Po latach znów na śląskiej ziemi

0
378
- reklama -

Jego transfer na przełomie roku okazał się wielkim wydarzeniem nie tylko dla kibiców zespołu ze Śląska Cieszyńskiego, ale wywołał poruszenie w całej hokejowej społeczności. Wojtek Wolski ma na swoim koncie medal Igrzysk Olimpijskich, niemal pół tysiąca rozegranych meczów w NHL – najlepszej lidze świata, jednak dopiero teraz, po raz pierwszy w karierze, gra tak blisko miejsca swoich narodzin.

Jeszcze pod koniec grudnia na najstarszym towarzyskim turnieju hokejowym na świecie – Spengler Cup reprezentował barwy szwajcarskiego klubu Ambri-Piotta, do którego trafił po nie do końca udanej przygodzie w chińskim klubie Kunlun Red Star. Dzień po tym, gdy trzynieccy Stalownicy wyeliminowali z turnieju szwajcarską drużynę, Wojtek Wolski w mediach społecznościowych komentował, że w finałowej batalii będzie dopingować swoich nowych kolegów z Trzyńca. I choć do ostatecznych porozumień między napastnikiem a klubowymi włodarzami doszło właśnie w Davos, to jednak ten transfer był starannie przygotowywany już od dłuższego czasu.

Wreszcie się udało – 5 stycznia polsko-kanadyjski napastnik zadebiutował w Stalowniczych barwach, od razu z mocnym uderzeniem – w zwycięskim meczu w Karlovych Varach (2:1) zaliczył zwycięskiego gola oraz asystę. Nim po raz pierwszy zaprezentował się publiczności
w trzynieckiej Werk Arenie, zdążył jeszcze ustrzelić hattricka w Zlinie, wygranym 4:2. W następnych meczach dokładał kolejne gole. – Sam się nie spodziewałem, że mój początek tutaj będzie aż tak dobry – mówił po pierwszym meczu w Trzyńcu, gdy po trzech rozegranych meczach miał na swoim koncie już 5 strzelonych bramek.

- reklama -

Śląskie korzenie

Wojtek Wolski, choć urodził się w Zabrzu, z regionem jak dotąd niewiele go łączyło. Jego rodzice wyemigrowali z komunistycznej Polski, gdy przyszły reprezentant Kanady w hokeju na lodzie miał zaledwie dwa lata. Wraz z nimi trafił najpierw do Niemiec, a dopiero później za ocean. W swojej nowej ojczyźnie uczył się wszystkiego, tam też po raz pierwszy jeździł na łyżwach. To, że został hokeistą, nikogo nie dziwi. – W Kanadzie każdy chce nim zostać – mówi. Grać próbował też jego starszy brat, jednak to Wojtek stał się zawodowym graczem, i trafił do najlepszej ligi świata, kanadyjsko-amerykańskiej NHL.

W kraju nad Wisłą po raz pierwszy zrobiło się głośno o Wojtku Wolskim, gdy dość nieoczekiwanie trafił do… polskiej ligi hokeja pod koniec 2012 roku, gdy rozgrywki w USA i Kanadzie zostały zawieszone. Wówczas przez dwa miesiące występował w klubie z Sanoka, przebąkiwano nawet o grze w reprezentacji, na przeszkodzie stanęły jednak przepisy, zobowiązujące przyszłego reprezentanta do dwuletniego okresu gry w rodzimej lidze. Gdyby wtedy przywdział biało-czerwony trykot, pewnie nigdy nie zagrałby na olimpiadzie, i nie osiągnąłby największego sportowego sukcesu w życiu – brązowego medalu Igrzysk w 2018 roku, wywalczonego z reprezentacją Kanady.

Teraz, po raz pierwszy w karierze, gra w zespole, którego hala znajduje się niecałe 100 kilometrów od miasta swoich urodzin. Ojciec Wojtka Wolskiego urodził się niedaleko Koszalina, urodzoną Ślązaczką jest mama hokeisty. Gdy rozmawialiśmy po pierwszym występie napastnika w trzynieckiej Werk Arenie, bardzo cieszył się na spotkanie z babcią, którą miał odwiedzić następnego dnia. – Babcia ma 90 lat, i jest ogromnie szczęśliwa, że wróciłem na Śląsk. Też bardzo się cieszę, że mogę teraz ponadrabiać przynajmniej część rodzinnych zaległości, bo przez lata kariery nie miałem możliwości, by być bliżej rodziny w Polsce – przyznawał. Pokonanie dystansu dzielącego Trzyniec od Zabrza nie jest żadnym problemem dla zawodnika, który jeszcze niedawno występował w chińskim klubie Kunlun Red Star, grającego na co dzień w rosyjskiej lidze KHL, którego gracze regularnie pokonują po kilka tysięcy kilometrów, by dotrzeć na mecz.

