Miłość w korporacji

0
18
- reklama -

Lena

– Coś jest ze mną nie tak – pomyślał Janusz patrząc na swoje odbicie w lustrze. Nie był z siebie zadowolony. Szczerze mówiąc, to ocierał się wręcz o stan melancholijno – depresyjny; był rozżalony i osowiały, a spowodowane to było serią nieudanych historii damsko – męskich. Pomyślał, że przyciąga niewłaściwe kobiety i obecnie pozbawiony jest szans na satysfakcjonujący związek. Grażyna, Meredith i Pani Kanapka, to w jego mniemaniu ciąg porażek, z których żadna nie otarła się nawet o spełnienie.

- reklama -

W tak nostalgicznych okolicznościach postanowił odwiedzić po raz kolejny gabinet korporacyjnego psychologa i porozmawiać o swoim życiu. Lecz jakież było jego zdziwienie, gdy zastał w nim mężczyznę znacząco odmiennego od poprzednika. Tym razem w głębokim wiktoriańskim fotelu, zasiadał postawny, siwy mężczyzna z brodą, w wieku około 60-tki; za gustownymi okularami ukrywał się głęboki wzrok pełen 40 letniej praktyki, w dłoni znajdowała się fajka odstawiona od ust na widok wchodzącego korpopracownika.

Janusz przygotował się do rozmowy. Wikipedia dostarczyła mu niezbędnych wiadomości, dotyczących wpływu rozmaitych traum z dzieciństwa na teraźniejszość, pisma kobiece określały wzorzec idealnej miłości a programy w stylu „Rolnik szuka żony” przydawały niezbędnej wiedzy o potencjalnych problemach, ryzyku i konieczności posiadania właściwej strategii.

Janusz zwierzył się więc ze swoich kłopotów powiązanych z kobietami i podzielił się refleksjami dotyczącymi wpływu traumatycznego dzieciństwa. Wspomniał o zaborczej i kontrolującej matce oraz odlecianym, zamglonym i nieobecnym ojcu. I na tym skończył.

– Po pierwsze – rozpoczął psycholog spoglądając na kłębiący się przed nim delikatny dym – gdzie znajduje tu Pan jakaś tragedię?

Janusz zaskoczony nie odpowiedział na zadane mu pytanie.

– W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odbywał Pan satysfakcjonujące stosunki seksualne z dwiema pięknymi kobietami, w tym jedną szczególnie atrakcyjną, będącą poza zasięgiem 87% męskiej populacji. Szczerze mówiąc to zazdroszczę Panu.

Janusz zdziwiony takim postawieniem sprawy dalej milczał.

– Po drugie proszę się nad sobą nie użalać, bo tego się już nie da słuchać. Mdli mnie. Pański rzekomy problem nie ma nic wspólnego z Pana dzieciństwem.

– Jak to? – zapytał w końcu zaskoczony Janusz.

– A tak to – powiedział psycholog i wskazał na zawieszony na ścianie dyplom ukończenia studiów – to ja tu jestem fachowcem a nie Pan i nasza Korporacja mi płaci, żebym dzielił się moją wiedzą i mądrością z takimi jak Pan – tu nabrał powietrza szukając równocześnie odpowiednich słów – małymi żuczkami, trybikami umieszczonymi w wielkiej maszynie do robienia pieniędzy, więc powinien mnie Pan słuchać a nie dyskutować bez sensu i celu. 

Janusz – oszołomiony i zmieszany tym co usłyszał – wpatrywał się w Korporacyjnego psychologa największymi w swojej historii oczami. Spodziewał się pochylenia nad swoim losem, zrozumienia zaznanego jako dziecko cierpienia, uważnego wysłuchania i, o ile dobrze zapamiętał z internetu, pytań w stylu: „i co Pan teraz czuje?” lub np. „Musiało to być dla Pana bardzo trudne…” itp. Nic z tego.

W końcu – po dłuższej chwili doszedł do siebie i zapytał:

– Ale, czy nie powinien być Pan nieco delikatniejszy w wyjawianiu mi tej prawdy? –

Riposta była natychmiastowa.

– Proszę Pana, czy gdyby Pan sam płacił za tą wizytę, to chciałby Pan ode mnie usłyszeć prawdę, czy raczej miałbym Pana delikatnie głaskać celem dalszej pielęgnacji Pańskich neurotycznych stanów?

– Chciałbym, żeby mi Pan wyjawił prawdę – odpowiedział po chwili wahania Janusz.

