Księżniczka Xena – czyli o tym, jak się nią nie stać

0
93
- reklama -

„Kobiety dość często w samotności starają się mierzyć z prawdą swojej choroby (…). Stają się nagle twarde, uparte i w ogóle przybierają postać księżniczki Xeny.”

Przychodzi taki moment w życiu, kiedy zauważamy kurczenie się naszego grona znajomych czy rodziny. Choroba i śmierć z różnych powodów stały się nieodłączną częścią naszej codzienności. Powoli zaczynamy się przyzwyczajać i akceptować tą sytuację. Bo jeśli nie mamy na to wpływu i żadnej sprawczości, znaczy, że lepiej się z sytuacją pogodzić. 

Każdy z nas bez względu na płeć, pochodzenie, religię czy kolor skóry doświadcza lęku przed chorobą czy śmiercią. Utrata bliskich jest traumatyczna, ale co dzieje się, gdy sami stajemy przed własną chorobą? Jak reagujemy na złą diagnozę medyczną, która w wątpliwość stawia powodzenie leczenia? Czy potrafimy mówić o tej trudnej sytuacji, która dotyczy nas bezpośrednio? Czy raczej chronimy bliskich próbując zatajać wszystkie informacje, by zaoszczędzić im złych przeżyć?

W swojej codzienności w kontaktach z przyjaciółmi, ale i w pracy przy okazji spotkań z ludźmi zaobserwowałam pewną prawidłowość. Otóż, kobiety dość często w samotności starają się  mierzyć z prawdą swojej choroby, ale  również do końca pod pretekstem ochrony innych nie pozwalają sobie na przeżywanie tych złych emocji. Stają się nagle twarde, uparte i w ogóle przybierają postać księżniczki Xeny. 

W efekcie robią dobrą minę, nie pokazują, że coś je boli, no chyba, że łamie je chemia i wypadają już włosy. Uwaga, nie mówię tu o zwykłym zapaleniu ucha, które też może być dokuczliwe czy bólach menstruacyjnych, które czasem potrafią również być uciążliwe. Mówię, o poważnych chorobach, które w tej pesymistycznej opcji prowadzą do śmierci, czy trwałego kalectwa. Kobiety skupione są nieustannie  na opiekowaniu się innymi. Biegają z dziećmi do lekarza, dentysty i na gimnastykę korekcyjną. Każda dolegliwość osoby bliskiej spędza sen z powiek i od świtu stoją gotując rosół czy szukając sposobu na ulgę w chorobie. Jednak nas też dopada zmęczenie i potrzeba opieki.

Która z nas przynajmniej raz w życiu z aktorską starannością nie pokazała wszystkim domownikom, jak bardzo jest zmęczona, jak to bardzo  boli ją głowa i jak to jest nieszczęśliwa i cierpiąca? Czasem po prostu potrzebujemy uwagi najbliższych, więc uciekamy się do małych podstępów, by choć raz na kilka lat ktoś się nami wzruszył, współczuł nam i w ogóle zauważył, że nie jesteśmy z żelaza. Każdy z nas potrzebuje przecież czułości bliskich. Wyzbywanie się tej potrzeby nie prowadzi do niczego dobrego.

Przyznaję się bez bicia, tortur i łamania kołem, że czasem sama tak robiłam. Kiedy dopada mnie duże zmęczenie i zniechęcenie, albo jesienna chandra osiąga już pułap nie do wytrzymania, robię z siebie   popłakującą w kącie ofiarę losu. Bo szef nie docenia, bo pracy za dużo, bo głowa boli, bo nikt mnie nie kocha i nieszczęście nagle wyłazi ze mnie dosłownie każdym możliwym otworem. Na szczęście nie zdarza mi się to zbyt często, bo tu należy zachować dyscyplinę i umiar. Każde nadużycie tego wyczynu grozi coraz większym zobojętnieniem osób, do których ową histerię kierujemy. Powinnam więc w tym miejscu, jak na internetowych filmach, ostrzec, że nadużywanie powoduje skutki uboczne i w ogóle nie róbcie tego w domu ;).

Nie oznacza to jednak, że nigdy nic nie boli na poważnie, i że nie dopada mnie lęk o własne zdrowie. Tylko że w tych poważnych sprawach nagle milknę i skrywam te informacje, chroniąc je jak najważniejszą tajemnicę państwową. Nie chcę się dzielić tym, bo właśnie… chcę chronić bliskich przed dodatkowymi zmartwieniami. Bo przecież córka akurat zdaje maturę, bo sesja, bo któraś zerwała z chłopakiem i rozpaczy ma już wystarczająco dużo. Koleżankom z chorób trudno się zwierzyć, bo przecież świat cały choruje i tyle nieszczęścia dookoła, że ja już nie muszę dokładać zmartwień.  Bo przecież rozwiedziona matka  musi dać radę, być silna i nie skarżyć się, by nie usłyszeć od „życzliwych” znajomych: po co się rozwodziłaś? Mogłaś pomyśleć zanim zostałaś sama? Bo kto Ci teraz pomoże i w ogóle, kto Cię teraz taką schorowaną kobietę zechce jeszcze. 

