Aron Chmielewski: Wciąż czerpię radość z gry

0
140
- reklama -

Hokej to w Polsce niszowy sport, a jednak w zespole mistrza Czech potrafi zagrać trzech reprezentantów Polski. To niezwykłe uczucie – mówi Aron Chmielewski, napastnik HC Oceláři Trzyniec, który w barwach śląskiego klubu występuje od 2014 roku i z którym zdobył dwa tytuły mistrzowskie. W marcu rozpoczyna rywalizację o kolejne „złoto”. 

Marcin Mońka: Kibice wrócili na trybuny hokejowych hal w takiej liczbie, że wreszcie słychać porządny doping. Tęskniłeś za grą w tej atmosferze, o jakiej przez ostatnie dwa lata mogliście tylko pomarzyć?

Aron Chmielewski: Nie gramy dla własnej przyjemności, czy po to, by poczuć się dobrze. Gramy, ponieważ chcemy sprawiać ludziom radość, dostarczać im emocji i fajnych przeżyć. I cieszyć się wraz z kibicami ze sportowego święta, jakim potrafi być dobry mecz hokejowy. To był naprawdę smutny widok, gdy przez długie miesiące rywalizowaliśmy przed pustymi lub niemal pustymi trybunami. I choć pewnie kibice oglądali mecze w telewizji czy internecie, to jednak nie docierały do nas ich emocje i energia, która towarzyszy żywemu spotkaniu z fanami w hali. Pozostaje sobie życzyć, aby teraz już wszystko podążało w dobrą stronę i aby sportowcy zawsze mogli dla kogoś grać. 

Czy wygrywanie może się znudzić? W ostatnich latach zdobywaliście mistrzostwo Czech, a i w obecnym sezonie też pewnie chcecie powalczyć o złote medale.

Wygrywanie raczej się nie nudzi, w końcu po to gramy, aby wygrywać. Podobnie jak w każdej innej aktywności również i w hokeju może wkraść się rutyna albo zbyt wielka pewność siebie, która niejednego sportowca już zgubiła. Z naszej trzynieckiej perspektywy wygląda to tak, że nie można lekceważyć żadnego przeciwnika. Czeska Ekstraliga jest bardzo wyrównana, i tutaj każdy może wygrać z każdym. Dlatego trzeba mieć zawsze dobrze nastawioną głowę. I być skupionym na grze i na celu, jakim jest wygrana.

Jak jednak sprawić, aby w głowie panowała pełna koncentracja? W sezonie, trwającym od września do kwietnia, gracie przecież kilkadziesiąt spotkań, czasami nawet kilkanaście meczów w miesiącu.

Oczywiście, że jest to ciężkie. Jednak nieustannie trzeba mieć świadomość, po co to wszystko się robi. Mamy rodziny, więc grając w hokej zarabiamy na ich utrzymanie. Szalenie ważną motywacją jest radość, jaką mimo upływu lat można czerpać z gry. Zdarzają się rzecz jasna sytuacje, gdy na jakimś meczu nie czuję się w pełni skupiony. Wówczas pomaga mi jakiś element gry, np. gdy zawodnik drużyny przeciwnej wejdzie ostro ciałem albo próbuje mnie wyprowadzić z równowagi. To taki moment, w którym automatycznie włącza mi się adrenalina. To jeden z lepszych sposobów na pobudzenie w mniej energetycznych meczach (śmiech).

Otwarcia sezonu 2021/2022 nie miałeś najlepszego, bo znów na początku rozgrywek przyplątała się kontuzja. Na szczęście udało się wyjść ze zdrowotnej opresji stosunkowo szybko.

