Miłość w korporacji cz. 20

0
85
fot. arch. SPOT
- reklama -

Love killer

Poradnik
Do każdej z bransoletek dołączony był poradnik dotyczący tzw. ryzykownych zachowań mogących prowadzić do wystąpienia miłosnej psychozy. Autor omawiał poszczególne kategorie ludzkich zachowań i ich ewentualne uczuciowe konsekwencje. Grażyna i Janusz poświęcili jeden wieczór na zapoznanie się z jego zawartością.
– Punkt pierwszy… seks – przeczytała Grażyna zarumieniwszy się wycinkowo.
… jest zasadniczo obojętny wobec stanu zakochania. Znacznie bardziej groźne są pocałunki z racji swej wrodzonej intymności i nieokreśloności. O ile sytuacje seksualne są ze swojej motorycznej natury monotonne, posuwisto – zwrotne, wielokrotnie powtarzalne, o tyle pocałunki niosą ze sobą konieczność językowo-podniebieniowo-wargowo-zębno-nosowo-ocznej wirtuozerii. Pocałunek testuje wstępne potwierdzenie hipotezy „drugiej połówki” i to od niego w znacznym stopniu zależy uruchomienie parapsychotycznych mechanizmów paranoidalno-depresyjnych odpowiedzialnych za miłość…
– Boshe – zreflektowała Grażyna – jak to czytam, to mam wrażenie, że gdzieś tam w lepszym świecie umiera mały kotek –
Pałeczkę przejął Janusz.
…generalnie wymiana płynów ustrojowych u osób znajdujących się w stanie „pogranicza”…
– Pogranicze… to o nas – powiedział spojrzawszy na Grażynę.
… zazwyczaj kończy się ostrym stanem zakochania w przeciwieństwie do wymiany płynów przypadkowej, np. na imprezie w stanie znacznej intoksykacji alkoholowej lub w sytuacji spontaniczno – drogowej. Ta pierwsza kończy się zwykle kacem pospolitym oraz lekkim moralniakiem a ta druga koniecznością wykonania dodatkowych badań po pobraniu krwi…
– Uuuu…. – skrzywiła się Grażyna – seksem się nie przejmujemy, bo się nie wydarzy.
Powiedziała te słowa z pewnością siebie, lecz w ostatniej chwili spojrzała uważnie na Janusza.
Ten jednak tego nie zauważył, lecz przyłapał ich sam program aktywując czerwony kolor na wyświetlaczu.
W eter popłynął znajomy: „Love hurts”.
Janusz – świadom niewinności stanu swojej duszy i czystości swoich myśli już chciał spojrzeć znacząco na Grażynę, lecz dźwięki ustały a ekran sam powrócił do stanu wyjściowej zieleni.
– Falstart – powiedziała pospiesznie Grażyna i przewróciła kartkę na drugą stronę.
– Wspólna praca w ciasnych pomieszczeniach – przeczytał Janusz.
… mijanie się, ocieranie aury o aurę, przelotne przypadkowe muśnięcia a przede wszystkim nieustanne naruszanie przestrzeni intymnej prowadzi do narastania bliskości i może wyzwalać znacznie poważniejsze stany…
– To nam raczej nie grozi – powiedziała Grażyna – Ołpenspejs jest przestrzenny a nasze boksy mimo tego, że ułożone obok siebie, nie naruszają przestrzeni intymnej.
– Wspólne patrzenie – tym razem Grażyna nagłośniła lokalny nagłówek.
… do najbardziej ryzykownych zachowań zaliczamy wspólne patrzenie w tym samym kierunku i zasadą jest, że im dalej para patrzy tym gorzej dla pary. Przykładami najbardziej znanych patrzeń tego typu są: patrzenia na horyzont, patrzenia w dal, patrzenia na zachód słońca, patrzenia na gwiaździste niebo. Wyjątkiem – jeżeli chodzi o odległość – jest patrzenie na ognisko w dwóch wariantach: siedząc obok siebie i dużo gorsze – jeżeli mówimy o zagrożeniach – siedząc naprzeciwko, po dwóch stronach ogniska z ryzykiem narażenia się na przelotne muśnięcia spojrzeniowe poprzez płomienie. Stosunkowo neutralne jest patrzenie na pszczółkę zapylającą kwiatek (za wyjątkiem patrzenia na zapylanie malin, truskawek, czereśni i poziomek, winogron i brzoskwiń – o czym później).
– Patrzyliśmy gdzieś wspólnie? – zapytała.
Zastanowili się przez chwilę skanując wspomnienia.
– W borowinowym Jacuzzi siedząc obok siebie, gapiliśmy się na otaczające nas północnoafrykańskie palmy –
– Z tego nie mogła się narodzić żadna miłość – powiedziała z przekąsem Grażyna a Janusz przyznał jej racje kiwając głową.
– Liryka miłosna i erotyka motoryzacyjna – przeczytał i spojrzał ze zdziwieniem na poszczególne słowa, składające się w zdanie.
– Dochodzimy do clou ryzyka miłosnego – oznajmiła Grażyna.
Janusz pochylił się nad poradnikiem jakby nie dowierzał jego zawartości.
– Analiza ryzyk lirycznych na przykładzie „W malinowym chruśniaku” Bolesława Leśmiana –

