Miłość w korporacji – część 23

0
366
arch. SPOT

Meredith.

„Poruszała się jakby w zwolnionym tempie, nic nie robiąc gwałtownie lub w pośpiechu. Była zjawiskowo piękna. Luksusowo wysoka. Poruszała się pewnie, posługując się swobodnie całym anturażem zmysłowości, zarówno w sferze rekwizytów jak i archetypicznych zachowań. Gdy swobodnie wdarła się w jego intymną przestrzeń, zatrzymała ciało. Rozchyliła usta. Powiększyła nieco źrenice. Zanurzyła go w blasku swoich oczu. Ciemnych jak dusza pięknej kobiety, głębokich jak ludzkie emocje.
Ocknął się w pozycji embrionalnej u jej stóp. Podniósł głowę. Była wysoko, bardzo wysoko, osadzona na nogach sięgających nieba, tylko dla niepoznaki przybierających po drodze postać bioder, talii, piersi, niespodziewanie łącząc się w jedną szyję, na której osadzony został ósmy – zawierający świadomość – cud świata. Zdążył pomyśleć, że to dziwne, że nogi mogą mówić.

Spojrzała na niego z wysokości pytając:
– Więc jak… Janusz?
Ostatkiem sił zerwał się na równe nogi i uciekł zatrzaskując dębowe drzwi.’

©

- reklama -

Meredith stała przed lustrem.
– Kim ja jestem? – zapytała się sama siebie w myślach.
Usta nabrzmiały w oczekiwaniu na cover. Wybór padł na ciemną, winną czerwień. Matowa, gęsta, szczelnie pokryła stworzone do tego usta, wydobywając je kontrastem z nieco bladej karnacji. Następnie luksusowe linie włoskiego makijażu nadały jej twarzy zmysłową
i hipnotyzującą głębię.
– Jestem suką –
Uśmiechnęła się. Jak pięknie jest móc wypowiedzieć te słowa, będąc pełną akceptacji wobec siebie samej. Nie dbała o to, co pomyślą inni. Chociaż, gdyby była naprawdę ze sobą szczera, to posunęłaby się jeszcze dalej.
– Chcę, żeby tak o mnie myśleli –
I ta myśl była świeża. Tak prowokowała, tak się ubierała, tak zachowywała, żeby jak największa ilość szaraczków ją nienawidziła. Chciała, żeby myśleli o niej w ten sposób. Jednocześnie jej uroda, jej inteligencja i wynikająca z nich pozycja zawodowa gwarantowała nienaruszalność. Mężczyźni tracili przy niej rozum i samodzielność myślenia. Była planetą, wokół której krążyły męskie satelity, w tym te wysoko postawione, od których zależały decyzje, pieniądze i kariery.
Traktowała ich instrumentalnie. Wykorzystywała do granic możliwości i … trzymała nadal na orbicie. „Są jak zwierzęta” – to zaszczepione przez matkę przekonanie towarzyszyło jej odkąd pamiętała i jakoś zawsze trafnie opisywało rzeczywistość. Zapewne matka usłyszała to od babki, a ta od swojej matki i gdzieś jakaś praprzyczyna tego stanu rzeczy miała swój zapomniany początek w przeszłości.
Dokończyła makijaż. Jeszcze tylko Oliver Durbano
i cztery główne akordy otoczyły długonogą piękność: ambrowy, zwierzęcy, piżmowy oraz dymny, jej ulubiony.
– Jak długo jeszcze będę piękna? –
To pytanie towarzyszyło jej od momentu, gdy odkryła źródło swojej siły. Budziło niepokój, często zatruwając codzienność. Dla jestestwa opartego na pięknie, śmierć przychodzi zawsze wcześniej, powoli, krok po kroku, na długo zanim przestanie bić serce.
Oplotła swoje ciało prostą, aczkolwiek stylową „Lady in red”, która Intencjonalnie odsłoniła jej długie nogi, zakrywając wysoką stójką sam dekolt. Sukienka opadała, wydobywając wciąż idealne kształty ukryte w czerwonym spektrum.
Eliminowała wszystkie kobiety w otoczeniu, które stanowiły dla niej zagrożenie. Była tylko jedna, którą tolerowała. Mężczyźni odwracali się za Leną równie często, jak za Meredith, lecz ich spojrzenia były nieco dłuższe
i głębsze; sięgały gdzieś poza cielesne piękno i znajdowały dziecięcą wrażliwość. Lecz Meredith nigdy nie była o to zła; traktowała ją jak młodszą siostrę, jak członka rodziny; nigdy jako zagrożenie.
– Kim będę jak przestanę być piękna? –
Lustereczko a raczej pokaźnych rozmiarów lustro nie odpowiedziało na żadne z zadanych mu pytań. Meredith ujmując do ręki czarną skórzaną torebkę z aligatora, wyszła z toalety i podążyła do korporacji.

