Pani poseł, posłanka czy może posełka?

0
102
Feminatywy, rok 1918. Źródło Wikipedia
- reklama -

Mają swoich zwolenników i przeciwników zarówno wśród samych kobiet, jak i wśród mężczyzn. Jednych rażą nienaturalnością, dziwnością czy trudnością w wymowie, inni nie widzą problemu w wymowie, a raczej w mentalności i poglądach.

Dyskusje wokół feminatywów nie są wcale sprawą nową. Mam na myśli okres międzywojenny – czas znaczących przeobrażeń polityczno-społeczno-obyczajowych. Ponad stuletni brak państwowości zdeterminował specyfikę ruchów kobiecych na ziemiach polskich, ściśle powiązaną z ideami niepodległościowymi. W odróżnieniu od francuskich czy brytyjskich sufrażystek, kobiety w Polsce, rozproszone w trzech zaborach, walczyły nie tylko o swoje prawa. Polki w różny sposób angażowały się w ruch narodowo-wyzwoleńczy – dbały o przekazywanie kolejnym pokoleniom polskiego języka i kultury, pisały broszury propagandowe, zbierały pieniądze na wojsko, brały udział w akcjach wywiadowczych i kurierskich, walczyły też nierzadko z bronią w ręku, często w męskim przebraniu, tworzyły Ochotniczą Ligę Kobiet. Wreszcie w 1918 roku odniosły podwójne zwycięstwo – Naczelnik Państwa dekretem z 28 listopada przyznał kobietom bierne i czynne prawo wyborcze, potwierdzone później przez konstytucję marcową. Już w styczniu 1919 roku nadarzyła się pierwsza okazja, by z tego prawa skorzystać. Wówczas to większość partii politycznych umieściła na listach wyborczych kobiece kandydatki, a osiem znalazło się finalnie w pierwszym pozaborowym sejmie. W ówczesnej Europie nie było to oczywiste. Polki otrzymały czynne i bierne prawo wyborcze jako jedne z pierwszych w świecie – także przed Amerykankami. W sumie w całym dwudziestoleciu międzywojennym było około 50 parlamentarzystek. Sytuacja społeczno-gospodarcza, jaka wytworzyła się podczas I wojny światowej i po jej zakończeniu, sprzyjała również aktywizacji zawodowej kobiet, które zajęły miejsca wcielonych do wojska czy poległych mężczyzn. Pracę zaczęły wówczas podejmować po raz pierwszy w historii przedstawicielki klas średnich i uprzywilejowanych. Ponadto niepodległa Polska umożliwiła kobietom podjęcie studiów uniwersyteckich i uzyskiwanie tytułów naukowych. Obecność kobiet w różnych sferach życia, które do tej pory zarezerwowane były dla mężczyzn, spowodowała wzrost zapotrzebowania na nowe nazwy żeńskie zawodów, stanowisk czy tytułów. I jest to okres, w którym bardzo wiele takich nazw powstało, a dzięki m.in. ówczesnym środkom masowego przekazu i rozwojowi kultury popularnej zaistniały okoliczności sprzyjające rozpowszechnianiu i utrwalaniu się tych nazw. Co charakterystyczne dla tamtego okresu, to – przeciwnie niż dzisiaj – stosowanie feminatywów uważano za naturalne, oparte na tradycji języka polskiego. Używanie nazw męskich w odniesieniu do kobiet było sprzeczne z „duchem języka”, a tym, którzy je stosowali, zarzucano łamanie zasad polszczyzny. Wiele nazw żeńskich, które w tym czasie wzbogaciły język polski (a które w okresie PRL-u wyszły z użycia), wraca obecnie do polszczyzny, choć najczęściej bez świadomości ich językowej kontynuacji. Przykładem jest nazwa kierowczyni. Została ona zaproponowana jako żeński odpowiednik słowa kierowca przez redakcję czasopisma motoryzacyjnego „Lotnik i Automobilista” w 1912 roku. Poza nazwą kierowczyni można było w prasie międzywojennej natknąć się również na pochodzącą z języka francuskiego nazwę szoferka i nazwę automobilistka – w odniesieniu do kobiet zajmujących się sportem automobilowym, uczestniczek rajdów samochodowych. Jeśli uwzględnić fakt, że na lata 20. przypadają początki rozwoju motoryzacji w Polsce, to