Prawdziwe życie bramkarza

0
515
Ondrej Raszka jest wychowankiem HC Ocelari Trzyniec. fot. archiwum prywatne
- reklama -

Hokej uczy dyscypliny i systematyczności, poszanowania zasad, pomaga młodym ludziom kształtować charaktery i odnaleźć wartości, którymi będą się kierować w życiu – mówi nam były bramkarz hokejowej reprezentacji Polski. Ondřej Raszka, choć zakończył czynną karierę sportową, więzi z tą dyscypliną nie zerwał. I wciąż pracuje z młodymi adeptami hokeja. Jednak od pewnego czasu w jego życiu najważniejsza stała się rodzina i wychowanie syna – Ondřeja juniora.

Ze sportem wyczynowym Ondřej Raszka pożegnał się w zeszłym roku, i była to decyzja wymuszona komplikacjami zdrowotnymi. Okazało się, że kontuzja, której nabawił się w czasie swoich ligowych występów, uniemożliwia mu dalszą grę. I choć pierwsze miesiące po rozstaniu z profesjonalnym sportem były dla niego trudne, to jednak odnalazł dla siebie nową życiową ścieżkę. Podjął zawodową pracę poza hokejem, mnóstwo czasu poświęca rodzinie, a w wolnym czasie trenuje najmłodszych hokeistów. – Rzeczywiście, pierwsze tygodnie były trudne, do dziś wciąż nie oglądam meczów. Kontuzji nabawiłem się w meczu ligowym GKS-u Tychy, którego barwy wówczas reprezentowałem, a później klub rozwiązał ze mną kontrakt – mówi. Rozstanie z dyscypliną, którą uprawiał od najmłodszych lat, nie było łatwe, bo przecież „bycie trzydziestolatkiem” to najlepszy wiek dla bramkarza. W perspektywie miał jeszcze przynajmniej kilka sezonów gry na ekstraligowym poziomie. – Tak, wiem, że często ludzie mówią, że prawdziwe życie bramkarza hokejowego zaczyna się po trzydziestce. Los napisał dla mnie jednak inny scenariusz, i wiele wskazuje na to, że właściwie powinienem mu być wdzięczny. Gdyby nie szybka diagnoza, to wkrótce miałbym o wiele poważniejsze problemy zdrowotne, i zamiast skupiać się na wychowywaniu dziecka, musiałbym mierzyć się z kolejnymi operacjami – przyznaje.

