Cieszyńskie sentymenty Wisławy Szymborskiej – rozmowa ze Zbigniewem Machejem

0
547
- reklama -
Marcin Mońka: Aby przypomnieć Twoją znajomość z Wisławą Szymborską, musimy się cofnąć o kilka dekad, do lat 80. XX wieku…
 
Zbigniew Machej: Pierwsze osobiste spotkanie z Wisławą Szymborską zawdzięczam Kornelowi Filipowiczowi. W 1983 roku zacząłem go odwiedzać w Krakowie, byłem wówczas jeszcze studentem i mieszkałem całkiem niedaleko. Filipowicz z Wisławą Szymborską byli wtedy już mocno zaprzyjaźnieni, więc podczas jednej z wizyt natknęliśmy się z poetką na siebie u Kornela. Od początku czułem, że obdarowano mnie dużym kredytem zaufania. Osoby ze Śląska Cieszyńskiego jakby z założenia były traktowane przez Wisławę Szymborską życzliwiej. To zasługa Kornela, który swoją cieszyńską aurę przeniósł również na Wisławę. Gdy przyjeżdżali do Cieszyna, choćby na Targi Staroci, czuli się tu dobrze, spotykali się z przyjaciółmi Kornela sprzed lat, a także zawiązywali nowe zażyłości. W latach 80. do grupy przyjacielskiej skupionej wokół nich dołączyło parę osób – był w niej Jurek Kronhold, a ja byłem chyba najmłodszy w tym gronie. 
 
Spotykaliście się wówczas regularnie?
 
Widywaliśmy się co jakiś czas w Krakowie oraz  raz w roku, w dzień zaduszny, w Cieszynie. Raczej niewiele rozmawialiśmy wtedy o wierszach i literaturze. Wisława była znana z tego, że unikała takich tematów. Z kolei Kornelowi zależało na tym, aby osoby z Cieszyna zajmujące się literaturą były traktowane w Krakowie życzliwiej. Niemniej jednak debiutancką książkę wydałem w Warszawie, w Czytelniku, w 1984 roku, w prestiżowej serii i dzięki temu miałem się już czym „wylegitymować” w Krakowie, a następnie proponować nowe wiersze. Następną książkę, kilkunastokartkowy zeszyt z wyborem moich wierszy pt. Wiersze dla moich przyjaciół ukazał się w drugim obiegu, bez cenzury, w 1988 roku, właśnie dzięki Kornelowi. To było coś bardzo dla mnie ważnego. Pamiętna była wizyta Kornela i Wisławy w Cieszynie w 1985 roku, rytualny spacer na cmentarz komunalny, spotkanie w kawiarni Pod Jeleniem z panią Hertą Gorączko, dawną przyjaciółką Kornela z Zaolzia. A potem, jeszcze z Jurkiem Kronholdem, odwiedziliśmy grób Helmuta Kajzara na cmentarzu ewangelickim. Kornel zawsze odwiedzał dwa groby: grób ojca i babci oraz Tadeusza Regera, swojego socjalistycznego mentora sprzed wojny. W 1987 roku wróciłem do Cieszyna, pracowałem w szkole, gdy jednak zbliżały się przełomowe wydarzenia 1989 roku zacząłem jeździć częściej do Krakowa. Byłem wówczas nauczycielem języka polskiego w cieszyńskim LO im. Kopernika i zaproponowałem Wisławie oraz Kornelowi, że przyjadę z wycieczką utalentowanej szkolnej młodzieży cieszyńskiej. To, że zgodzili się na takie spotkanie było z ich strony wspaniałomyślnym gestem. 
 
To kolejny przejaw kredytu zaufania do ludzi stąd?
 
