Co po naszymu znaczy aaaaaaaa!!!

0
18
depositphotos.com
- reklama -

Piotr Żyła w końcu tak podskoczył, tak się wybił, że został mistrzem świata w skokach narciarskich na normalnej skoczni w Oberstdorfie. A że to była tylko normalna, czyli raczej mała skocznia, a nie na przykład mamucia, jego wyczynu wcale nie umniejsza. Sprawił narciarskiemu światu wielką niespodziankę, bo przed tegorocznymi, pandemicznymi mistrzostwami świata w Oberstdorfie nikt na niego nie stawiał. Tym razem jednak Piotr Żyła przeskoczył nie tylko swoich konkurentów, ale też samego siebie. I rozległo się jego wielkie …aaaaaaaaa!!!

Piotr Żyła to trochę dziwny, nie do końca zrozumiały fenomen. W swojej sportowej karierze skoczek z Wisły miał do tej pory raczej więcej porażek niż tryumfów. Do swojego życiowego sukcesu dochodził przez wiele lat, długo do niego dojrzewał. Przez lata uważało się, że to jest głównie looser, a tylko czasami lucky looser. Owszem, posiada wielki power, mocne nogi i dobre wybicie. Jednym słowem wielki potencjał, by zostać wybitnym skoczkiem narciarskim. Mógł się wybijać na mistrzostwo, ale miał charakter jokera, który jakby przekornie nie chce lub nie potrafi zająć odpowiedniej, oczekiwanej od niego pozycji, a przez to nie umie ze sobą dojść do ładu. Jest trochę dziki, nieprzewidywalny, niektórzy komentatorzy telewizyjni mówią nawet, że szalony. Są i tacy komentatorzy sportowi, co go nazywają świrem. Nigdy nie wiadomo, jak skoczy i co potem palnie w komentarzu przed mikrofonem. Kiedy mu skok nie wyjdzie, szczerzy się błazeńsko, choć śmiech jest w takiej chwili raczej nie na miejscu. A kiedy skok mu wyjdzie, szczerzy się jeszcze szerzej, robi miny, wrzeszczy aaaaaaaa!!! i wariuje ze szczęścia. Ludzie i media nie wiedzą, jak na to reagować, jego wesołkowatość i błazenada wprowadzają ich w zakłopotanie. Piotr Żyła jest dziki i dziwny zarazem. Dobrze to ujmuje gwarowe słowo dziwoki. To cieszyńskie słówko wywodzi się z języka czeskiego, gdzie divoky znaczy właśnie dziki. Żyła ma w sobie taką dzikość jak Czarna Wisełka pod Baranią Górą. A zarazem Pieter je dziwoki jak joker. Nosi go. Aby miał dobre noszenie nad skocznią musi się przedtem wyszczerzyć, wywrzeszczeć, wyszumieć. Ta wesołkowata dzikość jest potrzebna, by potem mógł się skoncentrować i spokojnie usiąść na platformie startowej.

Czasami śmiech to naturalna samoobrona organizmu przed spodziewaną groźną reakcją na dotkliwe wyróżnianie się, na porażkę i wynikający stąd stres, z którym nie umiemy sobie poradzić. Aby jakoś przetrwać swoje wpadki i porażki najlepiej obrócić je w żart, samego siebie wyśmiać i tak rozładować napięcie, odstresować się. Trzeba to, co złe i destruktywne, unieszkodliwić i oddalić wielkim śmiechem. Jak u Gombrowicza. Ale śmiech też bywa sztuczny i nerwowy. A właściwie nerwicowy. Wtedy jest jak listek figowy, co ma zasłonić ogromne psychiczne napięcie, bezradność, wielką tremę, rozpacz, strach. Piotr Żyła z trudem utrzymuje dłużej dobrą formę i nie udaje mu się dłużej równo skakać, bo jest za bardzo rozedrgany, roztrzepany. Power Piotra Żyły z trudem dawało się temperować i kolejni trenerzy kadry skoczków mieli z tym problem. Podobno trudno też było z nim się dogadać. Dogadywali się z nim tylko ci, co umieli godać po naszymu, trener i prezes Apoloniusz Tajner, co pochodzi z naszych stron, także Adam Małysz, starszy kolega i skromny arcymistrz, a teraz może też czeski trener Michal Doležal. I może łatwiej Żyle dogadać się z Doležalem niż z poprzednimi trenerami, bo czeski trener trochę rozumie po cieszyńsku, po naszymu, rozumie na przykład słowo dziwoki. To właśnie Małysz, słynny „orzeł z Wisły”, a teraz dyrektor Polskiego Związku Narciarskiego ds. skoków, zdradził, co miało jakoby decydujący wpływ na mistrzowski wynik Żyły w Oberstdorfie. Jego długa rozmowa z trenerem Doležalem w piątkowy wieczór przed sobotnim konkursem. Piotrek potrzebował się wygadać. Opowiedzieć, co się z nim tutaj dzieje. „Dodo” tłumaczył mu, że musi bardziej się skoncentrować i bardziej zaryzykować. Pogadali sobie i, jak widać, to dało efekt – relacjonował Małysz. Może ktoś tego Piotrka wreszcie cierpliwie wysłuchał, miał dla niego czas i to zadziałało.

