Powojenne Czechowice i Dziedzice we wspomnieniach Tadeusza Kucharskiego

0
365

Na początku tego roku do siedziby Towarzystwa Przyjaciół Czechowic-Dziedzic dotarła z Warszawy przesyłka. W środku znajdowało się kilkanaście kartek ze wspomnieniami Tadeusza Kucharskiego, absolwenta Liceum Ogólnokształcącego w Dziedzicach. Potem zaczęły przychodzić listy z kolejnymi tekstami. Okazało się, że w tych materiałach jest mnóstwo informacji o powojennym życiu w Czechowicach i Dziedzicach. Wynotowałem dla Państwa kilka i pozwolę sobie je przytoczyć:

„Gdy zamieszkałem z rodzicami w Dziedzicach, moja matka złożyła wizytę (z moim udziałem) przeorowi klasztoru Ojców Jezuitów w Dziedzicach. Przeorem był o. Marian Kuśmierz, jeden z pięciu braci Kuśmierzów, którzy pełnili służbę bożą w Zakonie Jezuitów. Przeor był zaprzyjaźniony z ojcem Feliksem Lasoniem, bratem matki, który od 1938 roku był w Rzymie, jako kierownik polskiej sekcji Radia Watykańskiego. Przeor był dla matki uprzejmy. Ale wkrótce zastrzegł się, że nie będzie mógł udzielać naszej rodzinie pomocy materialnej… natomiast klasztorny refektarz będzie zawsze dla nas otwarty i gościnny. Matka nigdy nie skorzystała z tej gościnności, natomiast ja z młodszą siostrą byliśmy stałymi stołownikami w jezuickim refektarzu”.
„W tym czasie w Dziedzicach działał PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny). Z tego powodu dworzec kolejowy był niesłychanie przeludniony. Ciągle przyjeżdżały tu z Zachodu – przez Katowice i Zebrzydowice – pociągi z pasażerami nie z tych ziem, głównie w mundurach żołnierzy alianckich (bez emblematów) i w obozowych pasiakach. Wąskie perony dziedzickiego dworca były zawalone wielkimi tobołami, przywiezionymi przez tych pasażerów i pozostawione bez opieki. Tu był dla wszystkich przyjezdnych koniec podróży zorganizowanej. Teraz przybysze samodzielnie rozjeżdżali się po kraju, czekając nieraz wiele dni na środek transportu. Szwendałem się po tych przeludnionych peronach, bo dzieciom łatwo zdarzały się tu prezenty, zwłaszcza od byłych żołnierzy Andersa, w postaci konserw UNRA, głównie słodka konina. Później dowiedziałem się, że wśród tych przyjezdnych w obozowych pasiakach był Stanisław Dutka, przedwojenny nauczyciel i działacz harcerski w Dziedzicach. Któregoś dnia po mieście rozniosła się wieść, że w restauracji dworcowej „przyjmuje” sławny jasnowidz Mustafa, wracający z niemieckiej niewoli do Warszawy. Zaraz okazało się, że jest więcej chętnych dowiedzenia się, co jeszcze niezwykłego może  ich spotkać po tym, co przeżyli w czasie wojny, niż amatorów Eintopfu wojennego gulaszu serwowanego w tym lokalu… Matka należała do kręgu kulturowo-religijnego, w którym nie wierzy się we wróżby, ale za małe pieniądze zawsze warto je poznać. Dzięki temu dostąpiłem zaszczytu osobistego poznania legendarnego ponoć wróżbity… ujął mnie za nadgarstek, zajrzał mi w oczy i przyglądał się dłuższą chwilę, jakby szacując moją witalność, po czym orzekł, że dożyję trzydziestu lat… (dziś Tadeusz Kucharski ma 92 lata i cieszy się niezłym zdrowiem). Po opuszczeniu obleganej przez gawiedź restauracji, matka – wyraźnie załamana – pocieszała mnie, że takie wróżby prawie nigdy się nie sprawdzają. (…) matka pod wpływem Hiobowej wróżby Mustafy, postanowiła zerwać z górniczą tradycją w rodzinie Kucharskich (ojciec T.K. pracował na kopalni „Siersza” w Trzebini i na kopalni „Silesia” w Czechowicach). Dowiedziała się, że w Pszczynie, odległej 8 kilometrów od Dziedzic, są zapisy do gimnazjum i mnie tam wysłała”. 
„Myślałem, że harcerstwo jest ważne (…), więc stałem się jednym z pierwszych druhów dziedzickiej drużyny. Jej harcówka znajdowała się dość blisko mojego domu, tuż przy torach kolejowych do Katowic, więc dość często ją odwiedzałem. Była spuścizną po dziedzickim Hitlerjugend-Abteilung i wymagała repolonizacji, przede wszystkim wyniesienia werbli, fanfar, proporców i portretów hitlerowskich dostojników i wzbogacenia pomieszczeń harcówki polskim sprzętem skautowym. Brakowało rąk do pracy, bo rekrutacja druhów była bardzo powolna. Drużynowy Czylok, chcąc ją przyśpieszyć, a przede wszystkim zachęcić do harcerstwa chłopców z pobliskiej szkoły, urządził jasełka, w reżyserii Danuty Baduszkowej. „Pani reżyserka” powierzyła wszystkie role w przedstawieniu dziewczynom i chłopakom ze szkoły, oprócz roli św. Józefa, która przypadła mnie, jako najstarszemu (…)”. 
