Au i Chau (cz. 2)

0
104
- reklama -

Chau słysząc te słowa wreszcie zrozumiał, dlaczego Au ciągle mruży oczy i wszystkiemu się przygląda z bliska. Sam widział bardzo dobrze i nie wyobrażał sobie jak to jest widzieć tylko trochę. Pomyślał chwilę i już wiedział co ma robić. – Nie płacz, będziemy ćwiczyć razem, chwyć mnie zębami za ogon i biegnij za mną. – Odwrócił się i podsunął pod pyszczek Au swój ogonek, który ten chwycił w ząbki.

Biegali po niewielkiej polance, jednak szybko im się to znudziło, więc wyruszyli między drzewa. Zabawa trwała w najlepsze, gdy nagle usłyszeli ludzkie głosy, zamarli w bezruchu, a następnie Chau ostrożnie zaczął się wycofywać w stronę legowiska. Au posłusznie kroczył za nim starając się nie puścić ogonka przyjaciela. Byli już niedaleko, lecz ponownie dobiegł ich ludzki głos, tym razem od strony ich kryjówki i już wiedzieli, że mają kłopoty. Chau rozejrzał się, dostrzegł trzy krzewy jałowca rosnące bardzo blisko siebie zdecydował, że świetnie nadają się na schronienie. Nic nie mówiąc ruszył w ich kierunku, a gdy do nich dotarli nie zważając na igiełki kłujące noski razem z Au ukryli sią między szczelnie otulającymi ich gałązkami. Zapach człowieka był coraz bliżej, po jakimś czasie tuż obok nich pojawiły się ubrane w wysokie buty ludzkie nogi, lecz się nie zatrzymały, tylko poszły dalej. Pomimo iż ludzi już dawno nie było słychać to oni byli zbyt przerażeni, żeby opuścić bezpieczne schronienie. Nawet nie wiedzieli, kiedy zmorzył ich sen. Śpiące maluchy odnalazła wilczyca, która w drodze powrotnej z polowania od zaprzyjaźnionego szaraka dowiedziała się o kłusownikach przemierzających jakiś czas temu las. Była dumna z obu szczeniaków z ich sprytu oraz zaradności.

Dni mijały, wilczyca wyruszała na polowania, a dwaj mali przyjaciele każdego dnia ćwiczyli zapasy oraz bieganie. Chau przyglądając się wilczej mamie zauważył, że ta nie rozpieszcza swojego syna. Miał wręcz wrażenie, że od swojego syna pomimo jego słabego wzroku wymaga coraz więcej. Sam Au z uporem godnym podziwu ćwiczył przeciąganie patyków, a gdy mama przyniosła dużą kość zawzięcie się w nią wgryzał.

Pewnego dnia wilczyca zdecydowała, że już nadeszła pora, aby maluchy rozpoczęły naukę tropienia i w tym celu zaprowadziła ich nad rzekę, gdzie leśne zwierzęta przychodziły się napić wody. Kazała im wąchać różne tropy, wyjaśniając do kogo należą. Chau przyglądał się odciskom pozostawionym na piasku oraz wilgotnej glebie, zapominając zupełnie o ich wąchaniu, lecz jego przyjaciel bez wahania zaczął obwąchiwać wszystko wokół. Nie potrzebny był mu dobry wzrok do tego, aby szybko nauczyć się rozróżniać zapach, zająca od sarny czy dzika, natomiast zdecydowanie trudniej nauka tej umiejętności szła Chau.

- reklama -

W drodze powrotnej mały Au szedł wolno z nisko opuszczonym noskiem, zawzięcie wąchając znaleziony trop i tym to sposobem dotarł do kryjówki lisiej rodziny. Lisica uważnie obserwowała małego wilczka i kiedy ten podszedł za blisko już miała zamiar dać mu nauczkę, jednak przeszkodził jej w tym mały piesek. Chau widząc, że przyjaciel jest w tarapatach podbiegł do niego i łapiąc w ząbki jego ogonek odciągnął w przeciwną stronę.

Wilczyca z daleka przyglądała się całemu zajściu, podeszła do nich, a następnie kazała maluchom usiąść pod starym dębem, po czym powiedziała – żeby być dobrym tropicielem trzeba wykorzystywać wszystkie zmysły. I tak ty Chau skupiłeś się na wzroku, a ty synu na węchu, oba są bardzo ważne, lecz jest jeszcze słuch, a wasze łapki mogą służyć nie tylko do biegania, lecz również do sprawdzania temperatury ziemi lub ściółki, na której siedziało zwierzę. Jeżeli w tym miejscu jest cieplejsza od tej obok to oznacza, że zwierzę dopiero co umknęło w las.

Chau przykładał się do nauki oraz ćwiczeń z takim samym zapałem jak jego wilczy przyjaciel i wyobrażał sobie, że jego mama kiedyś dowie się jak dzielnego ma syna. Kolejna wyprawa na jaką zabrała wilczyca syna i jego przyjaciela odbyła się na obrzeża leśnej polany. To tam rosły jeżyny, jagody, poziomki, lecz również inne rośliny, których owoce nie nadawały się do jedzenia. Chodzili od jednego krzaczka do drugiego i z cierpliwością wyjaśniała malcom, które z nich są jadalne, a których pod żadnym pozorem nie wolno im nawet dotykać, ponieważ są trujące. Większość z owoców różniła się od siebie wyglądem oraz zapachem, jednak były i takie, które można było odróżnić jedynie za pomocą smaku.

(cdn.)