I chyba właśnie tu spoczywa sedno sprawy i tajemnica dziwokich zachowań nowego mistrza skoków narciarskich z Wisły. W problemach językowych. W tym, że to jest bardziej Pieter niż Piotr (a w dodatku drugie jego imię jest Paweł). I ten Pieter, skoncentrowany od ósmego roku życia na skokach narciarskich, umie mówić dobrze tylko po naszymu, w gwarze cieszyńskiej, bo w Cieszynie się urodził i w Beskidzie wyrastał. Ze swoimi pierwszymi trenerami też pewnie mówił po naszymu. Nie jest gładki językowo i biegły w centralnej telewizyjnej polszczyźnie jak prezes Tajner. Może Pieter nie był orłem w szkole, nie miał czasu na odrabianie zadań, ale wiedział od małego nad czym pracować, czemu ma się poświęcić i w jakiej dyscyplinie może coś osiągnąć. I na pewno tą dyscypliną nie był język polski i języki obce. Może w tych przedmiotach był trudniej wyuczalny i odsuwał je na dalszy plan, bo miał talent do skoków. A na skoczni się nie gada, tylko skacze. Tam rekompensował swoje niepowodzenia szkolne. Był jednak bezradny wobec swoich wielkich emocji. Co może łączyło się też z ewangelickim środowiskiem i luterańskim wychowaniem. Chęć zostania mistrzem skoków narciarskich w Wiśle, w XXI wieku po Małyszu, nie jest pewnie wśród tamtejszych chłopców niczym oryginalnym bez względu na przynależność wyznaniową. Jednak ewangelicy za bardzo swoich emocji nie uzewnętrzniają, nie są dziwocy, trzymają je w ryzach. Tak czy inaczej Pieter się wyróżniał. Zwłaszcza pod względem wybujałej emocjonalności. Ale skoczek narciarski musi być spokojny, skoncentrowany, zdyscyplinowany. To pewnie rodziło wielki wewnętrzny konflikt. Jak te wszystkie wielkie emocje z siebie wywalić, odwentylować napięcie, opanować się i skupić się na skoku? Tego też trzeba się nauczyć. Do wyrażenia największych emocji jednak nie trzeba wielkiego zasobu słów, skomplikowanej gramatyki czy poetyckiego stylu. Starczy je wywrzeszczeć. Jak w praktyce buddyzmu zen. Starczy najprostsze, wielkie aaaaaaaa!!! A co to aaaaaaaa!!! znaczy zależy od kontekstu, modulacji głosu, a także od tego, czy towarzyszy mu śmiech i roziskrzone, jasne oczy, czy też szloch i łzy jak
u niemowląt. Bezpośrednio po swoim tryumfie w Oberstdorfie w wywiadach dla niemieckich i austriackich stacji telewizyjnych Pieter też głównie ryczał aaaaaaa!!! Oni to sobie po swojemu przetłumaczą, tłumaczył potem Pieter. I miał rację. Sportowcy nie są od tego, by gadać, wymądrzać się i w subtelny sposób wyrażać swoje uczucia, ale od tego by bić rekordy i zdobywać mistrzowskie tytuły. I właśnie tak tworzyć wielkie, powszechne, pozytywne emocje. Ich język często bywa dziwoki i osobliwy. Nie oczekujemy od nich poprawności, oryginalności wysławiania się. Liczy się komunikatywność. Co tu, zresztą, gadać, skoro wszystko widać. Wielki power, wielki tryumf i wielka radość. A Pietrowe aaaaaaaa!!! brzmiało całkiem po naszymu. Mocno jak dźwięk beskidzkiej trombity.