W sumie mogę  ze spokojem sumienia powiedzieć, że do tej pory nawet jak dotykały mnie ciężkie schorzenia jakoś udawało mi się sprawę załatwiać  z powodzeniem leczenia. Ale odkryłam w sobie wtedy, jak wiele mam samozaparcia, i jak wiele mogę schować emocji w swojej, no dobra, może nie całkiem drobnej, osobie. Kilka lat temu postawiono mi diagnozę, która zwaliła 

mnie z nóg. Wtedy faktycznie jedna z córek przygotowywała się do matury, druga rozbita ciągle rozwodem miała dość trudny etap. Nie mogłam nie pracować, czułam również, że nie mogę nikogo tym obciążać. Każdy swój lęk o przyszłość moich córek, o to, że nie zabezpieczyłam ich odpowiednio, że jeszcze nie zrobiłam tylu rzeczy, wypłakałam w nocy w poduszkę. Zasuwałam na naświetlania, oszczędzałam na czym się dało, by wykupić leki i może przez ten rok leczenia wzięłam tylko kilka dni urlopu. Wymiotowałam i nie miałam siły, ale córkom wmawiałam, że zjadłam coś nieświeżego albo za bardzo zabalowałam na imprezie. Czasem się dziwiły, bo przecież o żadnej imprezie nie wiedziały. Kiedy dzisiaj o tym myślę, to jest mi siebie samej bardzo żal. To wszystko, co działo się we mnie i ze mną, było trudne, a pozostanie w tym w samotności jeszcze trudniejsza, a na pewno smutne. A przecież miałam wtedy prawo domagać się od innych wsparcia czy zwykłej czułości. Dzisiaj po latach podczas rozmowy ze starszą córką okazało się, że ona doskonale wiedziała, że dzieje się coś złego. Niewiedza co jest przyczyną jej nie pomagała, a w szkole odbijało się to na ocenach. To doświadczenie nauczyło mnie, że robienie z siebie tej pieprzonej księżniczki Xeny było kiepskim pomysłem. Nikomu na pewno to nie pomogło. Skazując się na osamotnienie w tych przeżyciach tylko dokładałam sobie i innym problemów. Do dzisiaj moje dziecko patrzy na mnie z nieufnością, jeśli chodzi o sprawy zdrowotne. Jak tylko dostrzega, że dzieje się coś złego, od razu przykleja się i jak natręt męczy tak długo, dopóki nie udowodnię jej, że to nic niepokojącego. Przygląda się mojej figurze i jak dostrzega wskazaną nawet 🙂 utratę wagi, od razu krzyczy na mnie i robi mi wykłady. Ten lęk o mnie u niej nie zniknął. I choć mówi, że jestem dla niej bohaterką, to ja wciąż mam wyrzuty, że zafundowałam i sobie, i jej tyle negatywnych przeżyć, które żyją przecież w niej nadal. 

Dzisiaj wiem, że moje reakcje w sytuacji zagrożenia zdrowia muszą być inne. Przebyty nie tak dawno zawał był kolejnym sygnałem, by zadbać o siebie bardziej. Był też wielkim sprawdzianem, czy odrobiłam lekcje. Moje córki zachowały spokój, choć łez i lęku nie brakowało. Nie brakuje tego lęku nadal i każdy objaw, że może dziać się coś złego traktują bardzo poważnie i bardzo odpowiedzialnie. Nie mam szans więc na bagatelizowanie sytuacji. Nie mogę nie powiedzieć, że przecież dramatyzują, bo sama na taką nadopiekuńczość sobie zapracowałam. Nie powiem, że jest mi z tym łatwo, bo przecież jestem typem, który nie znosi wręcz nadopiekuńczości, „cackania” się ze sobą czy mówienia o zdrowiu w ogóle. Jestem wrażliwą pracoholiczką, co z pewnością nie pomaga. Przeżywam mocno dramaty i problemy ludzkie, nie mogąc się  na chłodno od tego odcinać. Pędzę w tej swojej robocie jak sprinter, bo przecież czasu wciąż mało, bo wszystko jest ważne, ale z wojskową dyscypliną staram się dbać o sen, o to, by jednak jeść, brać leki i badać się regularnie. Spaceruję często plażą i szukam wytchnienia w widoku morza. Rozpieszczam tym siebie, bo wiem, jak bardzo pomaga mi to odpocząć, oderwać się od najważniejszych przecież problemów świata. Nie mogę tego świata naprawić, choć bardzo bym chciała, ale mogę naprawiać siebie, swój mały świat. Chcę więc trwać w nim jak najdłużej i wiem, aby tak było, należy odpowiednio zadbać zarówno o ciało, umysł jak i emocje. Patrzę z uwagą w przyszłość myśląc o tym co będzie jak zestarzeje się moje ciało i będę wymagała opieki. Mam jeszcze trochę czasu na to, by popracować nad sobą i pozwolić sobie na zaopiekowanie przez innych. Trudne sytuacje nie powinny nigdy pozostawać naszą i tylko naszą sprawą. Bliskość rodziny i przyjaciół nie ma nic wspólnego z niechcianą często litością, ale jest wskazana by móc pozwolić sobie na słabość, na czułość i opiekę. To nasze niezbywalne prawo bez względu na wiek. 

 

- reklama -