Kartka znad słodkiego morza

0
360
- reklama -

Kończy się lato. Nie byłem jeszcze na prawdziwych wakacjach. Co najwyżej na wyprawie w Bańskiej Bystrzycy, gdzie słowaccy poeci zapytali mnie o współczesną, polską poetkę, Bogumiłę Kielar. Nie znałem jej poezji. Ale już wiem, że została nominowaną do Nagrody Orfeusza. A jej subtelne wiersze przepisaliśmy sobie w domu z internetu, aby się nimi delektować

Moje wakacje zależą wyłącznie ode mnie. Nie muszę dostosowywać ich do harmonogramu podyktowanego przez Dział Kadr. Nie muszę zawieszać swej działalności i szukać zastępstwa. Co najwyżej trzeba by było mi znaleźć opiekuna dla ewentualnych pupilów. Ale od czego ma się rodzinę, którą, w razie czego, zaproszę do siebie pod moją nieobecność.
Nie lubię wyjeżdżać, kiedy miasto nasycone jest koncertami, projekcjami, folklorem i wszelakimi skarbami z cieszyńskiej trówły.
Zanim wmieszam się w tłum międzynarodowych turystów, siądę na rower, aby objechać swoją krainę. Z uwagi na zróżnicowanie terenu nie jest to łatwe. Z górki się jeszcze da zjechać. Ale są podjazdy wymagające wysiłku. Szczególnym utrudnieniem jest negatywny stosunek do cyklistów niektórych kierowców, współużytkowników dróg. Kiedy sam przesiadam się z samochodu na rower, postrzegany jestem przez innych, zmotoryzowanych, jako samobójca. Trzeba dużej odwagi, aby sobie rowerem u nas pojeździć. Nie wypuszczam się więc w trasę, gdy wszyscy spieszą do pracy, lub z pracy wracają do domu. Weekendowe wyjazdy rowerem też zdają się być ryzykowne. Zdarzają się bowiem i nierozważni, niedzielni rowerzyści, z którymi się można czołowo zderzyć. Fizycznie lub słownie. Aby poczuć się bezpiecznie i komfortowo, wybieram wiejskie drogi prowadzące nie wiadomo dokąd. Taką miałem zawsze ideę, aby dać się ponieść fantazji i sinej dali. Bo na tym polega m o j e odkrywanie świata, który zawsze był, ale poza moją świadomością, jeszcze przeze mnie niezauważony. Współczesność elektronicznych map trochę mi zdewaluowała ideę jazdy w nieznane. Bo to nie jest błądzenie. To jedynie szansa, aby zakrzyknąć, widząc nowy horyzont – eureka!
Byłem świadkiem daremnej, gorzkiej debaty na temat ścieżek rowerowych w naszym mieście. Polakom łatwiej jeździć za granicą po czeskich poboczach i szlakach rowerowych aniżeli w ojczyźnie naszej. Chlubimy się rowerowym „Żelaznym szlakiem”, od Zebrzydowic w kierunku Jastrzębia i dalej. Ale trzeba jeszcze do tego szlaku jakoś dotrzeć. Robimy to przez Czechy, bo wygodniej się jedzie i nikt z samochodu nie poucza mnie o niestosowności mojego jednośladu na szosie. Na trasie dowiadujemy się od czeskich cyklistów w Petrovicach, że warto jechać koło Rybiego Domu w Loukach i zobaczyć Wieżę Piastowską w Cieszynie. Spotkaliśmy też seniora na wrotkach, który przysiadł się do nas podczas postoju nad Olzą. On patrzy życzliwie w stronę Polski, gdzie pieką, jego zdaniem, lepszy chleb. My zaś czujemy się w jego kraju, czyli w Czeskiej Republice, jak u siebie. Jednocześnie przypominam sobie, ilu to cieszyniaków chodzi po smaczniejszy chleb przez most, po czeski chleb. Ale jak mawiał mój tato, wszędzie jest chleb o dwóch skórkach. Wszędzie są blaski, są i cienie. Najważniejsze jest jednak to, aby zdążyć do domu przed deszczem. Deszczem, który przenika przez kask, pelerynkę, bieliznę, obuwie aż po skarpetki.