Ludzka mowa zaczyna się od aaaaaa!!! i alfabet zaczyna się od a. Dopiero potem wszystko się rozwija i różnicuje w zależności od tego, po jakimu się mówi w domu, gdzie się wychowujemy, z kim się zadajemy i kim chcemy zostać. Cieszyńska, transgraniczna, transkulturowa mowa to dialekt jak najbardziej środkowoeuropejski. Powstała z przemieszania i stapiania się różnych europejskich języków na niewielkim obszarze pogranicznym, przejściowym i przelotowym w samym środku Europy, między północą i południem, gdzie znajduje się się dział wód, na obniżeniu między górami, gdzie przebiegał newralgiczny szlak i spotykali się różni ludzie z różnych stron i kultur, gdzie ścierały się różne językowe wpływy, gdzie różne językowe warstwy nakładały się na siebie, zrastały się, przerastały w hybrydowe formy. Na tym obszarze często też obowiązywała zasada cuius regio eius religio – kogo rządy, tego religia – z czym wiązało się funkcjonowanie języków. Wpływy od południa szły karpackimi grzbietami z daleka, gdzieś od Grecji, Konstantynopola i Bałkanów aż Wielka Wołoszczyzna spotkała się z Wielką Morawą. Od Rzymu, Wenecji, przez Śląsk w stronę Pomorza, szlakiem bursztynowym, którym z powrotem, z północy, z portów założonych nad Bałtykiem przez Wikingów, transportowano nie tylko bursztyn, ale i przepędzano niewolników. Tu schodziły się wpływy germańskie i słowiańskie, łacińskie
i celtyckie, madziarskie i saskie. Księstwo Cieszyńskie należało do Królestwa Czeskiego, gdzie język rodzimy wyemancypował się już wyraźnie w XV wieku, w czasach husyckich. Przemysław I Noszak, najwybitniejszy cieszyński książę, wytrawny dyplomata cesarza Karola IV, średniowieczny antenat prezydenta Bidena, na pewno nie mówił po polsku. Śląscy Piastowie podobno się zniemczyli, ale przecież nie byli Polakami w dzisiejszym znaczeniu. Później imperium Habsburgów było wielkim tyglem językowym. Równolegle funkcjonowało wiele języków, które jakoś musiały koegzystować. Jednak to nie władcy tworzyli tutejszy język mówiony, i nawet nie warstwa wykształcona, która posługiwała się językiem urzędowym, lecz klasa ludowa, pasterze, kupcy i handlarze, osadnicy, którzy przychodzili po zarazach, klęskach żywiołowych i wojnach, w XIX i XX wieku robotnicy kopalń i hut, w większości migranci. Język tutejszy nie tyle był, ile stale się stawał. Ewoluował jako szczególny melanż zmieniający się zależnie od historycznych, cywilizacyjnych i kulturowych okoliczności.