Chciałem zostać bramkarzem

Spotykamy się w Cieszynie, i Ondřej szybko daje namówić się na wspomnienia, bo jednak hokej wypełniał dużą część jego życia. Swoją przygodę z tym sportem rozpoczynał podobnie jak wiele innych dzieciaków – na pierwsze treningi zaprowadzał go ojciec. I choć syn początkowo nie był przekonany do tej dyscypliny, to po pewnym czasie hokej go „wciągnął”. Na dodatek dość szybko uznał, że chce zostać bramkarzem. – W Czechach, w każdy sobotni poranek w telewizji leciał taki program ze skrótami meczów z NHL, z najważniejszymi, często widowiskowymi paradami bramkarskimi, i to mi się szalenie podobało. Dlatego chciałem zostać bramkarzem – wspomina. Jak mówi, nigdy rodzice do niczego go nie zmuszali, zresztą ojciec Ondřeja sam chciał grać, ale jego rodzice nie zgodzili się. – Pewnie dlatego tata zarówno mnie, jak i o dwa lata starszego brata prowadził na treningi, by dać nam szansę, której sam nie dostał – wyjaśnia. Przyszły golkiper reprezentacji Polski szybko załapał hokejowego bakcyla, wychowywał się pod opieką najlepszych trenerów bramkarskiej młodzieży. W swoim zespole, HC Stalownicy Trzyniec, rozegrał wiele spotkań w grupach młodzieżowych i juniorskich, zdążył też zadebiutować w seniorskim składzie. A potem rozpoczęła się jego, trwająca kilkanaście lat, peregrynacja po wielu ligowych polskich klubach. Nim trafił do pierwszego z nich, czyli KTH Krynica, kilka miesięcy spędził na Słowacji. – Gdy występowałem w juniorskiej drużynie z Trzyńca przyszła do klubu propozycja ze słowackiego HC Martin, by wesprzeć tamtejszych juniorów. Przyjąłem ją, bo gwarantowała mi regularne występy. Spędziłem tam pół sezonu. Wprawdzie Trzyniec wciąż był dla mnie otwarty, jednak zdawałem sobie sprawę, że w tym klubie zawsze było wielu dobrych bramkarzy i szansa na granie byłaby niewielka albo mocno ograniczona – opowiada. W tym czasie w polskich rozgrywkach pojawiła się istotna – z perspektywy Ondřeja – zmiana w przepisach dotyczących liczby obcokrajowców, mogących grać w krajowej lidze. – Zawodnik z innym obywatelstwem, ale mający polskie korzenie, nie był już traktowany jako obcokrajowiec – wyjaśnia okoliczności, w jakich trafił do polskiego hokeja. Z ekstraligowymi klubami był związany przez kilkanaście kolejnych lat, z małymi przerwami na występy w Wielkiej Brytanii oraz w klubach z Piska i Prościejowa. W Polsce reprezentował barwy Krynicy, Podhala Nowy Targ, KH Sanok, Cracovii Kraków, Polonii Bytom, GKS Katowice, JKH GKS Jastrzębie oraz GKS Tychy. Z każdego z tych klubów ma dobre wspomnienia, jednak te najważniejsze bezdyskusyjnie są związane z grą w zespołach z Jastrzębia i Nowego Targu – z pierwszym wywalczył dwa Puchary Polski, z drugim brązowe medale. – Choć osiągałem i inne sukcesy, to jednak te zdobywałem, będąc pierwszym bramkarzem. Taki sukces smakuje o wiele bardziej – przyznaje.

- reklama -

Raszka, co ty tutaj robisz?

Do Podhala trafił w 2014 roku, po występach w Cracovii, HK Sanok czy GKS Katowice, i do dziś pozostał mu ogromny sentyment do Nowego Targu. – Postrzeganie miast, z którymi się wiążemy, zmienia się wraz z wiekiem. Gdy byłem młody i miałem 20 lat, to wtedy Kraków wydawał się świetnym miejscem, było gdzie wyjść na tzw. „miasto”. Z wiekiem jednak wszystko się zmienia, dlatego tak bardzo spodobała mi się ta specyficzna cisza na Podhalu – wspomina. I choć z miejscem tym nie jest już związany od lat, to wciąż pozostał mu sentyment, i stara się, by przynajmniej kilka razy w roku tam pojechać. – Niedawno byłem z żoną w Nowym Targu, bo chciałem jej wszystko pokazać, gdzie mieszkałem, chcieliśmy też zobaczyć wystawę pamiątkowych zdjęć związanych z jubileuszem klubu. Przed przyjazdem żona pytała mnie, czy ktokolwiek mnie tu może jeszcze pamiętać. I już na wjeździe do miasta na billboardzie zobaczyłem się na zdjęciu, a w hotelu, przy wejściu do windy pierwszy napotkany człowiek zapytał: Raszka, co ty tutaj robisz – śmieje się. Rzeczywiście, jest wciąż rozpoznawalną postacią, bo polskich klubów ekstraligowych, których barw nie reprezentował, można policzyć… na palcach jednej ręki. Doskonale więc poznał zaplecze większości z nich. Pytany dlaczego polski hokej nie może się wybić i powrócić do grona najlepszych odpowiada, że kluczowa jest praca z młodzieżą. – W chwili, gdy polska liga stała się „open”, do klubów dołączyło wielu obcokrajowców. Choć kluby te przez jakiś czas osiągały lepsze wyniki, to z perspektywy ligi, reprezentacji czy szkolenia nie dało to właściwie nic poza doraźnym sukcesem. Widziałem pracę z młodzieżą w klubach, w których występowałem, i widziałem, że jest słabo. Znam przecież doskonale system szkolenia choćby w Trzyńcu – tłumaczy. Czeski model pracy z młodzieżą dostrzegł w JKH GKS Jastrzębie, do którego pozostał mu ogromny sentyment, w końcu tam osiągnął największe sukcesy. – Najważniejsze mecze, do których wracam pamięcią, to finały obu Pucharów Polski w barwach Jastrzębia. Najpierw zmierzyliśmy się z Podhalem, a rok później z Unią, w obu pojedynkach nie straciliśmy ani jednej bramki – przypomina. Spośród najważniejszych spotkań, jakie pozostaną z nim na zawsze, jest również decydujący mecz o brązowy medal w barwach Podhala przeciwko drużynie z Sanoka.