widać, że odnotowanie w języku obecności kobiet za kierownicą nastąpiło właściwie od samego początku. Potrzebę odrębnego nazywania kobiet kierujących samochodem zakwestionowano w czasach PRL-u: „Gdybyśmy od nazwy kierowca dorobili odpowiednią nazwę żeńską, to zaakcentowalibyśmy różnicę między mężczyznami a kobietami pełniącymi tę funkcję […]” – pisał Witold Doroszewski, uzasadniając, że akcentowanie tych różnic jest społecznie niepotrzebne. Nazwy kobiet za kierownicą odeszły zatem do lamusa – na tyle skutecznie, że w 2010 roku ogłoszono w Poznaniu konkurs na żeński odpowiednik wyrazu kierowca z powodu istnienia rzekomej luki leksykalnej. Zwycięskim słowem była kierowczyni. O utworzenie feminatywu od słowa kierowca poprosiła również kilka lat temu badaczka Jolanta Szpyra-Kozłowska w swojej ankiecie. Nazwę kierowczyni podało wówczas 72% ankietowanych, przekonanych, że zaproponowali nowe słowo. Tak oto, bez świadomości użytkowników, język zatoczył koło, wrócił do punktu wyjścia. 
Warto nadmienić, że wykładniki płci, wśród nich słowotwórcze, są w polszczyźnie dziedzictwem prasłowiańskim, a może i wcześniejszym. Od czasów najdawniejszych użytkownik języka polskiego dysponował odpowiednimi środkami, gdy chciał podkreślić fakt żeńskości. Feminatywy tworzone były w miarę potrzeb – na przykład w XVIII wieku autorka pamiętnika Proceder podróży i życia mego awantur, Regina Salomea Pilsztynowa, specjalizująca się w leczeniu chorób oczu (bez formalnego wykształcenia medycznego) tytułowała siebie medycyny doktorką i okulistką. Jak wspomniałam, pierwsze kobiety weszły do sejmu w 1919 roku, co stworzyło od razu wątpliwości nazewnicze. Jeszcze cztery lata później nieprzekonany czytelnik „Poradnika Językowego” pytał: „czy nie byłoby już o wiele lepiej posełka?, na co redakcja odpowiedziała: „Już się ustala nazwa posłanka i tylko niedbałe dzienniki piszą jeszcze poseł”. Fakt ten potwierdzają roczniki 1924 i 1925 czasopisma dla kobiet „Bluszcz”, w którym słowo posłanka wyraźnie dominuje nad sporadycznie występującymi propozycjami: kobieta-poseł i poseł-kobieta.
Popularności nazwy posłanka nie przeszkadzał fakt, że wcześniej wyraz ten oznaczał kobietę, „którą się posyła do kogo”, analogicznie jak posłańca rodzaju męskiego. Z kolei spośród możliwych nazw kobiety mającej przygotowanie pedagogiczne najbardziej upowszechniła się pedagogiczka. Po przeszukaniu treści na stronie www.polona.pl z zawężeniem do okresu międzywojennego można znaleźć 1001 przykładów użycia tej formy, głównie w ofertach pracy. Kolejną, poza oświatą, przestrzenią aktywności zawodowej kobiet stały się w tamtym czasie urzędy, banki czy firmy handlowe. Kobiety w nich zatrudniane nazywano: biuralistkami, kancelistkami, sekretarkami, urzędniczkami, a w zależności od zakresu obowiązków: bilansistkami, buchalterkami, korespondentkami, książkowymi, księgowymi, manipulantkami, maszynistkami, stenotypistkami. Formy żeńskie tworzono także od nazw funkcji kierowniczych w organizacjach, stowarzyszeniach, instytucjach. Pojawiły się więc prezeski, podprezeski, prezydentki, naczelniczki, dyrektorki, kierowniczki, inspektorki, podinspektorki. Oto piękny przykład ze sprawozdania z gazetki parafialnej:
O godzinie 14 odbyło się w ognisku żeńskiem walne zebranie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej Witkowo. […] wice-prezeska drh Koralewska; sekretarka i świetliczanka drh. Wojańska; skarbniczka drh. Woźniakówna; naczelniczka drh. Miśnikówna; chorążanka drh. Szcześniakówna; podchorążanki drh. Kawecka i drh. Kubasiakówna […]. Prezeską pozostała […] druhna Helena Dobraszówna („Wiadomości Parafjalne Parafji Witkowskiej” 7 lutego 1937).
