jakiś wędrowiec, bo wyczuł lokalną magię i chciał do tego magicznego miasteczka powrócić? Ot, zagadka w sam raz dla kociej szajki. I trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że nie jest to znalezisko jakoś szczególnie cenne. Podobne denary mają muzea na południu Polski. A na Allegro można je kupić za jakieś 700 złotych.