Trudno wyjeżdża się z Cieszyna. Trzeba pokonać niejedną górkę. Albo pokonać stres, kiedy za plecami ma się kolejny samochód. Trudno jest wyjechać, kiedy do miasta zjechało się tylu gości zagranicznych, z którymi chciałoby się porozmawiać. Oni nasze miasto uważają za urocze. Znajdują w nim zakamarki, których uroda nam dawno spowszechniała. Ich zachwyt odbieram jako swoistą rewitalizację miejsca, w którym żyję na co dzień. Należy dodać, że kursanci Letniej Szkoły Języka i Kultury Polskiej, w moim mniemaniu, też stanowią urodę naszego miasta. Niektórzy z nich zamierzają studiować w Polsce. Inni, z uwagi na polskie korzenie, pragną podtrzymać za granicą narodową tradycję. Są tacy, którzy po prostu wchodzą w biznes turystyczny i zamierzają utrzymywać nadal kontakt z Polakami. Kiedy zapytałem Egipcjanina, ile umie już po polsku, całkiem poprawnie zadał mi pytanie. – „A ile ty umiesz już po arabsku?”
Oprócz cześć, czyli „salaam alaikum” i że, „Allah akbar”, nie wiele miałem mu do powiedzenia. Ale perspektywa spotkania się z Egipcjaninem w okolicach piramid wydała mi się kuszącą. Zgoła inną rozmowę miałem z Hiszpanką, która umiała już po polsku. Jednak przekonana była, że mimo wszystko językiem urzędowym w Polsce jest język rosyjski. W rozmowie z Gruzinami, którzy pytali mnie o drogę na stację, nie chcieli się w ogóle przyznać, że w języku rosyjskim możemy się dogadać. Angielski według nich jest bardziej cywilizowanym językiem. Bywa, że taki jest folklor letnich, wakacyjnych dni w moim, w n a s z y m mieście. Ale folklor z akcentem etnologicznym, ten prawdziwy, światowy, też tu dociera. Ten folklor stał się nagrodą dla tych, którzy Cieszyna nie opuścili odkładając swój urlop na inny termin. Albo do miasta specjalnie na pokazy dotarli.
Koncertu w ramach sześćdziesiątego już, jubileuszowego Tygodnia Kultury Beskidzkiej, jako niezwykłego widowiska, nie przegapiłem. Zespół z Serbii przywołał mi refleksję na temat starosłowiańszczyzny. Pomyślałem – przecież z jednego, słowiańskiego plemienia się wywodzimy! Tureccy artyści w bogatych strojach przywołali na myśl ubiegłoroczne wakacje w ich kraju. I zaraz sobie przypominałem, jak jest po turecku „dzień dobry”, jak jest „dziękuję”. Ale najważniejsza była dla mnie prezentacja rodzimego, śląskiego folkloru przez Zespół Pieśni i Tańca Ziemi Cieszyńskiej oraz grupę „Slezan”. Widząc kuzynkę śpiewającą w chórze, usiłowałem sobie wyobrazić naszą babcię Anię jako młodą, piękną gaździnkę w wydarzeniach ważnych dla niej, jej sąsiadów i dla całej okolicy. Jak tańczy, jak śpiewa. Folklor świata, który zawitał do Cieszyna, zostawił głęboki ślad w mych myślach i w sercu. Obijał się długo echem w mieście. Podczas rodzimego festynu na Górze Zamkowej – Skarby z Cieszyńskiej Trówły, szansę występów na estradzie dostała cieszyńska „Torka” i ustrońska „Równica”. Nie wiem, który jest lepszy, bo lubię oba.
Po upalnych dniach, już od samej Anki, są chłodne poranki, pachnie jesienią. Nie umiem się z tym pogodzić, że czas tak szybko ucieka. Chociaż, gdy oglądam ugwieżdżone niebo i myślę o ziarenkach światełek z krańca Kosmosu, to każda chwila zdaje mi się ważna, urocza. A każda porażka, w tej perspektywie, śmieszna.
Na brzegu Karwińskiego Morza szukam cienia wśród bogatej przyrody. To morze obejść można spacerkiem w niecałą godzinę. Trzy kilometry pieszo naokoło. To wystarczający spacer. Ale są i ścieżki w zagajnik pełen ziół, jeżyn i ciszy. Nawierzchnia wokół morza świetna jest dla tych, co na rolkach, więc ruch tu spory. Są naturalnie i rowerzyści. Jest i atrakcja – odcinek mini-plaży, piaszczystej, z ławeczkami na trawniku. Z platformą na wodzie, czyli na morzu, do której koniecznie trzeba dopłynąć.
