PODGLĄDANIE CZECHÓW I CZESZEK

0
497
pexels.com
- reklama -

Nie da się ukryć – jestem Polakiem. Uknuto o mnie mit. Z racji mej otwartości wobec obcych zaszufladkowano mnie jako czechofila. Egzystuję nawet jako tłumacz bez patentu na translacje i interpretacje. Tłumaczyłem raz Honzie spod Kozubowej na język polski, co przebywająca w towarzystwie Polka po kursie czeskiego chciała mu powiedzieć słowami poznanymi aż nad Wełtawą. Mówiłem więc do Czecha po polsku, który moją mowę rozumiał. Nie mógł natomiast pojąć, o co chodzi mojej rodaczce elokwentnie zwracającej się do niego w pełni poprawnymi bohemizmami. Wszystkiego nie da się przetłumaczyć. W naszych tutejszych dialogach wystarcza zazwyczaj empatia. Tu się urodziłem, nad Bobrówką i Olzą. Wyznaję własną, geopolityczną i kosmopolityczną inter-kulturę. Światełka zaolziańskiego nocnego krajobrazu są mi bliższe, bo bardziej widoczne, bardziej spektakularne, niż ojczyste. Nie zaprę się jednak mojego Cieszyna. Na drugim brzegu mam tą przyjemność, że oto jestem już za granicą, a jeszcze u siebie! W znaczeniu całkiem niepolitycznym. Bo w tej właśnie zagranicy jest mi serdecznie z uwagi na komunikatywność spotkanych za Olzą ludzi. W polskie radio wciskały się mi zawsze czeskie stacje. Światowe hity w słowiańskim języku. Dla kierowców „Uwaga zakręt”, czyli „Pozor zakruta”. Prawdziwsza, bo bardziej dokładna prognoza pogody. Orkiestry dęte wchodziły mi w listę przebojów na „trójce” prowadzoną przez Marka Niedźwieckiego.
Z polską telewizją też miałem ciekawie. Techniczne możliwości skazywały mnie swego czasu na tylko trzy stacje polskie i aż pięć czeskich. Wieczerniczek, czyli wieczorynka dla malucha. Tutti frutti dla dorosłych. Kinomani podglądali ze mną światowy repertuar w oryginale. Polski film z czeskimi napisami „Wielkie zwierzę” przyjąłem z uznaniem. Czeska telewizja wyszła mi naprzeciw i miło mnie zaskoczyła. Intelektualistów mógł urzec program „Uchem igły”. Po raz pierwszy miałem okazję dowiedzieć się o nielaickim Zbigniewie Czendliku absolwencie cieszyńskiego Kopera, wychowanku Joanny Gawlikowskiej. W laickich Czechach od 1992 odnawiał duchowość Czechów jak i same kościoły. Inteligentnym talk show były oglądane przeze mnie z przyjemnością „Bananowe rybeczki”. Można te programy obejrzeć teraz na YouTube. „Rybeczki” były autorskim programem Haliny Pavlovskiej, pisarki oraz dziennikarki czeskiej telewizji. Miałem więc trochę podkasanej muzy i bardzo poważne, na wysokim poziomie programy. Chociaż w szkole nie mieliśmy lekcji czeskiego, czyli „czeszcziny”, zdawało mi się zawsze, że rozumiem tekst. Słowa mówione nie do końca rozumiałem. Ale przemawiał zawsze do mnie czeski humor, bez kamuflażu, bez ogródek. Demaskował on „śmiesznoty”, cechy po prostu ludzkie, nasze, gogolowskie. Z kogo się śmiejemy? – z samych siebie! Mój nastrój kształtowało więc trochę czeskie radio. Na pewno czeska telewizja. Pamiętam wiele „vtipov” – dowcipów z televariete. Na przykład scenkę kabaretową z 1988 roku o mediach, o manipulacji. Główną rolę wspaniale zagrała tam Jirina [Jirzyna] Bohdalova znana polskim telewidzom
z serialu „Pod jednym dachem”, co po czesku w oryginale brzmiało dosadniej – „Chalupari” [Chaluparzy].
A oto zapamiętany skecz.