Cieszyn to ojczyzna Kornela Filipowicza – myślała sobie Wisława Szymborska. Gdyby nie relacja pomiędzy nimi wielu ludzi ze Śląska Cieszyńskiego prawdopodobnie nie wcieliłoby w życie najbardziej nieprawdopodobnych idei. Bo przecież człowiek stąd – Tadeusz Wantuła wpadł na pomysł, by szkoła podstawowa w Wędryni na Zaolziu nosiła imię wielkiej poetki współczesnej. To była naprawdę szalona intryga o niemal metafizycznym charakterze. Bo proszę sobie wyobrazić, że już po Nagrodzie Nobla proponujecie przyjazd poetce do Wędryni na spotkanie ze społecznością szkolną, by za jakiś czas, choć nie wiadomo kiedy, ta szkoła mogła nosić jej imię. Śmiałość tego pomysłu bardzo mi zaimponowała. W przeszłości Tadeusz Wantuła był również studentem polonistyki na UJ, i również pisał wiersze. I musiał istnieć między nimi kontakt. Przypominam sobie opowieść Wisławy o tym, jakiego Tadeusz Wantuła miał pięknego wąsa. A pamiętajmy, że wspaniały wąs zdobił również oblicze Kornela Filipowicza. Wychodzi więc na to, że mężczyźni z wąsami ze Śląska Cieszyńskiego wywierali szczególne wrażenie na Wisławie Szymborskiej.  
 
Na początku lat 90. wyjechałeś do Pragi, jednak o swoich poetyckich relacjach starałeś się nie zapominać…
 
Rzeczywiście w 1991 roku otrzymałem fantastyczną propozycję pracy w Ośrodku Informacji i Kultury Polskiej w czeskiej stolicy. Stworzyłem tam plan działań, w którym najistotniejszym zadaniem stało się pokazanie Czechom kultury polskiej, niedawno jeszcze zakazanej w obu krajach. Ówczesnym polskim ambasadorem w Czechosłowacji, pierwszym w III RP, był Jacek Baluch, slawista i bohemista, pracownik UJ, z którym też znaliśmy się wcześniej. Pan ambasador, sam trochę literat, również wybitny tłumacz, bardzo mocno wspierał moje praskie inicjatywy literackie, współpracowaliśmy więc mocno. I gdy pojawił się pomysł, by zaprosić do Pragi Wisławę Szymborską, chwyciłem za  telefon i do niej po prostu zadzwoniłem. To były kompletnie inne czasy, transformacja nie sprzyjała kulturze, środków mogło zabraknąć właściwie z dnia na dzień. Przyjmując ten trochę partyzancki model działania mieliśmy jednak to szczęście, że nasze propozycje spotykały się z życzliwością polskich twórców.
 
I tak było też w przypadku Szymborskiej?
 
Oczywiście, bardzo szybko ustaliliśmy termin praskiej wizyty poetki. I tak w maju 1992 roku Wisława Szymborska przyjechała samochodem marki Fiat 125 do Cieszyna z kierowcą, którym był znany mi również prof. Włodzimierz Maciąg, polonista i były redaktor „Życia Literackiego”, a przy tym świetny kierowca. Natomiast nasz samochód z Ośrodka w tym czasie wyruszał z Pragi do Ostrawy, by zabrać poetkę na pokład. Podróż do Pragi nie mogła być zbyt męcząca i długotrwała, więc wplątaliśmy w to wszystko jeszcze konsulat w Ostrawie, gdzie honory pełnił Jurek Kronhold. 
A w Pradze oczekiwał nas już pan ambasador Jacek Baluch, wielki miłośnik i entuzjasta limeryków. Przed wyruszeniem w podróż wiedzieliśmy, że mamy pewną misję do wypełnienia. Otóż jadąc do ambasadora, chcieliśmy stworzyć cały bukiet barwnych i zaskakujących limeryków, który byłyby naszym specjalnym, literackim dla niego prezentem. Pierwsze próby tworzenia pojawiły się już na pierwszym odcinku podróży z Cieszyna do Ostrawy. Jednak dopiero po wyjeździe z Ostrawy nastąpiła prawdziwa limerykowa eksplozja. Powstało ich wtedy naprawdę dużo. Niektóre z nich zapisałem na kartce dla ambasadora i ku wieczystej pamięci. Udało mi się zapisać ich kilkanaście.
To wszystko sprawiło, że podróż minęła nam szybko, a jednocześnie mogliśmy tymi utworami przywitać się z gospodarzem. A ja miałem  swoją ściągę, więc mogliśmy przedstawić dość duży wybór naszej podróżnej twórczości. W Pradze Wisława Szymborska miała intensywny program, odbyło się spotkanie, z udziałem profesora Maciąga i Vlasty Dvořáčkovej. Z tą czeską poetką i tłumaczką Wisława była zaprzyjaźniona, więc spotkanie bardzo się udało. Drogę powrotną odbyliśmy w ten sam sposób, a w Czeskim Cieszynie, podczas obiadu w Hotelu Piast, Wisława dyskretnie, na serwetce napisała odręcznie limeryk o sobie i wręczyła mi go na pamiątkę.
 