- reklama -

„W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.”

Słowa wyprowadziły ich z pokoju. Wypłynęli na szeroki przestwór bezkresnego błogostanu.
Ech… – Grażyna wydała z siebie wieloznaczny dźwięk będący mieszaniną uznania i tęsknoty – cudne 🙂
… na przykładzie „Malinowego chruśniaka” widać wyraźnie, że tego rodzaju poetyka językowa to niebezpieczny wulkan uczuciowo – erotyczny. Dwoje ludzi zrywa maliny w malinowym chruśniaku, w którym są „zapodziani po głowy” a same maliny „przybyły tej nocy” co wydaje się dziwne, bo maliny w chruśniaku rosły i to od dawna i nie mogły przybyć „w nocy” chyba, że maliny symbolizują coś innego, co się mogło tej nocy wydarzyć (np. seks) a o czym podmioty liryczne wiersza milczą lub nie chcą opowiadać wprost, tylko na okrętkę, symbolicznie, poezyjnie.
– Lubię poezję – pomyślała Grażyna i przeleciało przez nią rozedrganie zrodzone z okruchów liryki zgromadzonych w okolicach trzewi.
– Lubię maliny – pomyślał Janusz a przestrzeń widokową wypełniły mu domyślne piersi Grażyny.
Oszołomiony i zmieszany tym faktem odgonił halucynacje, rad, że nie wywołały reakcji bransoletek. Skupił się na kontynuacji poradnika starając się ukryć delikatny policzkowy rumieniec.
„Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.”

… Partnerka w dusznej od malin atmosferze rwała maliny szepcząc. Czemu szepcząc a nie mówiąc lub orzekając, oznajmiając, trajkocząc jak to w stylu mają liczne kobiety. Bo szept jest wyzwalaczem uczuć a trajkotanie lub ględzenie je zabija…
– To o mnie – powiedziała Grażyna – za dużo gadam…
… Czemu atmosfera ma być „duszna od malin”. Zapewne poetycko znaczy to, że jest „gęsta” od emocji, pragnień i nadziei a połączenie tego z malinami ma znaczenie erotyczno-miłosne par excellence…
– Mam ochotę na maliny – powiedział nagle Janusz – może wyjdę gdzieś i kupię.
– Mamy niehandlową niedzielę – ostudziła go Grażyna – a na stacji benzynowej tego nie uświadczysz.
Popatrzyła na dalsza część poradnika.
– Jest cytat –

„Metafory są rzeczą niebezpieczną. Z metaforami nie należy igrać. Miłość może się narodzić z jednej metafory.”
Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”

– Piękne – pomyślał Janusz.
– Piękne – pomyślała Grażyna.
Druga zwrotka wiersza – rymem okalającym – wprowadziła ich w nastrój igraszek metaforami.

„I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.”