Byłem do sezonu dobrze przygotowany, czułem się bardzo dobrze, w pierwszym meczu Ekstraligi zdobyłem bramkę, a dosłownie za moment przytrafiła się kontuzja. Natychmiast w głowie pojawiła się myśl o powtórce sprzed roku, gdy także problemy ze zdrowiem wykluczyły mnie z gry na jakiś czas. W takich sytuacjach można popaść we frustrację – ledwie wyleczyłem kostkę, a tu naraz kontuzja ramienia. My jednak tak łatwo się nie poddajemy – trzeba było stanąć na nogi i wrócić silniejszym. I choć ominęło mnie trochę ligowych spotkań, to jednak powrót miałem udany, jestem produktywnym graczem, cieszy mnie, że zespół wygrywa, a ja strzelam bramki, notuję asysty, pomagam w odnoszeniu zwycięstw.  

W barwach trzynieckich Stalowników grasz od 2014 roku, czyli ósmy sezon. Czujesz się mentorem w szatni?

Nigdy tak do tej sprawy nie podchodziłem. W zespole wciąż pojawiają się nowi zawodnicy, a graczy z tak długim stażem jest w szatni chyba czterech. Nie czuję się z tego powodu jakoś specjalnie wyjątkowo, i mimo dużego stażu wciąż staram się odnajdywać w sobie świeżość do gry. Klub jest przecież takim zakładem pracy, ja pracuję w nim już długo i robię wszystko, by rutyna mnie nie przytłaczała i gasiła. 

A jak wygląda Twoja sytuacja w klubie? Po sezonie kończy Ci się kontrakt.

Trwają rozmowy na temat mojej przyszłości. Cieszę się ogromnie, że jestem częścią tego klubu i w jakimś stopniu przyczyniam się do dobrych wyników, jakie osiągamy. Mam nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie i będę mógł zostać w Trzyńcu na kolejny sezon. 

Pewnie na pytanie o cel w rundzie play off odpowiesz, że jest nim obrona mistrzowskiego tytułu. Zatem kto będzie największym rywalem w walce o złote medale?

Zdecydowanie najgroźniejszy jest zespół Mountfield Hradec Králové. Mają znakomicie poukładany zespół, od tyłu do przodu, tak jak zawsze mieliśmy my, czyli od bramkarza, poprzez defensywę i kończąc na ataku. Mają bardzo dobrego golkipera, świetną obronę, grającą twardo i doskonale blokującą strzały, ciężko się przeciwko nim gra. Z nimi mamy zawsze trudne mecze, a ja choć bardzo takie spotkania lubię, to jednak mam świadomość, że to ekipa jakby skonstruowana specjalnie na play-offy. Liczę, że zarówno oni jak i my dojdziemy do finału, ponieważ w całym sezonie zasadniczym byliśmy najlepszymi zespołami w lidze. I tam dopiero się rozstrzygnie, kto jest lepszy.

Po sezonie zasadniczym zapewniliście sobie udział w kolejnej edycji Champions Hockey League. W ostatnich sezonach te rozgrywki nie były dla Was szczęśliwe. Bo albo zostały w czasie pandemii odwołane, albo szybko traciliście szanse na wyjście z grupy. Europejskie rozgrywki mocno rozpalają hokejowe głowy, tak jak w futbolu, czy jednak nieco mniej?

Nie porównywałbym tych rozgrywek do piłkarskiej Ligi Mistrzów, a zarazem podkreślam, że nie są to rozgrywki bez znaczenia. Champions Hockey League wciąż pracuje na swoją renomę. 

Ze względu na pandemię koronawirusa wokół CHL panował lekki chaos, być może stąd nasze słabsze wyniki w ostatniej edycji. Jednak nie jest to wytłumaczenie – staramy się na każdym froncie grać na sto procent możliwości. Mnie awans do tych rozgrywek ucieszył i sądzę, że klub będzie chciał osiągnąć w nadchodzącej edycji sukces. Zobaczymy jednak do jakiej grupy trafimy, w jakiej formule będziemy tę ligę rozgrywać, czy wpływ na rozgrywki będą mieć sprawy nie związane bezpośrednio z hokejem. 

Przez dobrych 7 lat byłeś takim „polskim rodzynkiem” w barwach Stalowników. Od tego sezonu w składzie zaczęli pojawiać się jednak koledzy z reprezentacji Polski, na co dzień występujący w farmerskim klubie z Frydka-Mistka – Filip Komorski, Alan Łyszczarczyk i Bartosz Ciura. Takie mecze wyzwalają dodatkowe emocje?

