Szuflady pełne wierszy

0
12
fot. arch. Spot
- reklama -

Kiedy szukałem opinii na temat stanu współczesnej literatury w moim mieście, od zasłużonego działacza kultury usłyszałem, że jest pilna, wręcz radykalna potrzeba zmiany w sposobie traktowania twórczości własnej, że trzeba przeorać to nasze myślenie o pisaniu wierszyków. Poczułem żal, że się nie przyłączył do nas, nie wsparł swoją rewolucyjną wolą tworzenia tu, na obrzeżach Polski, literackiego zagłębia. Uczestniczymy w kulturalnym życiu naszego miasta jako konsumenci, ale też jako twórcy. I nie jest to jedynie pisanie wierszyków. Rozmawiam z Beatą Kalińską, poetką, autorką tomików „Ja rzeka”, „Sennik kobiecy ”, aby nabrać przekonania i wiary w Cieszyn pełen poezji.

Stanisław Malinowski: – Cieszyńska Studnia Literacka, której jesteś szefową dorobiła się pierwszej antologii. Na ile wasze, a w tym i moje grono, jest reprezentatywne dla miasta?

- reklama -

Beata Kalińska: – Cieszyńska Studnia Literacka rozpoczęła swoją działalność w 2016 roku, kiedy to Biblioteka Miejska przygarnęła nas, amatorską grupę ludzi pióra pod swój dach. To, że już po roku udało nam się wydać antologię, uważam za niewątpliwy sukces, tym bardziej że jest to przedsięwzięcie wymagające sporo zachodu. A ponieważ jak wiemy, „sukces ma wielu ojców”, więc w naszym przypadku było podobnie. Z tym, że ojcami okazały się matki chrzestne naszej antologii, pani Ewa Gołębiowska dyrektor Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości i pani Izabela Kula, dyrektor Biblioteki Miejskiej w Cieszynie, które dołożyły do tego projektu wiele starań. Dzięki temu spora część naszych książek trafiła „pod strzechy” wielu bibliotek oraz tzw. „ludzi kultury”. W grudniu odbyła się promocja antologii „Ze studni”, więc myślę, że w jakiś sposób zaistnieliśmy w świadomości cieszyniaków jako grupa ludzi piszących. Już chciałam powiedzieć – poetów, bo są w zdecydowanej większości, ale przecież są wśród nas również prozaicy. Wydanie antologii nie jest jedynym sposobem na wypromowanie naszej twórczości i zwrócenia na siebie uwagi, o czym świadczy na przykład biblioteczny roll up informujący o wydanych przez nas publikacjach, organizowane przez nas wieczorki literackie, „Pogotowie poetyckie” w Parku Pokoju, Wieczór Leśmianowski, który zaaranżowaliśmy wspólnie z młodzieżą gimnazjalną w ramach Cieszyńskiej Trówły. Czy jesteśmy reprezentatywni dla miasta? To pytanie powinno być skierowane do mieszkańców, władz, instytucji kulturalnych – czy kibicują naszej twórczości, czy nas czytają, czy też jesteśmy im obojętni. Robimy wszystko, żeby jednak na tej kulturalnej mapie Cieszyna zaistnieć. Natomiast w jakim stopniu nam się to udaje – czas pokaże. Na razie jesteśmy młodą grupą, stażem oczywiście, (ha,ha,ha) i dopiero się rozkręcamy.

S.M.: – Wiele obiecywałem sobie po Kręgu Przyjaciół Sztuki „Poeticon”. Nie mieliśmy jednak sprzyjającej prasy. Integrowaliśmy środowiska miejskie, studenckie, uczniowskie. Czy poezja schodzi do podziemi? Nie ma już w księgarniach zakątka, półki oddzielającej poezję od prozy.

B.K.: – „Poethicon” wspominam z wielkim rozrzewnieniem i przysłowiową łezką w oku. Może dlatego, że była to najbardziej wolna i spontaniczna formacja, w której dane mi było uczestniczyć. Krąg Przyjaciół Sztuki był grupą ludzi, miłośników literatury i muzyki, którzy swoją literacką pasją potrafili zarażać innych, świetne się przy tym bawiąc. Tworzyliśmy bowiem spektakle, odgrywane lub czytane na podstawie wcześniej wymyślonego scenariusza, mniej lub bardziej dopracowanego, więc zawsze towarzyszyły temu emocje, takie jakie towarzyszą programom na żywo, gdzie szanując inteligencję widza nie wolno się dać przyłapać na tak zwanej „wpadce”. A widzami często bywali przypadkowi ludzie, którzy przybywali do Gospody Pod Dobrą Datą w zupełnie innym celu. W „naszej” Gospodzie odbywały się długie i owocne rozmowy o poezji, o pisaniu i o życiu. Myślę, że byliśmy taką cyganerią artystyczną Cieszyna początku XXI wieku, stale eksperymentującą i poszukującą nowych form przekazu tego, co nas w literaturze „kręciło”.