Lubię rolę taty

Część kibiców, przede wszystkim polskiego hokeja, pamięta Ondřeja Raszkę jako reprezentacyjnego bramkarza. Droga do kadry nie była jednak prosta. Zawodnik pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego, polskie obywatelstwo otrzymał w 2015 roku (w Republice Czeskiej przepis o podwójnym obywatelstwie obowiązuje dopiero od 2014 roku). – Koledzy niejednokrotnie pytali mnie, czy czuję się bardziej Czechem czy Polakiem. A ja zwykle się nad tym jakoś specjalnie nie zastanawiałem, mieszkam na Śląsku Cieszyńskim, w wymiarze reprezentacyjnym grałem dla Polski. Jestem po prostu i Czechem, i Polakiem – mówi. Gdy pojawiła się propozycja gry dla Polski, ani przez moment się nie wahał. Szybko przygotował wszystkie niezbędne dokumenty, część z nich skompletował w Goleszowie, bo tam rodzice babci brali ślub. W reprezentacji debiutował w wygranym 4:0 meczu przeciwko Rumunii. Nie miał wtedy jeszcze przyznanego obywatelstwa, sprawa była w toku. Jednak światowa federacja hokejowa zgodziła się, aby zagrał w tym spotkaniu w Toruniu. W reprezentacji Polski rozegrał kilkanaście spotkań, i choć nie walczył z nią o medale mistrzostw świata czy olimpiady, to jednak ma mnóstwo wspomnień. – Zagrałem mecze z interesującymi przeciwnikami, jak choćby Francja czy Norwegia. Wówczas to były zespoły występujące w światowej elicie. Lubiłem występy w kadrze, ceniłem sobie również z nią wyjazdy, jak choćby do Kanady, Finlandii i Ukrainy – opowiada. Przez długie lata hokej był całym jego życiem. Jednak wszystko zmieniło się wraz z pojawieniem się syna. – Oczywiście wciąż potrafiłem skupiać się na grze i podczas meczów wyłączać cały świat dookoła. Jednak gdy tylko opuszczałem lodowisko, od razu zaczynałem żyć rodziną – przyznaje. Dlatego przełomowym momentem okazał się dla niego pandemiczny rok 2020. Najpierw z zespołem z Jastrzębia stracił szansę na walkę o mistrzostwo Polski, bo rozgrywki zostały zawieszone, później podpisał kontrakt z klubem z Trzyńca. Jednak bezsprzecznie najważniejszym wydarzeniem było pojawienie się na świecie syna – Ondřeja juniora. – Lubię rolę taty. Dlatego cieszę się, że mam teraz taką pracę, która pozwala mi spędzać więcej czasu z rodziną. Wcześniej wciąż gdzieś musiałem wyjeżdżać, nawet gdy syn się urodził, ja tydzień później z kadrą wyjechałem na osiem dni. Teraz mam wszystko dobrze ustawione: idę rano do pracy, wracam do domu na obiad, potem z synem mamy drzemkę, a pod wieczór trenuję młodzież w hali. Jestem niemal cały czas z rodziną, wyjeżdżamy wciąż gdzieś razem. Nie chciałem być ojcem, którego syn zna tylko ze zdjęć i opowieści, chcę aby wychowywał się również ze mną – opowiada. Czy zaprowadzi kiedyś syna na lodowisko? – Myślę, że junior sam mnie o to poprosi. Wie, że grałem kiedyś w hokej. Ma już dwa latka i jak widzi hokej w telewizji, od razu woła: tata, tata. I chyba polubił bramkarski fach, bo gdy tylko zobaczy bramkarza, od razu przyjmuje bramkarską pozycję, z szeroko rozstawionymi nogami – śmieje się Raszka.