… „I stały się maliny narzędziem pieszczoty” – zabiera nas w esencje ludzkiej kochliwości opartej na zboczonych metaforach. Docieramy do kwestii kompetencji. Mężczyzna, który tzw. ogrodową okazję na seks jest w stanie zamienić na finezyjną, wieloznaczną, metaforyczną pieszczotę maliną – staje się mistrzem. Lecz nie chodzi o to, żeby mężczyzna nacierał, pocierał, muskał, wypełniał, miętolił czy też gniótł maliny i rozprowadzał je po ciele kobiety, co zwykle doprowadza do powstania w jej zagłębieniach osobliwości przypominającej stan kompotowo – marmoladowy lub mieszankę o charakterze frużeliny…
– Dżizas – jęknęła Grażyna.
… Chodzi o użycie malin w pieszczotach słownych, lirycznych, metaforyczno – symbolicznych. Chodzi o zaprzęgnięcie maliny i chruśniaka będącego jej domem, do stworzenia sytuacji bez innego wyjścia niż zakochanie. Pieszczota słowna zachowuje jakże podniecającą wieloznaczność i zdolność do projekcji wewnętrznych stanów, pragnień a nawet zranień w przestrzeń. W zewnętrzną malinę.
– Projekcja wewnętrznych pragnień w zewnętrzną malinę – rozmarzyła się Grażyna i zamknęła oczy.
Bransoletki ożyły czerwienią. Sygnalizator rozpoczął odliczanie sekundowych sekwencji. Wokalista Nazareth Dan Mc Cafferty skarżył się na miłość.
„Love is like a flame, it burns you when it’s hot”
Janusz czytał nadal ryzykując przejście do następnego poziomu.
… Nie o nacieranie wiec tu chodzi, lecz o malinową symbolikę skoncentrowanych do chwili obecnej pragnień, w pierwszym malinowym podmuchu zakochania. Pieszczotą jest raczej samo przebywanie w bezpośredniej bliskości malin, ich esencjonalnie zmysłowa obecność, fakt, że schronienie daje w chruśniaku owoc niezwykły z rodziny różowatych, soczysty, kipiący smakiem i obiecujący spełnienie w trakcie konsumpcji…
– Chyba rośnie mi temperatura – powiedziała niespodziewanie Grażyna – Janusz?!!
– Tak?
– Zorganizuj malinowy podmuch zakochania… będziemy chłonąć ich esencjonalnie zmysłową obecność –
Pojawił się nowy poziom i Ian Curtis rozpoczął wprowadzanie w stan uczuciowej beznadziei.
– „Love, love will tear us apart again”
„Moja Luśka ciągnie od dołu” – przeczytał niespodziewanie Janusz.
– Co? – blask w oczach Grażyny zniknął. Napięcie wróciło do normy. Temperatura opadła. Trzęsienie ziemi się nie wydarzyło. Wszystko zgasło i ucichło.
– Moja Luśka ciągnie od dołu, to cytat z forum motoryzacyjnego Lancii – powiedział Janusz i dodał:
– Kolejna część poradnika, czyli erotyka motoryzacyjna – antidotum miłości –
Efemeryczny woal zmysłowej błogości, który otaczał Grażynę, pękł na dobre.
– Zepsułeś piękno tej chwili – powiedziała rozczarowana.
– I o to chyba chodzi w tego rodzaju motoerotyce – powiedział Janusz.
… erotyka motoryzacyjna – charakterystyczna dla mężczyzn – to szczególny rodzaj mowy wiązanej opartej zazwyczaj na seksualno – metaforycznym opisie obiektu motoryzacyjnego. Przykładem tego mogą być wyrażenia typu „Moja Luśka ciągnie od dołu” (czyli Lancia ma wysoki moment obrotowy dostępny od niskich obrotów) lub „Cytryna nie zagadała” (silnik nie zapalił) i „jest do dopieszczenia” (trzeba ją wrócić do mechanika, który musi ją naprawić)…
– O… Jestyryno… – jęknęła zawodząc.
… ten rodzaj erotyki wskazany jest celem studzenia relacji zagrożonych miłością. Opowiadanie o samochodzie jakby był kobietą wymagającą działań uczuciowo-seksualnych powinien studzić miłosne zapędy…
– Boshe –
Janusz poszedł za ciosem.
– Przyprawy. –
– Przyprawy? – zapytała zadziwiona Grażyna po przeczytaniu kolejnego tytułu.
– Przyprawy i owoce – dopowiedział Janusz.
– Boshe –
Czasem go to irytowało. Te wszystkie okrzyki typu Boshe, Dżizas, o Mamo, Jestyryno, które Grażyna nabyła nie wiadomo gdzie i używała nie wiadomo po co.
– Czytamy –