-Więc prawda jest taka – psycholog mówił beznamiętnie pykając fajką – Pana przygody z kobietami nie mają nic wspólnego z dzieciństwem, Pan ma po prostu pecha – psycholog zatrzymał się na chwilę i wypuścił z ust kolejną porcję amfory – najzwyczajniejszy na świecie niefart. –

Dym wydobył się z ust Psychologa jak wybuch gejzeru i na moment wypełnił przestrzeń pomiędzy rozmawiającymi czyniąc ich wzajemnie niewidocznymi.

– Jest już Pan dużym chłopczykiem – rozpoczął ponownie tyradę, jak się nieco przejaśniło – który powinien doskonale wiedzieć, że nic w życiu nie przychodzi łatwo i bez wysiłku; jak mówi mądra księga – proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. 

– Proste – dodał wstając z fotela i podszedł do Janusza.

– Ale przecież dzieciństwo – zająkał się Janusz – to przecież fundament… dorosłego funkcjonowania, przecież o tym piszą w psychologicznych książkach?!

– Psychologia się myli – odpowiedział terapeuta.

– To co Pan tutaj robi? – zapytał zbity z tropu Janusz.

– Muszę jakoś zarabiać na życie – stwierdził szczerze psycholog i nagle zmarkotniał.

Wstał dostojnie, podszedł do drzwi i je otworzył, po czym zanim wskazał Januszowi drogę w stronę korpokorytarza, dodał na koniec zapatrzony gdzieś w przestrzenie własnego niespełnienia:

– Zawsze… chciałem zostać szewcem –

————————————————————

O poranku – przed pójściem do Korpo – Janusz ponownie stanął przed lustrem. Tym razem jednak nie oddawał się depresyjnym rozmyślaniom, tylko wszedł do wanny, gdzie dokonał bardzo starannych czynności higienicznych oraz – gdy wydobył się z piany – ogolił wąsa, nadał paznokciom cywilizowane półokrągłe kształty, popodcinał przerost włosów w otworach usznych, nozdrzu lewym i pod obiema pachami, wyrównał szczecinę na klatce piersiowej zgodnie z szablonem znalezionym w magazynie Esquire, nasmarował ciało mieszaniną kremu nivea i olejku dla niemowląt, wyprasował starannie tercet swoich najlepszych koszul i wypachnił dezodorantem o egzotycznej, trudnej do zapamiętania nazwie, lecz stanowczym, przebojowym zapachu z nutą zdobywcy, nutą objawiającą się na finalnym etapie głębi. Dodatkowo pożegnał się z sandałami a obuł stopy w nowe – specjalnie uchowane na specjalne okazje – skarpetki.

Tak upiększony, zaznawszy porannego liftingu udał się do swojego miejsca pracy w Ołpenspejsie.

———————————————–

Grażyna i Janusz pracowali nad czymś mocno skoncentrowani. Zapowiadał się kolejny dzień w wielkiej międzynarodowej Korporacji, która nawet jeżeli nie dawała pełni szczęścia, to zapewniała spełnienie podstawowych potrzeby przynależności i bezpieczeństwa.

– Wydział Kontroli Wewnętrznej Korporacji. – wyrwał ich z czynności pracowniczych kobiecy głos.

Podnieśli oboje głowy. Do ich boksu podeszła kobieta i przedstawiła się.

– Nazywam się Lena Brzęczek – powiedziała – proszę oto jest moje upoważnienie do przeprowadzenia kontroli na wydziale X, sekcji Y, boksie Z, czyli tutaj obecnym – mówiąc to wskazała na konstrukcje, przy której znajdowali się Janusz i Grażyna – w dniach od pierwszego do dziesiątego listopada tegoż roku, z pominięciem dnia pierwszego, będącego dniem wolnym od pracy ale nie od troski o korporacyjne wspólne dobro. Tematem kontroli będzie przestrzeganie i poszanowanie przez pracowników praw i interesów naszej Korporacji. –

Lecz Janusz po chwili przestał słuchać wypowiadanych przez kontrolerkę oficjalnych formuł i skupił się na jej intrygującym wyglądzie.