To ogromna radość dla nas. Lubię telefony, gdy chłopaki dzwonią z wiadomością, że dostali nominację do składu Oceláři na najbliższy mecz. A ja zawsze się cieszę, że dostali szansę. Mieli ich na razie kilka. Zresztą trzymam za nich kciuki od samego początku, gdy tylko dołączyli do farmerskiej drużyny we Frydku. W pewnym sensie przecierają również moje szlaki, bo przecież trochę czasu na lodzie we frydeckiej hali Polarka spędziłem. I wiem, jak trudne jest przebicie się do ekstraligowego składu. A gdy w meczu Stalowników z Karlowymi Warami udało mi się zagrać do Filipa tak, by ten strzelił swojego debiutanckiego gola w Ekstralidze, to aż mi się łezka w oku zakręciła, bo widziałem jego radość. To fajne również z tego powodu, że hokej to w Polsce niszowy sport, a jednak w zespole mistrza Czech potrafi zagrać trzech Polaków. Zresztą zaraz po meczu z Warami odebrałem sms od słowackiego trenera polskiej reprezentacji – Róberta Kalábera, który zapytał mnie, co się w ogóle dzieje: Słowacja zdobywa medal w hokeju na Igrzyskach Olimpijskich, a trójka Polaków pomaga w ligowym zwycięstwie 7:0 ekipie Stalowników (śmiech). 

Myślisz, że formacja ataku z Tobą, Filipem Komorskim i Alanem Łyszczarczykiem byłaby możliwa?

Dlaczego nie. Chłopaki wprawdzie dopiero zaczynają w Trzyńcu i na pewno przed nimi jeszcze trochę pracy, bo sam doskonale pamiętam ten przeskok z polskiej ligi do czeskiej Ekstraligi, jednak nie ma rzeczy niemożliwych. Ja w każdym razie widziałbym taki atak w barwach Oceláři, musiałby  zobaczyć go przede wszystkim trener. 

Myślisz, że koledzy z reprezentacji mogą zagościć na dłużej w drużynie z Trzyńca?

W tej chwili nasze rozważania mogą bardziej przypominać wróżenie z fusów. Po sezonie w Trzyńcu pojawi się nowy trener, zapewne więc będą zmiany w kadrze zespołu. Dla chłopaków to jednak może oznaczać nowe otwarcie, bo przecież ich gra może przypaść do gustu nowemu szkoleniowcowi. Tak naprawdę wkrótce rozpocznie się nowa era Oceláři, z zupełnie nowym sztabem szkoleniowym. Myślę, że chłopaki powinni jeszcze zostać i dać sobie szansę, choć z pewnością nie będzie to łatwe. Pozostaje jednak mieć wiarę, że się im powiedzie.

Wywołałeś temat nowego trenera – a zatem jak zareagowałeś na informacje, że Václav Varaďa  po zakończeniu tego sezonu rozstaje się ze Stalownikami?

O tym wszystkim, co w dalszej perspektywie nas czeka, staram się jeszcze nie myśleć. Koncentruję się na tym sezonie, aby szczęśliwie, w zdrowiu i z sukcesem dograć go do końca. Bo przecież najważniejsza jego część, czyli faza play-off, dopiero przed nami. Wszyscy skupiamy uwagę na tym, aby zdobyć kolejny tytuł mistrza Czech. Trener Varaďa podjął taką życiową decyzję, i nawet gdybym chciał, to i tak ciężko byłoby mi ją oceniać. My jesteśmy tylko zawodnikami, więc tak naprawdę zmienia nam się szef. O tym wszystkim, jak będzie chciał grać nowy trener, dowiemy się w czasie przygotowań do nowych rozgrywek. Oczywiście, że wciąż gdzieś z tyłu głowy krążą myśli związane ze zmianami, które pewnie w drużynie nastąpią, ale póki co trzeba się od nich odciąć na tyle, na ile się da. 