… o przyprawach możemy mówić bez ich używania, możemy ich używać bez mówienia. Tylko te dwa stany są groźne dla naszego zdrowia psychicznego. Wystrzegamy się romantycznego lecz nieco dramatycznego rozmarynu ( casus „o mój rozmarynie rozwijaj się”), sensualnie afrodyzjalnego lubczyka, orientalnej garam masali (przywołującej na myśl pozycję rozkwitającego lotosa z kamasutry); czarnuszki (zwanej lolitką wśród przypraw) i dzięcieliny szarej (wywołującej natychmiast po spożyciu psychozę miłosną w przeciwieństwie do dzięcieliny białej powodującej gejzery biegunkowe) i wielu, wielu innych, szczególnie tych o orientalnym brzmieniu przypominającym opowieści z tysiąca i jednej nocy…
– Ewidentnie brakuje mi tu kozieradki – powiedziała Grażyna
– A mnie sezamu o smaku orzechowym – powiedział Janusz.
– To niebezpieczne, że tak swobodnie mówimy o przyprawach? –
Spojrzeli na bransoletki, lecz te trwały w audiowizualnym bezruchu.
– Cóż za brak szacunku dla kozieradki…
– I dla sezamu o smaku orzechowym…
… Reasumując, jeżeli nie zamierzamy się zakochać zdecydowanie unikamy rozmarynu, czarnuszki, lubczyka oraz dzięcieliny szarej. Unikamy mówienia o nich. Jeżeli już zdarzyło nam się coś jednak powiedzieć, to rżniemy głupa i wypieramy się wszystkiego. Jeżeli już zdarzyło nam się użyć tych przypraw w potrawie, to milczymy o tym. Na wyraźne stwierdzenie „jakież to smaczne” i następujące po nim pytanie „a czym to przyprawiłeś?” kłamiemy oznajmiając, że „Warzywkiem” za 7,90 za kilo w promocji z Biedronki lub Żabki. Celem studzenia uczuć używamy ordynarnej soli (za wyjątkiem himalajskiej), wulgarnego pieprzu (za wyjątkiem cayenne) i pospolitego majeranku; można również wspomnieć o grochu lub fasoli; ewentualnie kapuście zasmażanej…
W obszarze owoców zagrożenie może być jeszcze większe. Absolutnie wystrzegamy się myślenia o, mówienia o i spożywania: truskawek, czereśni, malin i poziomek. Poważne zagrożenia niosą również winogrona oraz brzoskwinie. Jakiekolwiek ślady przypadkowej konsumpcji usuwamy z warg i rąk natychmiast, nie dopuszczając do ścieknięcia lub rozprzestrzeniania się.
W sytuacji użycia ww. owoców werbalnie, udajemy, że nie mówiliśmy „poziomka” tylko, że „spotkaliśmy w Galerii ziomka”; „malinę” odwracamy w „spotkałem Halinę”, a „truskawkę” w „emocjonalną huśtawkę”. Wiadomo, że to głupie, ale lepiej wyjść na głupiego niż zakochanego.
Jeżeli już jednak staliśmy się nieostrożni i nierozważni i spożyliśmy razem np. malinę to sytuacja jest fatalna, ale nie beznadziejna. Zawsze można ratować się natychmiastową konsumpcją salcesonu (najlepiej wieprzowego) lub wykorzystaniem fallicznego banana, który z natury swej jest nieco plugawy. Wręczamy go koleżance przyglądając się bezczelnie, co pocznie z fantem publicznej lub quasi-publicznej konsumpcji w przestrzeni otwartej lub półotwartej. To zabije najlepiej zapowiadające się uczucie, lecz w niektórych przypadkach (wiadomo – różnice indywidualne) może nas narazić na seks. Jeżeli już tak nieszczęśliwie się stało, że jesteśmy kobietą, to wręczenie banana mężczyźnie po skonsumowaniu z nim maliny sprawi, że wyjdziemy na kompletną idiotkę, pozbawioną wyczucia sytuacji. Na to samo wychodzi. Grozi nam przypadkowy seks lecz nie poważne uczucie.
Ciekawe są indywidualne sposoby na poszczególne sytuacje. Wspólne spożycie winnego grona można zneutralizować tylko wystruganiem z matriarchalnej dyni gadżetu na hallowen. Konsumpcji soczystej brzoskwini zaradzimy nadgryzając neutralną gruszkę z intensywnym wpatrywaniem się w biodra potencjalnie niechcianej partnerki. W ostateczności poważne błędy i zaniedbania w obszarze spożycia ryzykownych owoców niwelujemy jabłkiem (szczególnie polecana jest reneta landsberska, w razie braku stosujemy pospolitą malinówkę), które to jabłka pozornie symbolizując pokusę, po spożyciu wywołują długotrwałe poczucie winy i intensywne stany tęsknoty za utraconym rajem. Tak więc widzimy, że do pewnego momentu na każde zagrożenie mamy antidotum, ale nie należy z tym przesadzać, bo wiadomo: lepiej zapobiegać niż leczyć.
Milczeli. Musieli zrobić sobie dłuższą przerwę na znalezienie odpowiedniego miejsca w mózgu, gdzie można pochować nowo zdobytą wiedzę.
Kolejny rozdział został przeczytany przez Janusza.
