Andrzej Grygiel – o fotografii, dziennikarstwie i ludziach…

0
223
Katowice, 05.08.2020 Kraksa na mecie 1. etapu wyścigu kolarskiego 77. Tour de Pologne z Chorzowa do Katowic. Potrącony przez Dylana Groenewegena (2L)Fabio Jacobsen (L, za barierkami)
- reklama -

Andrzej Grygiel pracował w Polskiej Agencji Prasowej od 2005 roku. Wygrywał ważne krajowe i międzynarodowe plebiscyty fotograficzne. W 2014 roku został nagrodzony przez World Press Photo w kategorii Sport Actions. Jest jedną z najbardziej cenionych postaci w świecie fotografii reporterskiej w Polsce. Z końcem zeszłego roku, zarząd PAP postanowił nie przedłużać umowy z fotoreporterem. Po 17 latach w archiwum PAP jest około 160 tys. zdjęć wykonanych przez Andrzeja. Rozmowa o dziennikarstwie, fotografii i ludziach…

Jak to jest być reporterem w obecnej Polsce?

To bardzo trudne, bo nikt nas nie potrzebuje. Może nie nikt, bo jesteśmy potrzebni ludziom, czytelnikom. Zdjęcia i reportaże nadal cieszą się dużą oglądalnością. Po dłuższej zapaści wracamy również do książek, co jest ważne, jednak instytucjonalnie nie ma na nas pieniędzy. 

Nieprzedłużenie kontraktu to tylko bezsensowne i lakoniczne tłumaczenie szefa oddziału. Mam jednak nadzieję, że ludzie cenią moją pracę i zdjęcia za to, że to ja jestem ich autorem, a nie za to z jaką agencją byłem związany. Oczywiście za sprawą PAP- u te zdjęcia dosyć szeroko mogły być publikowane. 

To nagłe zwolnienie wywołało w środowisku medialnym spory sprzeciw i pod petycją o przywrócenie do pracy podpisało się 115 dziennikarzy.

Tak, to było ważne dla mnie. Choć nie przyniosło to zakładanego efektu i nie wróciłem do pracy w to samo miejsce, to sporo rozmów się odbyło. Nasze środowisko śląskie zareagowało solidarnie i bez wyjątku, i mogę im tylko podziękować. Niezwykłe było również to, że broniła mnie Solidarność Śląsko-Dąbrowska, a tego zupełnie się nie spodziewałem. Dużo się działo wokół tego wydarzenia.

Co robisz dzisiaj?

Nadal zajmuję się fotografią. Współpracuję z inną agencją, ale również pracuję  w biurze prasowym Urzędu Miasta w Katowicach. Wdrażam się powoli, bo jednak jest to inny system pracy. 

Media w Polsce. Mają szansę być niezależne?

Dzisiaj dziennikarzem może być każdy, jak również każdy posiadający w miarę dobry aparat w komórce może zostać reporterem. Ja nadal wierze w to, że powstanie taki portal czy gazeta, która będzie mniej nastawiona na wyszukiwarkę Google, na frazy, klucze i reklamę, a bardziej na dziennikarstwo, na tekst czy reportaż. Jestem przekonany, że ludzie tego potrzebują. Już chyba każdemu przejadła się facebookowa papka, natłok informacji, w których ciężko już ocenić, które są prawdziwe. Jest potrzebne takie miejsce, być może lokalnie. Dzisiaj chyba nadzieją dziennikarstwa są właśnie media lokalne, które docierają do najbliższego otoczenia. Jest to oczywiście bardzo trudne, bo w mniejszych miejscowościach utrzymanie takiej gazety wiąże się z dużym nakładem finansowym. A niezależne media to takie, które nie są związane umowami z urzędami. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma na medialnym rynku dobrych portali, jednak wiele z nich jest dość mocno spolaryzowanych i nie do końca są przez to obiektywne. Tych dobrych miejsc jest jednak wciąż za mało i dominuje w nich ten dziwny język internetowy z zachowaniem skrótowej formy, jakby bojąc się, że ludziom nie będzie się chciało czytać. Sami przyzwyczajamy czytelnika do małych treści i oduczamy go dłuższych tekstów, co w zupełności nie jest potrzebne. 