„Z Dziedzic do Pszczyny dojeżdżało ze mną kilku nowopoznanych kolegów: Londzin, Szczypka, Pustelnik, Machlowski, Matuszek, Józef Świder (kompozytor i Prorektor Akademii Muzycznej w Katowicach) i jedna koleżanka Barbara Brandt, która już w drugiej klasie zrezygnowała i dołączyła do organizatorów Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, w którym została asystentką choreografki. 
W pociągu relacji Bielsko-Katowice (i z powrotem) zajmowaliśmy (bez Basi) ośmioosobowy przedział w ostatnim wagonie trzeciej klasy. Konduktorzy nigdy nie wchodzili do tego przedziału, zakładając że wszyscy mamy bilety miesięczne. Ale któregoś dnia otrzymałem lekcję śląskiej dyscypliny… W tamtym czasie podróżni musieli zwracać kolei wykorzystane bilety. Odbierał je pracownik dworca lub stacji, często w towarzystwie milicjanta (w cywilnym ubraniu z karabinem na plecach) przy drzwiach wyjściowych z dworca. Feralnego dnia pszczyński kolejarz żadając ode mnie okazania biletu, odkrył ze zgrozą, że jeżdżę do szkoły bez biletu miesięcznego. Postanowił zaprowadzić mnie do dyrektora szkoły. (…)eskortujący mnie służbista nie żałował sił i doprowadził mnie przed surowe oblicze dyrektora Szwedy, któremu zameldował o moich nadużyciach. Dyrektor podziękował mu, a dla mnie miał tylko jedno zdanie: Już zaczęły się lekcje (więc powinienem póść do klasy). Tego samego dnia wychowawca Bulanda polecił gospodarzowi klasy, Kaziowi Popkowi, by zaprowadził mnie do fotografa. Mogłem skorzystać za darmo z usługi znanej firmy „Foto-Święch” na pszczyńskim rynku. Nazajutrz wychowawca wręczył mi legitymację szkolną, zapasową fotografię i jakiś banknot, polecając bym przed podróżą powrotną wykupił na dworcu bilet miesięczny. W ten sposób moja lekcja dyscypliny przemieniła się w lekcję śląskiej rozwagi. A zapasową fotografię (jedyną profesjonalną obok fotografii komunijnej) zachowałem na pamiątkę”. 
„W 1946 roku Komenda Hufca zorganizowała obóz harcerski w Prószkowie k. Opola. Był nazywany obozem „repolonizacyjnym”, bo opolskie uważano za zniemczony region Śląska. Milicja wyposażyła kierownictwo obozu w dwa karabiny, żeby harcerze, w razie czego, mogli się bronić „przed Niemcami”. Nocne warty pełnili więc tylko członkowie starszyzny obozowej mający prawo posługiwania się bronią. Na obozie spotkałem Wieśka Bogacza, kolegę klasowego, z którym dojeżdżałem z Dziedzic. Był na obozie z matką (obozową kucharką) i kilkuletnim braciszkiem. Największą atrakcją obozu był braciszek Wieśka Bogacza, który grał na dużym akordeonie, spoza którego wystawała mu tylko część głowy. Był tak zwanym cudownym dzieckiem. (…) grał szlagiery przedwojennej Polski, takie jak, „Ta ostatnia niedziela”, „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Już nie zapomnisz mnie”. Cudowny akordeonista dawał koncerty dla obozowiczów i gości po kilka razy dziennie. Goście nagradzali jego występy gromkimi brawami, ale pewnego dnia zaczełi wołać: „Lili Marleen”, „Lili Marleen”. Stanisław Dutka, honorowy gość obozu, wyjaśnił, że ludzie z Prószkowa domagają się bisowania tej melodii. Przy okazji opowiedział jak poznał ten szlagier Marleny Dietrich. W obozie, w Dachau, niemieccy więźniowie, na złość esesmanom śpiewali tę pieśń, którą hitlerowcy źle tolerowali. Mały Bogacz zagrał tę rzewną melodię i został nagrodzony długotrwałymi brawami. Nocni wartownicy już dawno przestali wychodzić na wartę z karabinami, a wielu obozowiczów doskonale porozumiewało się z prószkowiankami. Kiloro z gości zostało zaproszonych na pożegnalne ognisko. Gdy na ognisku mały Bogacz zaczął grać melodię „Lili Marleen” liczni goście z Prószkowa włączyli się ze śpiewaniem tego wielkiego przeboju. To był piękny koncert pożegnalny”. 
cdn.
Bibliografia:
Kucharski T., Sześć lat u Chrobrego [w:] „Strony Ziemi Pszczyńskiej” nr 8-14 z lat 2022-2023
Zdjęcia i dokumenty ze zbiorów Tadeusza Kucharskiego oraz Zbigniewa Zająca.