Po raz pierwszy dotarliśmy tu z Cieszyna rowerem szlakiem wzdłuż Olzy. Można też było jechać przez Stonawę, obok kopalni. Sama Stonawa kojarzy mi się z minioną epoką. Był bowiem zamiar budowy koksowni w jej okolicy. Wówczas po polskiej stronie mocno protestowano przeciw tej inwestycji. Koksownia przyczyniłaby się do znacznej degradacji Zielonego Śląska. Rekultywacja terenów pokopalnianych, to był dla mnie nowy temat w rozmowie z ludźmi pamiętającymi początki zagospodarowywania terenów po przemyśle wydobywczym. Jadąc do Karwiny samochodem, czy rowerem, intrygowała mnie łąka po lewej stronie, wznosząca się i zasłaniająca dalszy widok. W dali są już tylko Beskidy z Łysą Górą na linii horyzontu. Wiejski pejzaż miesza się tu bardzo brutalnie z infrastrukturą przemysłową. W drodze nad morze, w Darkowie, nad rozlewiskiem, gdzie składowana jest skała płonna, przycupnęły stada mew. Te mewy to jedyny akcent kojarzący mi się z morzem. Bliskość hałd wywołuje wspomnienie o Gustawie Morcinku. Trzeba by wrócić po wakacjach do jego „Pokładu Joanny”, do „Gwiazd w studni”, do biedaszybów, do Łyska ciągnącego urobek.
W pejzażu nad wodą widzę charakterystyczną wieżę kopalni. Ale wokół siebie mam dobrze zorganizowany park. Samochód trzeba zostawić na zaimprowizowanym, bezpłatnym parkingu. Szlaban nie broni pieszym czy rowerzystom wstępu nad wodę. Są tu przebieralnie, toalety, kubły na śmieci. Tereny zielone świetnie nadają się na biwak. Jest jednak kategoryczny zakaz rozpalania ognisk. Wędkarze mają tu swój łowiecki rewir. Mnie zafascynowała bogata szata roślinna. Dziurawiec, wrotycz, nawłoć, pokrzywa, jeżyny, dzika róża. Zadrzewiono całą okolicę. W upalny dzień dobrze mi w cieniu. W gąszczu zagajnika zaszyli się nieco głębiej – ale w bliskości z wodą – naturyści. Są profesjonalnie wyposażeni wędkarze i wodniacy z różnorakim sprzętem pływającym. Ja mam tylko składany fotelik, wałówkę, sporo napojów, ręcznik i książkę. Rozmyślam, jak tu będzie w kolorowej jesieni? Jak bardzo monochromatycznie w zimie? Chyba tu powrócę.
Morze zdaje się być międzynarodowe, czyli internacjonalistyczne. A woda łączy nas, jak to robotnicze hasło, jeszcze sprzed rewolucji. Romów, Czechów, Polaków. Był nawet Albańczyk rozmawiający z nami po angielsku. Rodzina ukraińska żegnała się z nami po czesku.
Ktoś zasłabł, więc dotarła tu karetka z pierwszą pomocą. Zjawił się też policjant, aby upomnieć tych, co bezrozumnie rozpalili małe ognisko. Pod wieczór podleciały do nas zbłąkane gołębie w poszukiwaniu okruchów. Nurogęsi towarzyszyły nam dyskretnie, gdy pływaliśmy w kierunku głębin. Tak jakby akceptowały wszystkich.
W mieście ktoś na murze nagryzmolił, że – „wolne miasto Cieszyn żąda dostępu do morza”. Nie określił do jakiego morza. Tak więc to Karwińskie Morze, oddalone około dwanaście kilometrów od Cieszyna, niechaj nam będzie chociaż namiastką radości i osłodą na lato. Osłodą, bo morze to słone nie jest. Ale darzy zbawienną ochłodą w upalne dni lata.
Powoli się już pakujemy. Po kieszeniach upychamy ostatnie ciepełko. Pozdrawiamy wszystkich, którzy do bagażnika swego samochodu ładują kolejną walizkę. Pozdrawiamy również tych, którzy na pewno zdążą jeszcze na autokar, na pociąg, na samolot, na swoje zasłużone wakacje.

- reklama -