- reklama -

W związku z tym trudno ustalić jego kanoniczną czy definitywną wersję. Tutejsza śląszczyzna jest jednak inna niż język, który później rozwijał się w pruskiej części Śląska. Jest szczególnym europejskim fenomenem transkulturowym. A w dodatku języki mówione poszczególnych części Księstwa też się trochę różniły – inaczej mówiło się w Istebnej, a inaczej w Zebrzydowicach.

Tak jest do dziś, lecz od stu lat oddziaływują ustanowione po Wielkiej Wojnie granice. Po polskiej stronie Olzy język cieszyński podlega hegemonii polskiego języka oficjalnego. Po czeskiej stronie sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bowiem język cieszyński na Zaolziu podlega hegemonii oficjalnej czeszczyzny i wspieranej z Polski polszczyzny. W ten sposób, w czasach rozpanoszonych nacjonalizmów i popkultury dawny, ludowy cieszyński miszmasz językowy jest coraz bardziej zagrożony. Cieszyński język nie został skodyfikowany, nie ma własnej literatury pisanej, choć istnieją słowniki, tak jak np. „Słownik dyalektyczny Księstwa Cieszyńskiego” Andrzeja Cinciały. To nie jest tak, że język lokalny, tak zwana gwara, jest ustalony raz na zawsze, można po nią sięgnąć jak do trówły i bez problemu mówić, a w dodatku być dumnym, że kultywuje się własne dziedzictwo. Język żyje póki się go używa w normalnym obiegu, w życiu codziennym, jeżeli potrafi reagować na zmiany i nowe zjawiska. I w tym kontekście Pieter Żyła jest właśnie językowym fenomenem. Na jakimś portalu przeczytałem o konferencji prasowej Żyły po jego zwycięstwie w Oberstdorfie. Choć od zakończenia zawodów minęły już prawie dwie godziny, on ciągle zachowywał się tak samo. – relacjonował sprawozdawca – Skoczek z Wisły ciągle krzyczał, rechotał, do tego mówił dziwnym angielskim, wtrącając w swoje wypowiedzi polskie słowa i wymyślając własne. Nieliczni zagraniczni dziennikarze w biurze prasowym tylko wymieniali uśmiechy, a miny mieli takie, jakby zastanawiali się, z jakiej planety przyleciał do Oberstdorfu ten ufoludek. To już zakrawa na rasizm i trąci postkolonializmem. Nie ufoludek, ale tubylec z Beskidów, co się wybił na mistrza świata w skokach narciarskich i w emocji, spontanicznie mówi łamaną, popową angielszczyzną, którą przeplata z słówkami polskimi, śląskimi i własnymi neologizmami. Mówi wszystkimi dla niego jako tako dostępnymi językami, prywatnymi, publicznymi, zawodowymi – odziedziczonymi po rodzicach, słabo wyuczonymi w szkole, zasłyszanymi od trenerów, dziennikarzy i stosowanymi z własną fantazją bez telemarku. Wskutek wielkich emocji tworzy swój specyficzny idiolekt tak jak od wieków tworzył się na Śląsku Cieszyńskim językowy miszmasz.

Piotr Żyła został mistrzem świata w skokach narciarskich w pandemicznym 2021 roku, ale drugim „orłem z Wisły” już pewnie nie zostanie. Jego fenomen jest jednak trochę inny, ciekawszy, bardziej frapujący ze względów językowych niż fenomen Małysza. Oto mistrz skoków narciarskich, który jest też mistrzem językowego miszmaszu. Językoznawcy powinni dokładnie, bezstronnie i bez uprzedzeń zbadać język Piotra Żyły, jego szczególną współczesną śląszczyznę, zwłaszcza teraz, kiedy trwa walka o uznanie języka śląskiego za język regionalny. PiSowskie władze nie chcą o tym słyszeć. Przez ostatnie lata do Sejmu wpłynęło pięć poselskich projektów o śląskim języku regionalnym, składano też obywatelski projekt o uznaniu Ślązaków za mniejszość etniczną. Wszystkie zostały odrzucone, a odmowy zaczęły się wcześniej, i to nawet wcześniej niż za rządów PO. Jednak to PiSowskie władze mówią wprost, że uznanie narodowości śląskiej i jej języka zagraża Polsce. Uznawanie istnienia kolejnych dialektów jako języków regionalnych mogłoby w rezultacie doprowadzić do paradoksalnej sytuacji, w której społeczeństwo Rzeczypospolitej Polskiej składałoby się wyłącznie z osób posługujących się odrębnymi językami regionalnymi bez istnienia narodowego języka ogólnego – argumentuje absurdalnie władza.
A znaczy to: Ślązacy, wybijcie sobie z głowy swoją śląskość. Tu jest Polska i wszyscy mają być prawdziwymi, bogoojczyźnianymi Polakami. Według złotonośnej formuły ojca dyrektora, ideologiii nadprezesa bez żadnego trybu i pod skrzydłami obajtkowego „Orlenu”. Prawą marsz! Kto nie z nami, ten przeciw nam!
Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy po pandemii? Warto to przemyśleć nim się coś wpisze do formularza spisu powszechnego ludności i mieszkań, który zresztą, też jest Narodowy tak jak narodowa była kwarantanna.

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here