Masz swoich ulubionych szkoleniowców?

Zawsze staram się mieć respekt dla ich decyzji i zadań, jakie przede mną stawiają. Taka jest w końcu nasza rola – przypominamy pionki, które sztab trenerski układa, by jak najlepiej funkcjonował cały zespół. Nowy trener w klubie zapewne pojawi się z nową wizją gry i trzeba będzie się do niej dostosować. 

Ja zresztą zbyt wielu trenerów nie znam, choć z kilkoma spotkałem się w Trzyńcu. Jednak spośród wszystkich szkoleniowców, z którymi dotychczas pracowałem, chyba ulubionym był Tomek Valtonen, który trenował nas w kadrze narodowej. Był świetnym trenerem, dobrym człowiekiem i kolegą, który cieszył się ogromnym szacunkiem wśród graczy. Taką pozycję jest sobie zawsze ciężko wypracować, a on potrafił ją osiągnąć wśród wszystkich zawodników. Po jego rozstaniu z reprezentacją było nam przykro, bo doskonale się z nim rozumieliśmy, sprawiliśmy dużą niespodziankę, eliminując Kazachstan, i to w dodatku na ich terenie, z walki o Olimpiadę. W dobrych kontaktach z trenerem Valtonenem pozostaję jednak do dziś.

Kadry narodowej nie prowadzi już Tomek Valtonen, lecz Róbert Kaláber. Po dwóch latach przerwy reprezentacja znów zagra na mistrzostwach świata, a turniej odbędzie się w Polsce. Chyba nikt nie wyobraża sobie sytuacji, abyście w kwietniu nie awansowali na zaplecze światowej elity.

Nowy trener ma swój schemat gry i pomysł na reprezentację, a nam nie pozostaje nic innego, jak się do jego pomysłów dostosować, w końcu każdy chce jak najlepszych wyników tej kadry. Czekamy już bardzo na te mistrzostwa świata, i gorąco wierzę, że potwierdzimy w nich dobrą grę w ostatnich latach. I rzecz jasna nie myślę o niczym innym niż o awansie. Żałuję niestety, że te mistrzostwa odbywają się w kwietniu, bo istnieje realnie niebezpieczeństwo, że mogę nie dotrzeć na turniej. Wszystko dlatego, że lepsze ligi grają do maja, a w sytuacji, gdy Oceláři awansują do finału mistrzostw Czech, mój udział w kadrze stanie pod znakiem zapytania. 

Zawsze jednak może powtórzyć się scenariusz sprzed 3 lat, gdy w niedzielny wieczór zdobywasz mistrzostwo ze Stalownikami, a następnego dnia jesteś już na mistrzostwach świata z reprezentacją.

Rzeczywiście, w niedzielny wieczór po ostatnim meczu z Libercem wznosiłem w górę mistrzowski puchar z kolegami z trzynieckiej drużyny, aby w poniedziałek o godz. 15 rozpocząć mecz w reprezentacyjnym trykocie na lodowisku w Budapeszcie przeciwko Słowenii. Teraz droga byłaby bliższa, bo mistrzostwa odbędą się w Polsce, jednak nie wiadomo czy sztab reprezentacji będzie dla mnie trzymać miejsce. Oczywiście zakładam scenariusz, w którym Oceláři gra finał, w co oczywiście mocno wierzę. 

Żałujesz, że turniej mistrzostw świata nie odbędzie się katowickim Spodku, lecz na lodowisku w Tychach?

Myślę, że to rozwiązanie jest związane z obostrzeniami, pewnie i tak nie można byłoby wypełnić całego Spodka publicznością. A granie przy częściowo wypełnionej widzami dużej hali, jaką jest obiekt w Katowicach, też nie jest komfortowe. Sam Spodek w Katowicach wspominam bardzo dobrze z roku 2016 i mistrzostw świata zaplecza elity, gdy na naszych meczach pękał w szwach. Myślę jednak, że nawet w mniejszej hali publiczność będzie nas dopingować, a my zrewanżujemy się jej dobrą i skuteczną grą.

 

- reklama -