©

Grażyna.

„Będę jak Sharon” – pomyślała wyobrażając sobie siebie, jak zakłada nogę na nogę, będąc bez bielizny wierzchniej dolnej, czyli majtek po prostu i w owej chwili do spełnienia brakowało jej tylko jednego – obiektu pożądania.
Zdesperowana podniosła głowę i spojrzała ponad boksami zalegającymi korporację, gdzie pracowała. Risercz był krótki „Niech będzie pierwszy jaki się napatoczy” – pomyślała – żadnego wykluczania społecznego, no i tym pierwszym okazał się Janusz z naprzeciwka, box
w box, ciało z ciałem, psycha z psychem; anonimowy towarzysz korporacyjnej niedoli. Co prawda nieznaczny wąs Janusza rozkręcił niepokojącą fantazję, że mógłby ją posiąść w skarpetkach uwięzionych w sandałach. Na szczęście kubek latte obecny na Januszowym blacie rozgonił dysonans i ukoił obawy.
„On ciż to on” – taka lamerska myśl jej przeszła przez głowę i zdecydowała, jak przystało na nowoczesną kobietę w ponowoczesnym świecie – „bzyknę go w kanciapie”.
Uniosła się modelując ruchowo wyobrażeniem
z „Nagiego instynktu”. Będę jak Sharon: wyzwolona i pewna siebie. – pomyślała unosząc się ponad poziom boxów.. Lecz przed tym, poczęstowała Janusza namiętnym spojrzeniem i skinęła mimiką w stronę kanciapy dając do zrozumienia okoliczności przyszłego spotkania.”

©

Grażyna stała przed lustrem.
Dotychczas własną kobiecość traktowała marginalnie, żyjąc w rzeczywistości, gdzie ważne było społeczne zaangażowanie.
Na świecie jest tyle słusznych spraw wymagających działania – myślała – tyle okazji do opowiedzenia się po właściwej stronie. Mogła godzinami opowiadać
o patologiach, które generowały niesprawiedliwość, biedę i zbliżającą się katastrofę całej planety.
Jednak przestała być sama. Nawet teraz, przed lustrem, obok niej stał – przynajmniej symbolicznie – Janusz. Opanowało ją po raz pierwszy w życiu poważne uczucie do mężczyzny. Czuła się po raz pierwszy w życiu piękna. Czuła się po raz pierwszy w życiu kochana. Poczuła, że jej stanem naturalnym jest układ dualny, gdzie na przeciwległych krańcach są połówki, usiłujące się połączyć
w jedną idealną całość.
– Odnaleźliśmy się na tym wielkim świecie – pomyślała, a całe jej ciało zadrżało na tą elektryzującą myśl, na niezwykłą historię, w której rządzi przeznaczenie.
W kwestiach kobiecości była świadkiem własnego debiutu. Robiła to z pewną nieśmiałością, nieco niezręcznie, bez skracających działanie nawyków. Każda decyzja wymagała dłuższego namysłu.
Otworzyła szafę.
– Sukienka wybrana dla Niego? Ale jaka? –
Na szczęście dla niej, nie było wielkiego wyboru. Nie miała czasu żeby nadrobić wieloletnie zaległości. Kochała od niedawna, zaledwie kilka dni, więc wybierała kierując się intuicją. Sukienka była skromna w formie i treści. Prosta i nienachalna. Odsłaniała jej ramiona, wydobywając na powszechny widok różę, która była jedynym znakiem, że kobiecość Grażyny nigdy się nie poddała.
– Szminka? Wypada? –
Karminowa, lekko kremowa, nawilżająca nuta pokryła jej usta, wraz z mokrym połyskiem.
– Nie mogę przesadzić – pomyślała z rozbawieniem – to w końcu przestrzeń korporacji.
– Zapach? –
Zastosowała coś czystego, świetlistego, krystalicznego i rześkiego. Jednak niespodziewanie, mieszanka mandarynki, brzoskwini, melona i jaśminu uwolniła na Grażynie nieco korzenne aromaty, jakby wyszła
z pomieszczenia, gdzie przez wiele godzin opalano ją woniami aromatycznych kadzideł. Nadało jej to nutę tajemniczości, której nie zapewniłyby rześkie, lecz nieco banalne cytrusy.
Tak więc debiutantka w kwestiach miłości, otulona
w prostą, nieco demaskującą sukienkę, otoczona cięższymi paletami korzennych bukietów, poderwała torebkę i udała się w stronę środka komunikacji miejskiej, celem dotarcia do korporacji.

