Zapach, ściegi pamięci

0
275
- reklama -

„Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność”, Jolanta Brach-Czajna, „Szczeliny istnienia”

Są! Wołam do mojego męża Marka, żeby szybko przyszedł na taras. Lśniące białe punkty wznoszą się i opadają w cichym tańcu. Janiczki lub robaczki świętojańskie, tak na nie mówimy. Należą do rodziny świetlikowatych, chrząszczy zdolnych do bioluminescencji.

Od Jana upłynął już szmat czasu, pamiętam, że w Błogocicach lało jak z cebra, kiepskie warunki do obserwacji i do zachwytu. Nie było ogniska i nocnych opowieści, tylko alerty RCB, więc całkiem zapomniałam o tych mikro (do 2 cm) bio-latarenkach. Żyją tak krótko, jak ważki, najwyżej kilka dni. Nie mają otworu gębowego, nic nie jedzą w miłosnym amoku, bo ich jedynym celem jest wydanie potomstwa. Światło służy do wabienia i odnalezienia partnera. Niewielkie samice nie mają skrzydeł, nie latają, tylko wypatrują odpowiedniego okazu. Na jego światło odpowiadają charakterystycznymi błyskami odwłoka, by po uzyskaniu odpowiedzi móc zacząć rytualny taniec. Po świetlistej kopulacji składają w ziemi, pod ściółką, nawet do stu jaj, z których wykluwają się larwy. I tu dopiero robi się ciekawie, co tam owadzie rytuały i mistyczne światło – okazuje się, że larwy świetlików są prawdziwymi drapieżnikami i z upodobaniem zjadają ślimaki! Może nawet skuteczniej niż kaczka Agata, myślę z rozżaleniem, ale ona wciąż ma wybór, więc żywi się kaszą oraz własnymi jajkami na surowo. Czytam te biologiczne rewelacje w pośpiechu, żeby widzieć taniec godowy świetlików, musi być ciemno. Ekran iPada oślepia, trzeba klapę zamknąć i pozwolić, by zmysły zanurzyły się w mrok. Blisko siebie widzę machające szybko małe skrzydełka, a więc to samiec szukający swojej drugiej połowy. 
Po ostatnich deszczach w powietrzu czuć wilgoć, rzekę i las. I tę wątłą smugę słodkiego, nie do pomylenia z innymi, zapachu. Lipa, wąskolistna. Cztery wysokie drzewa rosną na samym skraju lasu. Pamiętam, że wiele  lat temu (może już ze trzydzieści) wzdłuż naszej ulicy rósł cały szpaler starych lip. Wycinano je jedna po drugiej, bo marniały. Lipy są wytrzymałe i długoletnie, ale nie lubią suszy i zasolonej ziemi. Ponadto, miododajne, przyciągają pszczoły, a to nie wszystkim się podobało. Zostały więc już tylko dwa drzewa przy skrzyżowaniu ulic Żeromskiego i Łowieckiej.  I te w lesie, gdzie mają dobre warunki do życia i nie zagrażają nikomu. Zapach najlepiej czuć w ciepły, bezwietrzny dzień. Cząsteczki olejków eterycznych unoszą się w nagrzanym powietrzu. Wdech – docierają do nosa, ściślej – nabłonka węchowego z jego 40-50 milionami receptorów. Powstały w biochemicznej reakcji elektryczny impuls dociera do opuszki węchowej, a z niej do odpowiednich miejsc w korze mózgowej. Dopiero tam tworzy się wzór, dzięki któremu jesteśmy w stanie odróżnić zapachy. Uwolnić właściwe neuroprzekaźniki, odpowiedzialne za uczucia zachwytu, energii, relaksu czy mobilizacji. Wiadomo, nie wszystkie są pozytywne, w końcu węch to ważny zmysł ostrzegający przed niebezpieczeństwem, ale też prowadzący nas feromonami, na ślepo – do miłości. Zapach to najstarszy i wciąż wspólny język świata ludzi, zwierząt i roślin. Najszybszy, intuicyjny sposób rozpoznania rzeczywistości. Nie obawiajcie się, nie mam umiejętności ani ochoty, aby iść dalej w naukowe rozważania, w  końcu mamy wakacje… Może jednak warto pamiętać o najstarszym greckim traktacie „De odoribus” (O zapachach) napisanym przez Teofrasta z Erezu – ucznia Arystotelesa, urodzonym