Była niewątpliwie piękna. Źródłem tegoż piękna było ciało i osobowość, lecz to, co stanowiło jądro atrakcyjności, to niezwykłe dopracowanie i perfekcyjna oprawa. To jakby wewnętrzny wulkan kobiecej energii, gejzery dzikości i pożądania, strumienie pragnień i fantazji – jakby to wszystko zostało uregulowane i uchwycone, oswojone i osiodłane, dopięte na ostatni guzik, zakute w gorset – społecznego przystosowania, norm i regulacji, procedur i wytycznych, zaleceń pokontrolnych i zasad savoir-vivre, dekalogu korporacji lub być może nawet łańcuchów wewnętrznej samokontroli.

Lena Brzęczek ubrana była w klasyczną garsonkę koloru szarego grafitu, uszytą z materiału, który nie ulega gnieceniu i mechaceniu. Z tym, że słowo „mechacenie” nabrało natychmiast innego charakteru i oderwało się od pierwotnego materiałowego znaczenia, wypełniając Januszową duszę odgłosami stękania, miętolenia i tarmoszenia.

Garsonka kontrolerki składała się z dwóch części: żakietu i sukienki. Ten pierwszy był krótki, dopasowany w pasie oraz szczęśliwy, że może się dostrajać do idealnych kobiecych kształtów. Żakiet aż piał ze szczęścia mogąc zaprezentować na biuście trzy guziki i dwie zaszewki oraz odciąć się w pasie talią podkreślaną baskinką z zakładkami. Z zazdrością spoglądał na kolejnego bohatera – rękaw o długości ¾ zakończony poszerzającym się akuratnym i ponętnym jak koronkowe majteczki mankietem.

Sukienka za to była szykowna, klasyczna i ołówkowa. Dekolt okrągły i stanowczo zakrywający, lecz dający do myślenia. Na biuście cięcia francuskie w stylu oralnym, podkreślającym jednocześnie feministyczne zdecydowanie właścicielki. W zestawie pasek wiązany w talii, mogący służyć do zastąpienia kajdanek przy zabawach z kaloryferem (proszę wybaczyć ale takie fantazje pojawiły się w wyobraźni Janusza). Rękawek krótki, wykończony gumką – dopasuje się do każdej grubości ręki, nawet obcej, noszącej zamiary delikatnego molestingu. Z tyłu suwak kryty, najlepiej sprawdzający się przy rozpinaniu. Szare pończochy zawieszone na pasku wpadały w czarne skórzane buty zakończone obcasami, zaprawionymi w wystukiwaniu melodii stanowczości i równouprawnienia.

Zapewne zadajecie sobie Państwo pytanie skąd Janusz – nieco buraczany w kwestiach relacji międzyludzkich i zapewne pozbawiony dobrego gustu – był w stanie tak szczegółowo opisać Lenę. Otóż odpowiadam: nie mam pojęcia. Ale wiem, że na świecie zdarzają się rzeczy, o których się psychologom nie śniło i przypuszczam, że Januszowe „przebudzenie w kwestiach gustu” zaliczyć możemy do tej samej kategorii, co mówienie językami – zdolność odkrywaną przez przypadkowe osoby w trakcie zbiorowego, religijnego uniesienia.

Kontrolerka kontynuowała.

– Poproszę o komplet dokumentów za okres 2010 – 2017, w tym wszystkie zestawienia rozmów prowadzonych ze służbowych telefonów, korespondencji mailowej, rejestry wyjść do sanitariatów, zestawienie bliskich po mieczu i kądzieli, audiowizualny zapis przerw lanczowych oraz czynności wykonywanych w kanciapie; proszę o kserokopię wyżej wymienionych dokumentów i poświadczenie ich za zgodność z oryginałem przez osobę do tego upoważnioną. Poproszę o użycie do tego pieczątki z czerwonym atramentem, a do podpisu – zgodnego ze wzorem podpisów z karty lojalnościowej – długopisu żelowego niebieskiego oraz do tego, na każdej stronie aktualna data. Poproszę o ponumerowanie stron w przypadku dokumentacji wielostronnej. Potrzebne będą również stosowne oświadczenia w oryginale w liczbie 87. Wyżej wymienione dokumenty powinny się znaleźć do jutra, do godz. 10.00 w pokoju biura Zarządu, na dębowym biurku Pani… och przepraszam… Panny Meredith. Dziękuję. – 

Tymi słowami Lena zakończyła czynności kontrolne tegoż dnia i oddaliła się w tylko sobie znanym kierunku, pozostawiając Janusza w mieszaninie strachu i pożądania a Grażynę w wieloczynnikowej panice i konfuzji, wzmocnionej użytym terminem – rejestru czynności w „kanciapie”.

- reklama -

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here