©

Lena.

„Była niewątpliwie piękna. Źródłem tegoż piękna było ciało i osobowość, lecz to, co stanowiło jądro atrakcyjności, to niezwykłe dopracowanie i perfekcyjna oprawa. To jakby wewnętrzny wulkan kobiecej energii, gejzery dzikości i pożądania, strumienie pragnień i fantazji – jakby to wszystko zostało uregulowane i uchwycone, oswojone i osiodłane, dopięte na ostatni guzik, zakute w gorset – społecznego przystosowania, norm i regulacji, procedur i wytycznych, zaleceń pokontrolnych i zasad savoir-vivre, dekalogu korporacji lub być może nawet łańcuchów wewnętrznej samokontroli.
Lena Brzęczek ubrana była w klasyczną garsonkę koloru szarego grafitu, uszytą z materiału, który nie ulega gnieceniu i mechaceniu. Z tym, że słowo „mechacenie” nabrało natychmiast innego charakteru i oderwało się od pierwotnego materiałowego znaczenia, wypełniając Januszową duszę odgłosami stękania, miętolenia
i tarmoszenia. Garsonka kontrolerki składała się z dwóch części: żakietu i sukienki. Ten pierwszy był krótki, dopasowany w pasie oraz szczęśliwy, że może się dostrajać do idealnych kobiecych kształtów. Żakiet aż piał ze szczęścia mogąc zaprezentować na biuście trzy guziki i dwie zaszewki oraz odciąć się w pasie talią podkreślaną baskinką
z zakładkami. Z zazdrością spoglądał na kolejnego bohatera – rękaw o długości ¾ zakończony poszerzającym się akuratnym i ponętnym jak koronkowe majteczki mankietem. Sukienka za to była szykowna, klasyczna
i ołówkowa. Dekolt okrągły i stanowczo zakrywający, lecz dający do myślenia. Na biuście cięcia francuskie w stylu oralnym, podkreślającym jednocześnie feministyczne zdecydowanie właścicielki. W zestawie pasek wiązany
w talii, mogący służyć do zastąpienia kajdanek przy zabawach z kaloryferem (proszę wybaczyć ale takie fantazje pojawiły się w wyobraźni Janusza). Rękawek krótki, wykończony gumką – dopasuje się do każdej grubości ręki, nawet obcej, noszącej zamiary delikatnego molestingu. Z tyłu suwak kryty, najlepiej sprawdzający się przy rozpinaniu. Szare pończochy zawieszone na pasku wpadały w czarne skórzane buty zakończone obcasami, zaprawionymi w wystukiwaniu melodii stanowczości
i równouprawnienia.”