2006 r. to tragedia w Katowicach, pod zawaloną halą MTK w Katowicach znajdowało się około 700 osób. Rannych zostało 170 osób, 65 nie przeżyło. Wspominam o tym, bo zdjęcia które tam zrobiłeś były hołdem nie tylko dla tragicznie zmarłych, ale przede wszystkim były hołdem dla ratowników. Jak ogląda się taki dramat zza obiektywu aparatu? Ile takich dramatów widziałeś?

Chyba wszystkie, które wydarzyły się na Śląsku. Na pewno było ich zbyt dużo. Ta katastrofa budowlana była największa w Polsce i chyba nawet w Europie, ale taka właśnie jest moja praca, dokumentować ważne wydarzenia. Dokumentować ludzi i wysiłek, jaki wkładają w ratowanie innych. 

Potrafisz wtedy odciąć emocje? 

Można się oczywiście starać, bo oczekuje się od nas profesjonalizmu, ale nie zawsze to się udaje. Moje zdjęcia, ale i dobre dziennikarstwo to również, a może przede wszystkim wrażliwość jaką człowiek jest obdarzony. Żeby daleko nie szukać przykładów. W obecnej sytuacji, gdy tłumy uchodźców wojennych przyjeżdża do Polski, również na Śląsk, ja widzę płaczących dziennikarzy. Mimo, że społeczeństwo narzuciło na nas pewien stereotyp, że powinniśmy odcinać emocje, dla mnie łzy dziennikarza nie są niczym niezwykłym. Jesteśmy przecież ludźmi. Ja sam nie potrafię powstrzymać swoich emocji, co miało miejsce kilka dni temu przy okazji protestów przeciw wojnie w Ukrainie. Dzisiaj, gdy w jednym czasie na dworzec w Katowicach przyjechały dwa pociągi z Ukraińcami i na halę dworca nagle weszło 900 osób, to również było to dla mnie bardzo trudnym  doświadczeniem. Widziałem lęk ludzi w każdym wieku, dzieci, ale też lęk zwierząt. Pośpiech, pewnie pragnienie i brak od dłuższego czasu ciepłego posiłku tylko bardziej uświadamia to, co wypisane jest na twarzach tych ludzi. 

Dziennikarska obsługa dzisiaj jest potrzebna wszędzie. Nie tylko na terenie Ukrainy, gdzie toczą się walki, ale również na granicy, na dworcach i w każdym mieście. Tylko taka praca daje nam ogół informacji o wojnie, jej skutkach i dramatach ludzi, które nie kończą się wraz z przekroczeniem granicy. Ci ludzie są przecież ofiarami wojny. Życie w ciągłym strachu o bliskich, o swój dom jest niewyobrażalnie trudne. Ten cały obraz, prawdziwy i szorstki my musimy pokazać Światu, bo na naszych oczach pisze się właśnie trudna historia nie tylko Ukrainy, ale całej Europy.

Parę dni temu do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach trafił chłopiec z Kijowa. Po wielu problemach dotarł do naszego miasta, by móc przyjąć kolejną chemię, która przecież ratuje mu życie. Dziecko jest pod opieką specjalistów. Ale fundacja „Rakiety” zapewniła  pobyt i wyżywienie również matce. Zdziwienie tej kobiety było duże, bo ona myślała, że po chemii oni po prostu wrócą do domu. Jechali spod Charkowa ok. 40 godzin…

Każda wojna ma swój symbol, coś co kojarzy się jednoznacznie z tymi wydarzeniami. Co jest i będzie symbolem wojny w Ukrainie? 

Oglądając zdjęcia z II Wojny Światowej, zapisał mi się obraz statków z uchodźcami. I chyba tak, statek jest symbolem tamtej wojny. Te eksodusy są przerażające. Dzisiaj jest nim mały podróżny plecak. Ta mama, która przyjechała z tym chłopcem, miała 3 małe torby. Dwie wypełnione lekami, a w trzeciej miała dwie piżamki i lekkie buty dla dziecka. W takich momentach, gdy to wszystko obserwujemy, trudno się pozbierać. Mówimy o trudnych rzeczach w trudnych czasach.  We wrześniu 39 roku wszyscy mieli swoje plany. Chodzili do kina, na spacery do parku, planowali swoją przyszłość. Ukraińcy jeszcze chwilę temu mieli również  takie plany i żyli normalnie. Pozostaje nam mieć tylko nadzieję, że ta wojna skończy się szybciej…

Rozmawiała Urszula Markowska

- reklama -