Również tytuły i stopnie naukowe, a także nazwy specjalizacji naukowych miały swoje żeńskie odpowiedniki: doktorka, profesorka, adiunkta, botaniczka, etnografka. Używanie takich nazw jak: adiunktka, architektka, jeźdźczyni, stewardka świadczy o tym, że nie traktowano ich w kategoriach problemu natury wymawianiowej (fonologicznej) – dziś wskazuje się na ten czynnik jako jeden z argumentów za niestosowaniem nazw żeńskich. Zauważyć trzeba, że nazywanie kobiet formami żeńskimi, zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak we wcześniejszych etapach rozwoju polszczyzny, nie było bezwyjątkowe – w języku polskim można do kobiet odnosić również nazwy męskie. Proporcje pomiędzy użyciem nazw męskich w stosunku do kobiet i ich żeńskich odpowiedników ilustruje przykład: w „Mojej Przyjaciółce” architektką nazwano kobietę 
8 razy, architektem – 2 razy; detektywka wystąpiła 6 razy, detektyw w odniesieniu do kobiety – 2 razy; częściej za to nazywano kobietę inżynierem (12 razy) niż inżynierką (3 przykłady). W tym kontekście ważne jest, aby wspomnieć, że używanie żeńskich odpowiedników zawodów nie było w dwudziestoleciu międzywojennym w żaden sposób dla kobiet deprecjonujące, ujmujące powagi stanowiska czy sugerujące niższe kwalifikacje. 
Nie wszyscy jednak byli zwolennikami używania feminatywów. W niektórych wypowiedziach z okresu międzywojennego zwraca uwagę dystans wobec zasady wyrażania różnicy płci za pomocą rodzaju gramatycznego, co należy raczej interpretować w kategoriach psychologicznych i obyczajowych, a nie językowych: jako wyraz niechęci wobec zaistnienia nowego, wobec charakteru i tempa przeobrażeń, za którymi nie wszyscy nadążali i nie wszyscy akceptowali: „W miarę przypuszczania kobiet do studyów uniwersyteckich może będziemy musieli stworzyć jeszcze i magisterkę (farmacyi), a może i adwokatkę”. Wyraźną zmianę nastawienia można obserwować od lat 30. Wraz z rosnącym bezrobociem zaczęto coraz krytyczniej patrzeć na pracę kobiet, poszukujący pracy mężczyźni widzieli w kobietach rywalki. Odgórnym i systemowym rozwiązaniem, jakie zaczęto stosować, było zwalnianie z pracy mężatek. Wraz z kryzysem gospodarczym stopniowo cichły głosy opowiadające się za kategorycznym wymogiem tworzenia nazw żeńskich zgodnie z „duchem języka polskiego”. Potwierdza to, że za dyskusjami wokół nazewnictwa kobiet aktywnych zawodowo i społecznie w dwudziestoleciu międzywojennym stały przede wszystkim poglądy pozajęzykowe, były te głosy za lub przeciw coraz śmielszej obecności kobiet na rynku pracy i – szerzej – w przestrzeni publicznej. I chyba można powiedzieć, że dzisiaj jest podobnie. 
 
Bibliografia
E. Woźniak, Przełomowe dwudziestolecie. Lata 1918-1939 w dziejach języka polskiego, Wyd. Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2020, ss. 139-159.
- reklama -