©

Lena stała przed lustrem.
Dłużej niż zwykle. Obraz zacierał się, zacinał, przeskakując o ułamki sekund. Traktowała to jako skutek śpiączki.
– Może rzeczywiście mam uszkodzony mózg – pomyślała bez większego lęku.
Gdy percepcja wróciła do normy, otworzyła szafę.
– Dawno tu nie zaglądałam – pomyślała.
O jej przebudzeniu wiedziała tylko najbliższa rodzina, która przygotowała mieszkanie na jej powrót. Lena wypełniała je na nowo zapachami i ciepłem ludzkiej obecności.
Uśmiechnęła się do siebie samej.
– Będę piękna – pomyślała tak, jakby jej piękno było kwestią jakiejkolwiek decyzji.
Jej wzrok padł na lekką sukienkę. Wiosenną z natury.
– Mamy listopad – pomyślała przekornie wiedząc, że nic a nic nie odwiedzie jej od tego pomysłu.
Do tej pory za doradcę miała perfekcjonizm. Wertowała internet i wybierała korporacyjne uniformy, które przybywały pocztą. Wiosenne sukienki mogły ją zabić. Kwiaty, kolory, falbanki, dekloty w żadnym razie nie wchodziły w grę. Odsłanianie ciała, eksponowanie kobiecości przynosiło zawsze cierpienie szorowanych do bólu rąk i katowanie skażonego pragnieniami umysłu.
– Jeszcze tylko szminka – pomyślała i sięgnęła po puzderko z wyborem.
Delikatna, pastelowa czerwień w odcieniu nude, nienachalny matowy cynober, wyłaniał jej przebudzoną kobiecość. Nakładała go starannie, poruszając się po torze dziecięco zakrzywionych ust.
– Ja i czerwień? – pomyślała z rozbawieniem. Dotychczas unikała jej jak ognia. Jak wielu rzeczy, które mogły ją zabić.
Trzymała świat na dystans i pod kontrolą. Bliskość
z kimkolwiek – w tym z samą sobą – nie wchodziła
w rachubę. Nie kochała swego ciała i pewnie pozwoliłaby na jego marność, gdyby nie kariera zawodowa. Cechy, które izolowały ją od osobistego szczęścia, czyniły
z niej pożądanego pracownika. A to – przynajmniej w powszechnym mniemaniu – wymagało nienagannego wyglądu. Tak więc pełna pogardy i strachu wobec własnego ciała, musiała o nie zabiegać, aby utrzymać korporacyjną formę wysokiego szczebla.
Na szczęście biurowe uniformy pozwalały na totalne zakrywanie kobiecości. Jak fosa odgradzały ją od spontanicznej rzeczywistości zewnętrznych pokus.
– To ciekawe – dotarła do niej świeża myśl – ale jeszcze za życia spałam… jak zaklęta. Jak śpiąca królewna. –
Po raz pierwszy od zawsze czuła się wolną. Nie musiała myć rąk. Nie bała się swobody. Nie lękała się swojego ciała, ani jego pragnień. Zakochała się w księciu z bajki, który codziennie próbował uwolnić ją z głębokiego snu.
– Gotowe – pomyślała kończąc nakładanie delikatnego makijażu.
Cudowna lekkość powróciła. Zgasiła światło. Zamknęła drzwi i udała się na spotkanie z ukochanym.

©

– Hej –
Janusz podszedł do boksu i postawił na biurku kubek z kawą.
– Hej – powiedziała Grażyna uśmiechając się promiennie.
Za oknami panował listopadowy ziąb, lecz nic a nic nie było w stanie zakłócić świeżej wiosny, która iskrzyła na styku Grażyny i Janusza.
– Pięknie wyglądasz – powiedział Janusz.
– Dziękuję bardzo – uśmiechnęła się i lekko zarumieniła policzki.
Prosta bawełniana sukienka odkrywała nieco tatuaż. Czerwień róży nie była dzisiaj sama. Karminowa szminka wydobyła jej usta z pastelowego tła. To był jeden
z najprzyjemniejszych rodzajów zaskoczenia.
– Kobieta, którą kocham – pomyślał Janusz – okazuje się jeszcze piękniejsza z każdym kolejnym dniem naszej miłości –
Usiedli. Każde na swoim stanowisku pracy. Jeszcze przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
– Masz dzisiaj wystąpienie? – zapytała wiedząc, że za moment będzie musiał ją opuścić.
– Tak –
Janusz przez ostatnie tygodnie pracował nad raportem dotyczącym wydajności pracy w korporacji. Dzisiaj nadszedł czas prezentacji wyników przed Zarządem.

cdn.

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here