Ten wyjazd do Pragi z Wisławą Szymborską w maju 1992 roku przeszedł do legendy, a być może i historii literatury polskiej…
 
Autorki biografii Wisławy Szymborskiej, zatytułowanej „Pamiątkowe rupiecie”, czyli Joanna Szczęsna i Joanna Bikont napisały, że była to „legendarna wyprawa limerykowa do Pragi”. 
Podróż zaowocowała publikacjami, choćby w „NaGłosie”. Wtedy wyszło na jaw, że Wisława pisuje również rzeczy zabawne, a nawet frywolne. Przedtem wiedziano o tym w bardzo wąskim kręgu. I chyba dopiero po Nagrodzie Nobla rozpoczęło się oswajanie Szymborskiej jako nie tylko elitarnej poetki, która zajęła wysokie miejsce na parnasie literatury, ale również autorki, która lubi sobie pogrywać i zabawić się dowcipami językowymi, a przy tym wszystkim jest obdarzona bardzo wyrafinowanym poczuciem humoru. 
 
A limeryki opanowały Polskę…
 
Tak, wytworzyła się koniunktura na twórczość w tym gatunku, Polaków opanowała limerykomania. I być może był to jeden z ostatnich tak silnych i popularnych, niemal masowo literackich trendów w naszym kraju. Oczywiście szajba limerykowa objawiła się także w Cieszynie, odbywały się również konkursy, a nawet pojawiła się książka „Strasznie świńskie limeryki cieszyńskie” nieżyjącego już Andrzeja Żurka. Sam otrzymywałem listy z prośbą, by stworzyć limeryk dla jakichś domów kultury, które pragnęły mieć żartobliwy utwór o swojej miejscowości. Nie wiem jak Wisława reagowała na takie propozycje, a otrzymywała ich wiele, mnie jednak szybko to przytłoczyło i odrzucałem takie prośby. Od tego czasu ułożyłem jeszcze tylko kilka limeryków, były to potem praktyki incydentalne. 
 
Jednak limeryki tak szybko ci nie odpuściły…
 
Niezwykłego zadziwienia doznałem będąc przejazdem w Cieszynie w 2008 roku. Na schodach pod drzwiami mieszkania czekała na mnie koperta o dość dziwnym kształcie. Spojrzałem na adres nadawcy, gdzie zapisano: Wisława Szymborska. Otworzyłem więc niezwłocznie paczuszkę, a w niej znajdował się piękny szalik drużyny hokeja na trawie z miejscowości Limerick. Okazało się, że Wisława podróżując po Europie, trafiła również do Irlandii, i na targu w Limerick właśnie znalazła taki szal. Wpadło jej do głowy, by kupić ten szal i posłać go  mnie. Byłem tym nieco zszokowany, ponieważ od czasu, gdy wspólnie limerykowaliśmy minęło już kilkanaście lat. A jednak wciąż kojarzyła mnie z eksplozją limerykową, która miała miejsce w 1992 roku. Ten szal przechowuję jako bezcenną pamiątkę po wspaniałej poetce i Noblistce.
 
To nie był Twój ostatni kontakt z Wisławą Szymborską
 
Oczywiście później, kiedy mieszkałem za granicą, widywaliśmy się jeszcze, odwiedzałem ją w Krakowie, nasze spotkania miewały związek najczęściej z Kornelem Filipowiczem. Kiedy w 2000 roku postanowiłem wydać jego „Opowiadania cieszyńskie”, Wisława Szymborska  mnie w tym wspierała. Wcześniej przygotowała dwa wybory jego opowiadań, więc wszystkie teksty znała doskonale. W związku z tym mogłem się upewnić, że wybór, którego dokonałem, jest właściwy i nic mi nie umknęło. Teraz ukazało się wznowienie „Opowiadań cieszyńskich”. Wisława bardzo by się z tego ucieszyła. Potrafiła bowiem na swój dystyngowany, trochę staroświecki sposób cieszyć się Cieszynem.
 
 
 
- reklama -