ponad 300 lat p.n.e. Żeby sobie uświadomić, jak długo węch pozostawał niedocenianym, więc i niebadanym zmysłem, wystarczy przypomnieć, że Nagrodę Nobla w 2004 roku w dziedzinie medycyny przyznano Richardowi Axelowi i Lindzie B. Buck właśnie za badania nad odczuwaniem zapachów. Uzasadniając swój werdykt Komisja Noblowska stwierdziła, że uczeni ci dzięki serii pionierskich (!) badań wyjaśnili, jak działa zmysł węchu: „Węch długo pozostawał najbardziej zagadkowym z naszych zmysłów. Podstawy rozpoznawania i zapamiętywania około 10 tys. różnych zapachów były niezrozumiałe. Dzięki serii pionierskich badań tegoroczni laureaci rozwiązali to zagadnienie”. W dziedzinie węchu wiedza, szkiełko i oko mędrca, nie wyjaśnia wszystkiego, a nawet można powiedzieć, że wyjaśnia bardzo mało. Zapach bowiem nie istnieje samodzielnie jako obiektywne zjawisko, ale w całej symfonii (przepraszam za kicz) skojarzeń.
Lipa jest dla mnie symbolem lata, jak poziomki, skoszona trawa i liście pomidorów. Kiedy ukaże się lipcowy numer „Tramwaju” i będziecie mogli przeczytać ten felieton, zapach lipy i taniec świetlików przeminą. Euforia, którą wzbudziły, przemieni się w słodką melancholię dojrzałego lata, z aromatem jabłek i kiszonych ogórków. Ale nie przeminie bezpowrotnie? Przecież zapach to prawdziwy magazyn pamięci, przywołuje wspomnienia, wyzwala emocje. Mieszczą się w nim, jak w twardym dysku, tysiące plików. I kiedyś tam, w przyszłości, podobnie słodki zapach, jak za dotknięciem komputerowej myszki, otworzy plik, przywoła wspomnienie tamtego wieczoru na tarasie, tańczących janiczków i lipy. 
Wprawdzie nie zdążyłam już na wystawę „Poczuj” prezentowaną przez studentów Wydziału Wzornictwa ASP w Warszawie w Ogrodzie Botanicznym UW, ale warto zobaczyć, jak zagadnienie zapachu może inspirować młodych projektantów. Jak pisze dr Jakub Marzol, zebrane na wystawie projekty podejmują problematykę emocji, wspomnień, relacji z otoczeniem, ludźmi, samym sobą. Zachęcają do dialogu na temat zapachu, pomagają doświadczać i opisywać świat za jego pomocą, sprzyjają poszerzaniu świadomości i doznań.
„Poma”jak wyjaśnia autorka projektu Zuzanna Mażul, to zapachowy przedmiot osobisty, to odpowiedź na problem dyskomfortu psychicznego, odczuwanego w przestrzeni miejskiej, np. na ulicy czy autobusie. Poma to współczesna interpretacja popularnego w średniowieczu i renesansie pomandera – niedużej kulki zapachowej  używanej do odpędzenia brzydkich zapachów i ochrony przed chorobami. Projekt umożliwia własnoręcznego wykonania własnego wkładu zapachowego (…) Dzięki swoim niewielkim wymiarom oraz umieszczonej na tylnej ściance zapince obiekt jest łatwy w użytkowaniu  w przestrzeni publicznej – pozostaje przypięty do torby lub marynarki.  
 

Nie starczyłoby całego „Tramwaju”, by opisać związki zapachu i sfery sacrum. Więc tylko dotykam kolejny wątek, nie mogąc oprzeć się urokowi XIX-wiecznej balsaminki ze zbiorów Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Jak wyjaśnia Maks Kapalski, jest to używane na koniec szabatu żydowskie naczynie liturgiczne, służące do przechowywania wonnych ziół, zwłaszcza goździków, imbiru, muszkatu, ziela angielskiego z mirtem, czy płatków róży. Po włożeniu wonności, odmawia się nad nimi błogosławieństwo, a następnie wdycha ich zapach. Zwyczaj nawiązuje do odległej przeszłości, kiedy to w Pierwszym Przybytku, a potem w Świątyni Jerozolimskiej składano ofiarę kadzielną.

 

- reklama -
Balsaminka, fot. ze zbiorów Muzeum Śląska Cieszyńskiego