Właściwie my w ogóle nie mieliśmy żadnej prasy. Poza kilkoma wzmiankami redaktora Roberta Danela z Głosu Ziemi Cieszyńskiej i jednym dłuższym artykułem, nikt się nie pokusił, żeby przeprowadzić z nami wywiad, żeby się dowiedzieć, co tak naprawdę nami kieruje. Poezja zawsze była sztuką niszową i to się nie zmieni. Nie łudźmy się, że nastają czasy, kiedy tomiki poetyckie będą w księgarniach rozchwytywane. Wierzę jednak, że dzięki odpowiedniej promocji, poezję można oswoić krok po kroku i przysposobić na użytek wrażliwej na słowo części społeczeństwa. I to już się dzieje dzięki powstającym w miastach modnym i coraz bardziej popularnym kawiarniom literackim, które stanowią zachętę do obcowania z literaturą na żywo. Wiersze w ustach poetów nabierają konkretnego smaku, stając się atrakcyjniejszym towarem od tych spoczywających na księgarskich półkach. W tym miejscu muszę oczywiście wspomnieć o naszej cieszyńskiej „perełce”, jaką jest kawiarnia literacka „Kornel i Przyjaciele”, która to jest chyba najlepszym świadectwem na to, że poezja jak i proza z resztą, znajdują coraz więcej odbiorców wśród mieszkańców naszego grodu. Uważam, że utworzenie w Cieszynie popularnego „Kornela” było naprawdę strzałem w dziesiątkę. Możliwość zetknięcia się z poezją „na żywo”, w towarzystwie autorów wierszy, w miłej atmosferze z pewnością bardziej zachęci do czytania niż „niema półka”. Oczywiście trochę w tym momencie upraszczam, ale nie mówimy tu o koneserach, świadomych swoich literackich gustów, tylko o jeszcze nie do końca opierzonych połykaczach literatury, potrzebujących na zachętę silniejszych bodźców. Natomiast szanujące się księgarnie, nie tylko nastawione na komercję na pewno będą mieć, mimo wszystko w to wierzę, oddzielne regały z napisem „poezja”.

S.M.: – Popularyzacją naszych tekstów, zajął się swego czasu prężnie dziś działający w kulturze Mariusz Śniegulski. Płyta z naszymi tekstami w jego muzycznym wykonaniu zrobiła furorę. Dlaczego nie poszliśmy za ciosem?

B.K.:- Mariusz Śniegulski, z którym swego czasu współpracowaliśmy w „Poeticonie” jest przede wszystkim muzykiem. Kiedy się poznaliśmy był bardzo młodym, dopiero poszukującym swojej drogi twórczej kompozytorem. Był to czas dla nas wszystkich szczególny, kiedy bez większego wysiłku i nadęcia wychodzą fajne rzeczy. Cieszyło nas autorów wierszy, że zostały one uwiecznione na płycie, że są śpiewane przy okazji różnych imprez, że docierają do różnych odbiorców, walczą o miejsce w rankingu internetowej listy przebojów. Mariusz śpiewał je z wielką charyzmą, był w tym swoim śpiewie bardzo oryginalny. W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły i stało się to w naturalny i bezbolesny sposób. Może, gdyby była kontynuacja tej wspólnej ścieżki poetycko-muzycznej, powstało by jeszcze kilka pięknych płyt? Nie wiem. Myślę sobie jednak, że każdy ma prawo do eksperymentowania i wyboru takiej drogi jaka mu odpowiada.

S.M.: –  Na ile pamiętasz udział cieszyńskich poetów w Festiwalu Teatralnym i epizod w czesko-polskim projekcie literackim „Sztuck”?

B.K.:- Projekt „Sztuck” zapowiadał się bardzo ciekawie i gdyby nie zakończył się zbyt szybko, mógłby wydać imponujące owoce. Motorem napędowym tego całego przedsięwzięcia był Petr Kantor, ostrawski wykładowca, poeta i kulturoznawca. Studiował w Japonii i w bardzo interesujący sposób opowiadał o Japończykach oraz ich zwyczajach. Wymyślił oryginalny sposób na braterskie czesko – polskie spotkania poetyckie na „Strzelnicy”, gdzie, pamiętam, mieszał ze sobą wody Olzy z obu brzegów , żeby przekonać poetów, że stanowią jedność. Imprezy odbywały się pod szyldem „Literarni vecer – wieczór literacki” w latach 2006 do 2009. Przy okazji odbywała się prezentacja nowego numeru pisma „Sztuck”, gdzie drukowane były nasze wiersze obok wierszy czeskich poetów. Szkoda, że nie udało się wydrukować naszych „Listów do Raju”, które w formie spektaklu poetyckiego wystawili studenci trzeciego roku Animacji Społeczno – Kulturalnej Uniwersytetu Śląskiego. Spektakl firmowany przez Krąg Przyjaciół Sztuki „Poethicon”, wystawiony w Domu Narodowym, co prawda został zaszczycony obecnością pani redaktor z GZC, ale niestety nie miał w prasie dobrego notowania – bez rozmowy z autorami i aktorami, bez zagłębienia się w istotę dzieła.

 S.M.: – Poeci, którzy piszą tylko do szuflady to jakby nie istnieli. Zawsze mogę swój wiersz umieścić w internetowej przestrzeni. Wolimy jednak dobrze wydany tomik, czyż nie tak?

B.K.:- Oczywiście, że pisanie do szuflady jest pasywne i jeśli ktoś nie zdecyduje się na „wyjście do świata”, pozostanie w tej szufladzie na wieki wieków. Jeżeli ktoś traktuje swoje wiersze tylko jako rodzaj pamiętnika, to znajdzie w szufladzie bezpieczną przystań. Jeśli natomiast chce się sprawdzić jako poeta, siłą rzeczy musi te wiersze zacząć publikować.

Tradycja, czy internet ? Wybór należy do autora. Ja kocham książki, więc oczywiście jestem za tradycyjnym tomikiem. Nie mam doświadczenia z wydawnictwami internetowymi, z tomikami on – line, więc nie będę się mądrzyć. Mnie satysfakcjonuje tomik, a kiedy się go odbiera prosto z drukarni, pachnący farbą, papierem… to jest cudna i niezapomniana chwila.

Serdecznie dziękuję ci za rozmowę. Z perspektywy lat nadal nie umiem rozmawiać o finansowym wsparciu. Osobiście mam mrzonkę – aby współczesny poeta był tak samo traktowany jak zdobywający medale olimpijczyk. 

11.08.2018 
Stachu Przybysz Malinowski

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here