NAUCZYCIELKA. Wywiad na scenie przeprowadza sam zasłużony artysta Czechosłowacji Vladimir Dvorak [Dworzak]
– Nazywam się Agnieszka Lidlowa. Już czternaście lat uczę w miejscowej dziewięciolatce. Uczniowie z mojej klasy uratowali tonącego kolegę. Wyróżnił ich za to kurator szkoły. Zwyciężyli również w konkursie zbierania ziół. Z naszą szkolną orkiestrą byliśmy na przeglądzie młodych talentów aż w Dreźnie. Nasze koło taneczne miało występy w Strażnicy. Latem zbudujemy nowe boisko. Wspiera nas w tym przedsięwzięciu Rada Miasta, a w szczególności Milczek Antoni.
– To już? To wszystko? Bo wie pani, to była tylko próba. A teraz uwaga. Nagrywamy. Chłopcy, hej tam, sprzęt, światła! A śpieszmy się, śpieszmy. Mamy jeszcze nagrywać jeden materiał w terenie. No, robimy, robimy. Pani Lidlowa, będzie pani mówić, jak dam znak ręką. Dobrze? Zrozumiała pani?
– Aha, da mi pan znak ręką?
– Ręką! Ręką…
– Nazywam się Agnieszka Lidlowa….
– Stop! Ja pani tylko demonstrowałem, jak ja będę tą ręką dla pani pokazywał. Ale to jeszcze nie było to. No, wie już pani? Uwaga! Kamera. Jedziemy! Klaps. Nauczycielka po pierwsze.
– Nazywam się Agnieszka Lidlowa. Już czternaście lat uczę w miejscowej dziewięciolatce.
Uczniowie z mej klasy uratowali tonącego kolegę. Zostali wyróżnieni przez kuratora szkolnego. A również odnieśli sukces w konkursie zbierania ziół. Z naszą szkolną orkiestrą byliśmy aż w Dreźnie. Nasze kółko taneczne uczes…
– Stop! Stop, stop, stop. No nie! Kochana… Droga pani, no nie!. Nie można mieć zastrzeżeń. Ale… No wie pani. Brzmi to zbyt sztucznie, nienaturalnie. Proszę spróbować bardziej na luzie. Tak jakby pani rozmawiała z telewidzami.
– Dobrze, spróbuję. Jak z dziećmi? Jak z uczniami
w klasie, tak?
– No tak, jak z telewidzami. Proszę się skupić. Bezpośrednio i naturalnie. Kamera. Klaps. Nauczycielka po drugie.
– Nazywam się Agnieszka Lidlowa. Już czternaście lat uczę w miejscowej dziewięciolatce. Uczniowie z mej klasy uratowali tonącego kolegę…
– Stop stop stop.
– Co się dzieje!?
– Nie mogę kamerować, bo pani nauczycielce błyszczy się nos. I są refleksy.
– No to przypudrujcie ten nos. A szybko. Uwaga. Kamera. Klaps. Nauczycielka po trzecie…
– Nazywam się Lidleszka Agnieszkowa…. Przepraszam, ja wiem, że się nazywam Agnieszka Lidlowa…
– No, każdemu się może zdarzyć, prawda? Pani nauczycielka się już nam nie pomyli, dobrze? No to kamera. Jedziemy. Naucz po czwarte.
– Już czternaście lat nazywam się Agnieszka Lidlowa…
– Halo, droga pani! Dlaczego stoimy?! Domówiliśmy się przecież, że nagrywamy! I uśmiech proszę. Ale nie tak sztucznie! Naturalnie, od siebie. Kamera! Klaps. Naucz po piąte.
– Nazywam się Agnieszka. Już dziewięć lat uczę się na tutejszej czternastolatce. Uczniowie z mej klasy uratowali tonącego przewodniczącego Rady Miejskiej. Antosia Milczka. Naszym tańczącym kółkiem wybudujemy boisko za szkołą. Nasz …
– Stop. Zapomniała pani powiedzieć o tym przeglądzie talentów w Dreźnie.
– Szefie, siadają mi baterie w kamerze. Trzeba się zmieścić w czasie..
– Trzymajmy się tematu. Nazwiska radnego niech pani nie wymienia. Nie ważne jak się nazywa. Kamera. Klaps. Naucz po szóste.
– Nazywam się Antoni Milczek. I uczestniczę
w zbiórce leczniczych inspektorów na tonącym boisku. W tym roku zbudujemy kółko taneczne Rady Miejskiej w Dreźnie. Bardzo nam w tym przedsięwzięciu dopomoże patronat miejscowej wieloletniej Straży Pożarnej, Lidlowa Agnieszka.
Stop. Dla mnie dobre. Nawet bardzo. No to montujemy i… załatwione.
Po transformacji zagraniczne ośrodki nadawcze przestały być inwazyjne. Technologia wyeliminowała to moje wsłuchiwanie się i podglądanie definitywnie. Aż się dołączam do tego głośnego protestu, że „tęskno mi za tobą Czechu”… i Czeszko. W zamian mam coś bardziej współczesnego, i niechcianego. Polski spam. Reklamę wchodzącą mi w koncert bachowski. Dlatego tęskno mi… „stiska se mi…”

 

- reklama -