Kariera

Gdyby nie wyjechał z Polski, zapewne grałby w futbol, tak jak jego kuzyn Sebastian Mila (mama piłkarza i tata Wojtka to rodzeństwo). Jednak w Kanadzie każdy młody chłopak o każdej porze dnia i nocy gra w hokej, i nie inaczej było z Wojtkiem. Najpierw trenował na placu za domem, potem pojawił się pierwszy klub, pierwsze zajęcia, pierwszy trener. Był nim Jari Byrski, z którym Wojtek Wolski utrzymuje kontakt do dziś. Mozolnie pokonywał kolejne przeszkody i własne niedoskonałości, by w końcu otworzyło się przed nim hokejowe niebo, jakim jest gra w NHL.

I wreszcie, w sezonie 2005-06, rozegrał pierwsze spotkania w barwach Colorado Avalanche. Z tym klubem był związany przez pięć kolejnych lat, później reprezentował jeszcze barwy Phoenix Coyotes, New York Rangers, Florida Panthers oraz Washington Capitals.
W najlepszej lidze świata rozegrał 451 spotkań, zdo-
bywając w nich 99 goli.

W 2013 roku zdecydował się na zmianę nie tylko hokejowego środowiska, i przeniósł się do rosyjskiej ligi KHL, podpisując kontrakt z zespołem Torpedo Niżny Nowogród. W kolejnych latach reprezentował też barwy Mietałłurg Magnitogorsk i Kunlun Red Star.
W sumie w rosyjskiej lidze zagrał w 270 meczach. Wielu kibiców hokeja pamięta szczególnie jeden z nich, w październiku 2016 roku, gdy w meczu Magnitogorska z Astaną doznał fatalnie wyglądającej kontuzji. Po uderzeniu z pełnym impetem głową w bandę przez kilkadziesiąt sekund leżał na lodzie, nie czując ani rak, ani nóg. Część lekarzy twierdziła wówczas, że sukcesem będzie, jeśli Wojtek Wolski po długim okresie rehabilitacji zacznie chodzić, gdyż doznał złamania siódmego i czwartego kręgu szyjnego, urazu części szyjnej rdzenia kręgowego oraz wstrząśnienia mózgu. Napastnik nigdy się jednak nie poddał, a pół roku po operacji wiedział, że powrót do sportu jest możliwy. Pierwszy trening po kontuzji odbył w czerwcu 2017 roku, już w barwach zespołu Kunlun.

Trzyniec

Chiński klub odgrywa pewną rolę w przenosinach Wojtka Wolskiego na Śląsk Cieszyński. Jego barwy w tym sezonie broni bowiem dwóch graczy, związanych w przeszłości ze Stalownikami – Kanadyjczyk Ethan Werek oraz długoletni golkiper Šimon Hrubec. Gdy polsko-kanadyjski napastnik rozwiązywał w grudniu kontrakt w Chinach, to właśnie byli Stalownicy namówili go, by spróbował sił w czeskiej lidze. I choć po przylocie do Europy trenował w Szwajcarii, to jednak rozmowy z dyrektorem Oceláři Janem Peterkiem szybko przyniosły efekty. Wojtek Wolski podpisał kontrakt obowiązujący do końca sezonu 2019/2020. W Trzyńcu szybko stał się ulubieńcem kibiców, nie tylko ze względu na znakomitą, skuteczną i widowiskową grę. Fani wciąż pamiętają jego walkę o powrót po fatalnej kontuzji do normalnego życia. Sam napastnik w wywiadach niejednokrotnie podkreślał, że choć hokej jest ważny, jest jednak tylko sportem, a w życiu bywają zdecydowanie trudniejsze sytuacje, niż przegrany mecz. A Wojtek Wolski jak mało kto wie, o czym mówi.

Od początku może liczyć na wielkie kibicowskie wsparcie, nie tylko fanów ze Śląska, ale także z innych regionów Republiki Czeskiej i Polski. Przygotowali mu nawet specjalne przywitanie po jego pierwszym rozegranym meczu w Werk Arenie. Od początku bardzo pomaga mu napastnik Aron Chmielewski, z którym na co dzień może porozmawiać po polsku. – Aron jest jak mój menedżer, we wszystkim mi pomaga, odbiera telefony, ale dzielnie wszystko znosi – mówił z uśmiechem w pierwszych dniach pobytu na Śląsku. Nie składa żadnych deklaracji, choć doskonale wie, że w Trzyńcu zawsze walczy się o najwyższe cele. – Chcę grać najlepiej, jak potrafię, a gra wciąż daje mi radość. Trzyniec jest doskonałym miejscem dla gracza w moim wieku (śmiech). Dotarcie na trening zajmuje mi parę minut, nawet dalsze wyjazdy na mecze nie są problemem. Choć dla mnie NHL jest rozdziałem zamkniętym, jednak jak każdy sportowiec rywalizuję po to, by wygrywać – przyznaje zawodnik. Wojtek Wolski przyznaje, że przed nim jeszcze 2-3 lata kariery, a kibice Stalowników nie mieliby nic przeciw temu, aby ten czas się znacząco wydłużył. Oczywiście w trzynieckim trykocie.

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here