– Środki wyrazu. Interpunkcja. Gramatyka. Ortografia. Wady wymowy. Czcionki. Czasy. Filozofia i Facebook. Czeska literatura. Cytaty. –
… unikając miłości wystrzegamy się używania poetyki, szczególnie białej, liryki pozbawionej lubieżności, dwuznaczności, alegorii, porównań i paraboli, nie szepczemy i nie milczymy razem; nie używamy wielokropków, wśród których najgorsze są trzykropki, nie zadajemy pytań retorycznych, nie używamy zdań niedokończonych, nie mówimy, że błędy ortograficzne są efektem dysortografii ( u niektórych kobiet lub mężczyzn może to budzić instynkty opiekuńcze a te mogą prowadzić wiadomo do czego ). Stosujemy czcionki powszechnie używane typu „times new roman” lub „arial” zamiast np. „deja vu sans” lub „Lućjola”. Unikamy czterowersowych strof, rymów krzyżowych lub okalających, daleko posuniętych parabol. Z filozofii preferujemy marksizm, unikając sensualizmu, egzystencjalizmu i Nietzszego. Nigdy przenigdy nie rozmawiamy o czeskiej literaturze, bo możemy się przypadkowo natknąć na „Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery. Nie cytujemy Alicji z krainy czarów (np. „Pozdrawiam grudniowo. Choć dzisiaj znowu jakby wiosna” lub „Podążaj za białym królikiem”) i „Doliny Muminków” – („Można leżeć na moście i patrzeć, jak przepływa pod nim woda. Albo biegać i brodzić w czerwonych botach po mokradłach. Albo zwinąć się w kłębek i przysłuchiwać się, jak deszcz pada na dach. Bardzo jest łatwo miło spędzać czas.”). Trzymamy się z dala od synestezji. Na facebooku lajkujemy tylko strony typu „jestem wolny/a i chuj”. Nie stosujemy polskich znaków. Nie używamy czasu zaprzeszłego np. gdybym ci ja pomyślała była…
Grażyna nie wydała z siebie żadnego okrzyku. Janusz milczał próbując uporządkować myśli. Bali się przewrócić kartkę na kolejną stronę. Trwało to wszystko bezdźwięczną chwilę, która przeminęła za sprawą Grażyny.
– O mamo moja – powiedziała – facet jest Mega zakręcony.
– Dobra, kończymy – powiedział Janusz – jeszcze tylko „spojrzenia i łączenie ryzyk”.
…osobną rzeczywistością kreującą miłość są spojrzenia. Żeby zakwalifikować je do niebezpiecznych trzeba, aby nie były wulgarne i wprost obejmujące pierwszo, drugo lub trzeciorzędowe cechy płciowe kobiet lub mężczyzn. Nie za długie i nie za krótkie. Raczej domyślne z doczepioną wyobraźnią własną i stymulowaną spojrzeniem wyobraźnią partnera lub partnerki. Unikamy spojrzeń przelotnych, ukradkowych i nieoczywistych…
Janusz spojrzał na Grażynę. Pomyślał sobie, że wszystko co do tej pory robił nieświadomie, bezwiednie, naturalnie i spontanicznie zostało już gdzieś w mądrych poradnikach nazwane, sklasyfikowane i zanalizowane. Pomyślał również, że tego typu zachowania mają już tysiącletnią historię i być może to, co wydaje mu się wyjątkowe z racji jego subiektywnego doświadczenia w rzeczywistości jest już wyświechtanym banałem. Poczuł się malutki. Obdarty z wyjątkowości i intymności. Czekał na Lenę a jego tęsknota i lojalność były tylko kalką zapisanych we wzorcach wiekowych zachowań.
– Halo Janusz, tu ziemia – powiedziała Grażyna i przeczytała w rytmie dwuakcentowym:
– Łączenie ryzyk –
… najbardziej niebezpieczne bywają połączenia wielu ryzykownych zachowań. Przykład: wspólne siedzenie obok siebie na plaży i patrzenie na zachód słońca i pojawiający się cytat z „Nieznośnej lekkości bytu”.
Tekst typu:
„Kochać się z kobietą i spać z nią to dwie namiętności nie tylko różne, ale prawie przeciwstawne. Miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonej ilości kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu ( to pragnienie dotyczy tylko jednej, jedynej kobiety ).
… wypowiedziany niby w otwartą przestrzeń, ale tak naprawdę z myślą o siedzącej obok, to prawie pewna gwałtowna erupcja afektu.
Janusz zamknął poradnik.
Nad bransoletkami unosiła się zielona poświata. Pokój wypełniała cisza.
– Mam mniej więcej jasność – powiedziała Grażyna.
– Ja również – zgodził się z nią Janusz.
cdn…

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here