Be happy, but never satisfied

Dziś Ondřej nie żałuje, że został zawodowym sportowcem i przez kilkanaście lat grał w hokej. – Sport każdemu daje pewne umiejętności. Jest szkołą życia, zwłaszcza w dyscyplinach drużynowych, gdzie wszyscy są od siebie uzależnieni i w jakiś sposób ze sobą związani – tłumaczy. Bramkarz to jednak trochę odrębna historia, bo choć gra się w drużynie, jest się zarazem w pojedynkę. Mówi się nawet, że aby być golkiperem w hokeju, trzeba nosić w sobie gen szaleństwa. – Bramkarz zawsze gra pod ogromną presją, bo gdy błąd popełnia gracz z pola, to zawsze jest ktoś, kto ten błąd naprawi. Bramkarz już takiej możliwości nie ma. Dlatego w trakcie spotkania zawsze było najważniejsze, aby wyłączyć głowę, nie myśleć o tym, że gramy jakiś superważny mecz. A po straconym golu nie można go było rozpamiętywać, tylko skupiać się na kolejnych strzałach – wyjaśnia. Ondřej Raszka nie miał pożegnalnego meczu, więc nie miał okazji by oficjalnie rozstać się z kibicami, których istotną rolę w sporcie zawsze mocno podkreślał. – Lubiłem dostawać od nich wsparcie, czasami z bramkarzami dyskutowaliśmy o ich roli. Teraz gram czasami, zupełnie amatorsko w hokej, i widzę ogromną różnicę. Grając przy wypełnionych trybunach zawsze dawaliśmy z siebie jeszcze więcej – przyznaje. Mimo że rozstał się z zawodowym hokejem, jednak nie stracił kontaktu z tą dyscypliną. Aktualnie szkoli młodzież w Trzyńcu, ale praca trenerska pochłania go już od dobrych kilku lat. Przypomina sobie, jak przed dwoma laty dołączył do zespołu Stalowników jeszcze jako bramkarz, a młodsi zawodnicy na początku mówili mu „dzień dobry”. – Myśleli, że jestem trenerem, choć był wtedy ich kolegą z zespołu – wspomina z uśmiechem. Jako zawodnik nigdy nie zagościł dłużej w składzie Trzyńca. – Chyba tak to miało być. Podpisałem kontrakt w wieku 30 lat, i nie udało mi się przebić. Nie ubolewam nad tym, trenowałem z nimi, do dziś mam swoje miejsce w Werk Arenie, czasami spotykam graczy i zawsze ze sobą porozmawiamy – przyznaje. Swoje doświadczenie przekazuje uczestnikom m.in. Campu Chmielewskiego, czyli wakacyjnych obozów organizowanych przez Arona Chmielewskiego, napastnika Stalowników Trzyniec. Gdy Ondřej Raszka występował jeszcze w Anglii, na jego kasku pojawiła się sentencja: „Be happy, but never satisfied”. To cytat z Bruce’a Lee, legendarnego sportowca i aktora, którego życiowa filozofia stała się mu bliska. To dlatego lubi podkreślać, że jeśli nie wyszedł ci mecz, trzeba o nim szybko zapomnieć. – I tak samo dzieje się ze zwycięstwami – gdy wszystko się udaje, trzeba pamiętać o tym, że musimy dalej pracować. Nie wolno zadowalać się chwilowym sukcesem, tylko wciąż iść do przodu. I to nie tylko w sporcie – podsumowuje.